Wersja z obrazkami - ufozplejad.cba.pl/

Polak uprowadzony na inną planetę

Inne materiały o Eduardzie Meierze

http://nautilus.org.pl/

 

GUIDO MOOSBRUGGER

 

UFO Z PLEJAD

 

Tłumaczenie Halina Ostapczuk

 

AGENCJA NOLPRESS

 

Białystok 1994

 

Tytuł oryginału ...und sie fliegen doch!

Verlag Michael Hesemann, München/Dusseldorf, Germany Copyright © 1991 by Yerlag Michael Hesemann

Okładka Ryszard Z. Fiejtek

Redaktor serii Ryszard Z. Fiejtek

Projekt i własność znaku serii Ryszard Z. Fiejtek

For the Polish translation Copyright © 1994 by Halina Ostapczuk

ISBN 83-85212-11-6

Książkę złożono Timesem firmy Adobe System Inc. za pomocą programu Cyfroset 3.0

w

AGENCJI NOLPRESS

ul. Witosa 25 lok. 22

15-660 Białystok

Wydanie I

Druk

Białostockie Zakłady Graficzne Tysiąclecia Państwa Polskiego 2 15-111 Białystok

SPIS TREŚCI

Podziękowanie...12

Przedmowa...14

Od autora...17

I.  Era Wodnika...21

1.  Era Wodnika w ujęciu astronomicznym i astrologicznym...21

2.  Znaczenie ery Wodnika...25

3.  Precesja...29

4.  Era Wodnika w liczbach...31

II.  Zagadaka NOLi...32

1.  Nieprawdziwe NOLe...33

1.1.  Złudzenia optyczne...33

1.2.  Mistyfikacje...33

1.3.  Nieświadome złudzenia wywołane obcym wpływem...33

1.4.  Nieświadome złudzenia wywołane autosugestią...34

1.5.  Transcendentalny stan wywołujący rozdwojenie jaźni...34

2.  Prawdziwe NOLe...34

2.1.  Materialne obiekty latające pochodzenia ziemskiego...34

2.2.  Obiekty latające pochodzenia pozaziemskiego...35

A.  Materialne obiekty latające...36

B.  Niematerialne obiekty latające...38

1.  Bioorganiczne obiekty latające...38

2.  Energetyczne obiekty latające...38

3.  Inteligencje kierujące pozaziemskimi obiektami latającymi...39

4.  Światła Kaikoura...39

III.  Plejadanie...41

1.  Uczucia i doznania...47

2.  Przeciętny czas życia i obliczanie upływu czasu...48

3.  Język i pismo...50

4.  Mieszkanie...53

5.  Ubiór...54

6.  Odżywianie...54

7.  Rośliny...55

8.  Kwiaty...56

9.  Zwierzęta domowe...56

5

10.  Praca...57

11.  Pojazdy...60

12.  Problem chorób...60

13.  Muzyka, sztuka i literatura...62

14.  Chowanie zmarłych...63

15.  Prawo karne...64

16.  Forma rządów...66

17.  Kosmiczne zrzeszenia i służby porządkowe...67

18.  Życie małżeńskie...68

IV.  Pojazdy kosmiczne Plejadan...72

1.  Urządzenia telemetryczne...72

2.  Statki rozpoznawcze...73

3.  Statki promienne...73

3.1.  Urządzenie chroniące żywe istoty...74

3.2.  Bulaje...75

3.3.  Ekrany obserwacyjne...76

3.4.  Antena...76

3.5.  Schemat wnętrza statku...76

3.6.  Ekrany kontrolne...77

3.7.  Analizator powierzchni...78

3.8.  Analizator myśli...78

3.9.  Analizator miejsca...78

3.10.  Ekrany zerowej widoczności...80

3.11.  Przekaźnik telepatyczny...81

3.12.  Urządzenia leczące i regenerujące...81

3.13.  Leczenie złamania żeber...81

3.14.  Leczenie z zatrucia jadem kiełbasianym...83

3.15.  Czytnik pamięci...84

3.16.  Paralizator drgań...84

3.17.  Laserowe działo podkładowe...85

3.18.  Przekaźnik rozmów...85

4.  Wytwarzanie materiału na powłoki statków...85

5.  Możliwości techniczne statków Plejadan...86

6.  Ekrany ochronne statków Plejadan...87

V.  Billy – łącznik Plejadan...89

1.  Kim jest Billy?...89

2.  Współczesny prorok...93

3.  Gorzkie słowa prawdy...96

4.  Kto finansuje Billy'ego?...97

5.  Demonstracje siły duchowej Billy'ego...99

6

5.1.  Wpływanie na ludzi impulsami myślowymi...99

5.2.  Umysłowy telefon Billy'ego...100

5.3.  Niesamowite siły...101

5.4.  Piec...102

5.5.  Potęga sił umysłu...103

5.6.  Z początku pomyślałem, że śnię...103

5.7.  Wiadomo, jak...104

5.8.  Drzwi...106

5.9.  Zdarzenie w Semjase-Silver-Star-Center...107

6.  Wypadek Billy'ego i jego następstwa...108

7.  Iloraz mózgu...110

7.1.  Materialny iloraz mózgu...111

7.2.  Duchowy iloraz mózgu...111

VI. Kontakty Billy’ego z pozaziemskimi inteligencjami...113

1.  Kontakty osobiste Billy'ego...114

1.1.  Możliwość pierwsza...114

1.2.  Możliwość druga...115

1.3.  Możliwość trzecia...115

2.  Co się dzieje, gdy łącznikowi towarzyszy inna osoba?...116

3.  Co widzą i słyszą osoby towarzyszące?...116

4.  Środki bezpieczeństwa stosowane podczas kontaktów...117

5.  W jakim języku prowadzone są rozmowy podczas kontaktów?...117

6.  Przekazywanie zapisów rozmów...118

7.  Dlaczego teksty przekazywane telepatycznie zawierają nawyki językowe Billy'ego?...119

8.  Mechanizmy niszczące...120

9.  Urządzenie ostrzegawcze... 120

10.  Kontakty telepatyczne...121

11.  Inspiracje...122

12.  Dlaczego Plejadanie utrzymują kontakt tylko z Eduardem Albertem Meierem?...124

13.  Telepatia zwykła...126

14.  Telepatia duchowa...127

15.  Teletransmisja...128

15.1.  Teletransmisja kontrolowana...128

15.2.  Teletransmisja nie kontrolowana...128

16.  Teleportacja...129

16.1.  Teleportacja materialna...129

16.2.  Teleportacja duchowa...129

7

17. Dematerializacja i rematerializacja...130

VII.  Dzienne demonstracje Plejadan...132

1.  Statki kosmiczne i ślady ich lądowań...132

1.1.  Ślady lądowania pierwszego rodzaju...133

1.2.  Ślady lądowania drugiego rodzaju...133

1.3.  Relacja ze zdarzenia w dniu 15 czerwca 1980 roku...136

2.  Teletransmisje Billy'ego...137

2.1.  Zaginiony bez śladu...138

2.2.  Zamknięte drzwi...139

2.3.  Ślady stóp w śniegu...139

2.4.  Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki...139

2.5.  Nocny wypad w rejon Schönbergeru...140

2.6.  Niepojęte dla osób postronnych...141

3.  Pozaziemskie krasnoludki...142

     Niewiarygodne przeżycie...143

4.  Niecodzienne rozmowy radiowe...144

4.1.  Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki...144

4.2.  Przeżycie z 4 stycznia 1978 roku...145

4.3.  Instrukcje radiowe ze statku Semjase...146

4.4.  Niezwykła przemowa...148

5.  Pokaz pistoletów laserowych...149

6.  Niezwykłe odgłosy...152

Symfonia statku promiennego...153

7.  Zagadkowa eliminacja jodeł...155

Zdarzenie z 17 października 1976 roku...156

VIII.  Nocne demonstracje Plejadan...158

1.  Moja pierwsza obserwacja UFO...158

2.  Moja druga obserwacja UFO...169

3.  Moja trzecia obserwacja UFO...171

4.  Nocny pokaz w dniu 14 marca 1976 roku...172

IX.  Obserwacje dzienne i nocne...174

1.  Obserwacje dzienne...174

1.1.  Niezwykła obserwacja...174

1.2.  Moja pierwsza obserwacja UFO...176

2.  Obserwacje nocne...177

2.1.  Światła na niebie...177

2.2.  Któż to błąka się po nocy...177

2.3.  Zdarzenie z 8 kwietnia 1983 roku...180

A.  Moje pierwsze spotkanie z UFO...180

B.  Niezwykłe zdarzenie z 8 kwietnia 1983 roku

8

(godz. 20.15)...181

C. Sprawozdanie z rozmowy o zdarzeniu z 8 kwietnia

1983 roku...182

2.4. Moje pierwsze przeżycie z UFO...188

X.  Dlaczego pozaziemskie statki kosmiczne unikają nas?...190

XI.  Material_fotograficzny Billy’ego...196

1.  Trudności podczas fotografowania i filmowania...197

2.  Ułatwienia...199

3.  Różne opinie i oszczerstwa na temat zdjęć i filmów Billy'ego...201

4.  Nieustanne kradzieże...200

5.  Manipulacje obcych osób...201

6.  Podwójne ekspozycje...201

7.  Zarzuty wobec niektórych zdjęć Billy'ego...205

7.1.  Zbliżenie — zdjęcie nr 65...205

7.2.  Wyrzucone zdjęcia — zdjęcie nr 67...206

7.3.  Fabryka modeli Billy'ego — zdjęcie nr 67...206

7.4.  Zdjęcie nr 66 lub 16... 209

8.  Zdjęcia kosmiczne Billy'ego... 211

8.1.  Zdjęcie Semjase i Asket — zdjęcie nr 4... 213

8.2.  Oko Boga (JHWH Mata) — zdjęcia nr 68 i 69...214

8.3.  Kolonia kosmiczna czy bariera wszechświata?

- zdjęcia nr 70 i 71...215

8.4.  Połączenie statków Apollo-18 i Sojuz-19 17 lipca

1975 roku — zdjęcia nr 72, 73 i 74...216

XII.  Badania naukowe i inne dowody...219

1.  Opinie świadków o zdjęciach Billy Meiera...220

2.  Wyniki niektórych analiz zdjęć i filmów...221

3.  Analiza próbki metalu...222

4.  Analizy odgłosów statków Plejadan...225

5.  Badania fizyczne miejsc lądowań...228

6.  Testy na detektorze kłamstw...229

7.  Potwierdzenie pewnych faktów astronomicznych...232

7.1.  Legendarna planeta Malona...232

7.2.  Reguła Titiusa-Bodego...234

7.3.  Historia Wenus według Semjase...236

7.4.  Księżyce Saturna...239

7.5.    Niektóre fakty dotyczące Jowisza...240

8. Dwa listy...242

9. Uwagi końcowe...255

9

9.1.  Tajemnicza likwidacja jodeł...255

9.2.  Niesamowite dźwięki...255

9.3.  Historia z brodą...256

9.4.  Badania ogólne...256

9.5.  Najważniejsze ogniwa łańcucha dowodów...258

Oświadczenie świadków...260

XIII.  Zamachy na Billy’ego...262

XIV.  Ataki Inteligencji Giza...273

1.  Kim jest Inteligencja Giza?...273

2.  Ataki Inteligencji Giza...276

2.1.  Pierwszy atak — zakłóczacz myśli...276

2.2.  Drugi atak — infekcja bakteryjna...276

2.3.  Trzeci atak — betonowy mur...279

2.4.  Czwarty atak — uderzenie fali dźwiękowej ...280

2.5.  Piąty atak — negatywne wibracje...281

2.6.  Szósty atak — szok psychiczny...282

2.7.  Siódmy atak — dziwne zjawisko świetlne...282

XV.  Czego chcą od nas istoty pozaziemskie?...286

l.. Skąd pochodzą NOLe i co wiemy o ich załogach?...286

1.1.  Sens ludzkiego istnienia...289

1.2.  Co się dzieje z człowiekiem po śmierci?...290

1.3.  Co to jest Kreacja i kim jest Bóg?...291

2.  Dlaczego istoty pozaziemskie odwiedzają nas na Ziemi?...291

3.  Cel działalności Plejadan i ich sprzymierzeńców na Ziemi ...293

     Przekazywanie wiedzy duchowej ...295

4.  Niektóre wiadomości przekazane przez Plejadan... 296

4.1.  Totalne przeludnienie...296

4.2.  Niszczenie warstwy ozonowej chroniącej żywe organizmy...298

4.3.  Militarne oraz pokojowe wykorzystanie energii atomowej...300

4.4.  Bezwzględna eksploatacja Ziemi...302

4.5.  Ostrzeżenie przed podejmowaniem zaborczych planów...304

4.6.  Konieczność istnienia barbarzyństwa...305

4.7.  Niszczyciel...306

4.8.  Czerwony meteor..307

4.9.  Niezwykła historia Semjase o Księżycu...308

A.  Kosmiczna katastrofa...308

B.  Narodziny Niszczyciela...309

10

C. Narodziny Księżyca...310

5.  Czego nie wolno robić Plejadanom?...310

6.  Czy w rządach różnych państw działają istoty pozaziemskie?...311

7.  Dlaczego Plejadanie nie wspierają nas finansowo?...312

8.  Dlaczego nie można całkowicie zlikwidować wojen?...313

9.  Dlaczego nie ujawnia się metody leczenia raka?...313

10.  Akcje specjalne przeprowadzone dla dobra Ziemian...314

10.1.  Powstrzymanie groźby zagłady ludzkości...314

10.2.  Powstrzymanie kosmicznej katastrofy...314

11.  W jaki sposób każdy z nas może przyczynić się do utrzymania pokoju na świecie?..315

Spis zdjęć...320

Biblografia...327

PODZIĘKOWANIE

Wszystkim ziemskim i pozaziemskim istotom, które przyczyniły się do powstania tej książki, składam niniejszym gorące podziękowanie za udzie­loną mi pomoc.

Szczególne podziękowanie składam na ręce łącznika Eduarda Alberta Meiera i jego pozaziemskich przyjaciół i pomocników z systemu Lira-Wega oraz Plejad za cenne wskazówki i informacje. Słowa podziękowania i uzna­nia kieruję przede wszystkim do Sfaatha, Asket oraz trzyosobowego zespołu Semjase, Quetzala i Jszwjsza Ptaaha z planety Erra. Wyrazy wdzięczności kieruję również do znanych mi z imienia istot Jsodosa, Solara, Pleji, Elektry, Nery, Menary, Rali, Aleny, Taljdy i Hjlaary.

Słowa uznania składam również na ręce amerykańskich naukowców i inżynierów, którzy nie bacząc na ewentualną utratę swojego prestiżu badali materiał dowodowy Billy'ego Meiera, przyczyniając się w ten sposób do uwiarygodnienia całej tej sprawy.

Dziękuję również za ogromny wkład w upowszechnienie historii Billy'ego amerykańskiej i japońskiej grupie badaczy pod kierownictwem emerytowanego podpułkownika lotnictwa wojskowego Wendelle'a C. Stevensa oraz Jun-Ichi Yaoi. Nie sposób również pominąć w tym miejscu amerykańskiego dziennikarza i pisarza Gary Kindera.

Serdeczne podziękowanie kieruję również pod adresem wszystkich tych, którzy wspierali mnie w mojej pracy relacjami ze swoich przeżyć bądź tłumaczeniem angielskich tekstów. Są to: moja żona, Elisabeth, dr Walter Bühler, Bernadette Brand, Christian Frehner, Rainer Schenck, Hans Lanzen-dorfer, Engelbert Wachter, Jacobus Bertschinger, żona Billy'ego, Kalliope, Gilgamesha Meier, Elisabeth Gruber, Brunhilde i Bernhard Koye, Thomas Keller, Herbert Runkel, Mariann Uehlinger, Christina Gasser, Simone

12

Holler, mgr inż. Marete Mattern, Piero Petrizzo, Louis Memper oraz wydawca Michael Hesemann.

Gorące słowa podziękowania za hojne finansowe wsparcie składam również Marie-Louise i Christianowi Frehnerom, Renatę Steur, Louisowi Memperowi, Mariannowi Uehlingerowi, dr. Walterowi Bühlerowi i Erns-towi Kroegerowi.

13

PRZEDMOWA

Poniższą przedmowę do tej książki poświęconą mojej osobie napisał mój przyjaciel z Brazylii dr Walter Bühler, z którym koresponduję od lat. Pragnę w tym miejscu gorąco mu za nią podziękować, a także za jego ogromne zaangażowanie w sprawę Billy'ego Meiera.

Autor książki, Guido Moosbrugger, urodził się 14 lutego 1925 roku w Dornbirn w Austrii. Obierając zawód nauczyciela, a później dyrektora szkoły ludowej w Hirschegg, potwierdził swój zamiar pracy dla dobra ogółu. Od wielu lat zajmuje się badaniem zjawiska UFO oraz astrofizyką, w tym zagadnieniem wielkości, budowy oraz genezy Wszechświata. Od najwcześniejszych lat żywo interesuje się także innymi dziedzinami nauk przyrodniczych. W roku 1951 brał udział w trwającej 9 tygodni austriackiej wyprawie naukowej do Maroka, której celem było poznanie kilku białych plam w Wysokim Atlasie.

Poza tym podróżował w celach naukowych po prawie wszystkich krajach Europy, Afryki Północnej (Maroko, Tunezja, Algieria, Egipt, Liban, Tur­cja), Ameryki Południowej oraz Meksyku.

Pierwszą książkę poświęconą zjawisku UFO przeczytał już w roku 1954. Wzbudziła ona jego duże zainteresowanie i wówczas to doszedł do przeko­nania, że te obiekty istnieją rzeczywiście. Niestety nie znał wówczas nikogo, z kim mógłby podyskutować na ten temat. Dopiero 20 lat później natknął się na ogłoszenie w gazecie informujące o comiesięcznych prelek­cjach poświęconych temu zjawisku wygłaszanych w Monachium. W latach 1975-1976 uczęszczał na nie regularnie zdobywając w ten sposób liczne materiały dotyczące tej tematyki.

14

Do pierwszego kontaktu Guida ze sprawą Billy'ego doszło w kwietniu 1976 roku podczas jednej z prelekcji w Monachium. Materiał o Billym był tak fascynujący, że postanowił osobiście przyjrzeć się jego sprawie. Nie­zwłocznie napisał do niego list z pytaniem, czy i kiedy mógłby go odwiedzić. Ku jego ogromnej radości Billy odpowiedział mu bardzo szyb­ko, zapraszając go do Hinwil. Miał dużo szczęścia, bowiem już w pierw­szych miesiącach częstych odwiedzin Billy zaczął zabierać go ze sobą w różne miejsca, gdzie mógł obserwować manewry statków Plejadan. Otrzymał nawet pozwolenie na fotografowanie pozostawianych przez nie śladów oraz ich nocnych demonstracji.

Od maja 1976 roku jest członkiem zarządu FIGU i propagatorem misji Billy'ego. (FIGU to skrót od Freie Interessengemeinschaft fur Grenz- und Geisteswissenschaften und Ufologiestudien oznaczającego Niezależne Sto­warzyszenie do spraw Nauk Pogranicza, Wiedzy Duchowej oraz Studiów Ufologicznych, które w roku 1977 założył łącznik Szwajcar Eduard Albert Meier. Skupia ono poszukiwaczy i badaczy działających w imię prawdy i duchowego rozwoju. Jego siedziba mieści się w Semjase-Silver-Star-Center w Hinterschmidruti w dolinie Tóss w gminie Turbenthal w kan­tonie Zurych).

O Billym usłyszałem mniej więcej w tym samym czasie, co Guido, kiedy to zwiedzając Europę odwiedziłem krewnych w Bazylei, gdzie poznałem Lou Zinstag — kobietę-ufologa, która poinformowała mnie o jego kontak­tach i pokazała wspaniały materiał fotograficzny. Nie mogła zdecydować się na opisanie jego przypadku w formie książki, bowiem jak wyznała, jego idee i filozofia oraz poglądy samych Plejadan stały w sprzeczności z jej szwajcarskim patriotyzmem. Wspominam o Lou, gdyż mimo wszystko przysłużyła się ona upowszechnieniu prawdy o Billym. Podczas swojej wizyty w Ameryce w Tucson w Arizonie spotkała się z czołowym ufolo-giem amerykańskim, emerytowanym podpułkownikiem Wendelle'em C. Stevensem, któremu opowiedziała szczegółowo o nim i jego kontaktach. W rezultacie Stevens odbył w towarzystwie kilku innych badaczy szereg podróży do Hinterschmidruti, aby osobiście zbadać tę sprawę na miejscu. Ich plonem są trzy książki oraz kilka filmów video poświęconych kontak­tom Meiera z Plajadanami.

Na stronach 204-207 oraz 234-25 3' książki Gary Kindera Light Years (Lata świetlne) opisanych jest szereg dowodów potwierdzających kontakty Billy'ego. Kiedy skontaktowałem się listownie ze Stevensem, który inte­resował się również przypadkiem z Mirassol w stanie Sao Paulo w Brazylii

1 Strony 180-183 i 205-221 polskiego wydania.

15

(badanym przez Marię de Lourdes i Ney Matiel Piresa), w odpowiedzi otrzymałem odeń w prezencie jego własną książkę UFO... Contactfrom the Pleiades (UFO... kontakt z Plejad).

Korzystając z okazji, pragnę podziękować Billy'emu, że mimo złego stanu zdrowia zdołał poświęcić mi ponad dwie godziny w czasie mojej wizyty w Semjase-Silver-Star-Center. Pod jej koniec Guido opowiedział mi między innymi treść niniejszej książki, ja zaś obiecałem mu pomoc w prze­tłumaczeniu jej na portugalski i znalezieniu wydawcy. Ogromną zasługą Guido jest obiektywne — na ile to było możliwe — i wierne przedstawienie całej sprawy związanej z osobą Billy'ego Meiera i jego kontaktami z Pleja-danami. Być może książka ta stanie się pomostem dla tych naukowców, którzy mimo swej pychy i arogancji, zrozumieli już, że zarówno w najdrob­niejszym atomie, jak i całym, gigantycznym Kosmosie przejawia swoją obecność siła ducha. Jeśli nasi politycy staną się rozsądniejsi, wówczas nasze ziemskie wojny z całą pewnością same znikną, zaś przyroda nie będzie nas już „obdarzać" tellerycznymi nieszczęściami, a kosmos grozić uderzeniami komet. W ten sposób alternatywa przedstawiana przez Plejadan stanie się realniejsza. Mając przed sobą perspektywę zgliszcz pokrywają­cych powierzchnię naszej planety, powinniśmy przestać zwlekać i zacząć wspierać dążenia FIGU, bowiem w ten sposób możemy przyczynić się do zachowania pokoju na naszym globie.

Brazylia, styczeń 1991

dr Walter Bühler

16

OD AUTORA

Prowokujący tytuł tej książki ...a jednak latają1 nawiązuje do znanego powiedzenia Galileusza „...a jednak się kręci". W jego czasach burzono fałszywe średniowieczne wyobrażenia, aby stworzyć miejsce nowym po­glądom i utorować drogę nowemu wiekowi.

My, obywatele XX wieku, znajdujemy się dzisiaj w podobnej sytuacji, kiedy to rewidowane są nieaktualne i fałszywe poglądy. Po pierwsze musimy odpowiedzieć sobie na bardzo istotne pytanie, czy oprócz Ziemi istnieją inne planety zamieszkałe przez ludzkie cywilizacje oraz czy w zwią­zku z tym mamy prawo do uprzywilejowanego stanowiska. Jeśli uznamy, że istoty pozaziemskie istnieją rzeczywiście, to musimy rozstrzygnąć, czy mogą być one tak dalece zaawansowane technologicznie, aby móc pokony­wać nieprzekraczalną w naszym wyobrażeniu barierę czasu i przestrzeni i odwiedzać nas w swoich statkach kosmicznych.

W świetle logiki na to pierwsze pytanie istnieje tylko jedna odpowiedź. Jak wiadomo dziś każdemu uczniowi, Ziemia z kosmicznego punktu widzenia jest niczym więcej jak kosmicznym ziarnkiem piasku. Stąd też często powtarzane jeszcze dziś twierdzenie, że jest ona jedynym miejscem we Wszechświecie, w którym występują istoty rozumne, jest kompletnym idiotyzmem. Na szczęście coraz szerszą akceptację zyskuje pogląd, że mieszkańcy Ziemi nie są jedynymi istotami myślącymi, a już na pewno nie są ukoronowaniem dzieła Stwórcy, jak to dotychczas z pychą głoszono. Właśnie w tym sensie dokonał się istotny postęp w procesie rozumowania, choć na ostatni decydujący przełom przyjdzie nam jeszcze nieco poczekać, bowiem gros ludzkości nadal nie może lub nie chce pojąć, że tak zwane NOLe istnieją rzeczywiście i od wieków są obserwowane ziemskim niebie.

1 Oryginalny tytuł książki brzmi ...und się fliegen dochL Ze względów komercyjnych Agencja NOLPRESS zmieniła go jednak na UFO z Plejad. — Przyp. red.

17

Ich istnienie wzbudza dziś kontrowersje jak nigdy dotąd. W ten sposób znowu doszliśmy do stwierdzenia: „...a jednak latają".

W dwóch pierwszych rozdziałach książki wyjaśniam, czym są te owiane aurą tajemnicy NOLe i dlaczego „obcy przybysze" właśnie teraz tak często manifestują swoją obecność na naszym globie. W rozdziałach X i XV odpowiadam z kolei na pytanie, dlaczego pozaziemskie obiekty latające nie lądują na oczach wszystkich i czego właściwie od nas chcą ich załoganci.

W rozdziale III opisany jest w ogólnym zarysie styl życia mieszkańców planety Erra zwanych Plejadanami w oparciu o wszelkie dostępne informacje uzyskane od łącznika Eduarda Alberta Meiera. Plejadanie z planety Erra nie są istotami nadprzyrodzonymi, lecz takimi samymi ludźmi jak my, tyle że bardziej zaawansowanymi pod względem rozwoju ewolucyjnego. Ich rodzinna planeta znajduje się w układzie planetarnym gwiazdy Taygeta2 położonym wewnątrz otwartej gromady gwiazd zwanej przez nas Plejadami i oddalonym od Ziemi o około 500 lat świetlnych. Erra znajduje się jednak w innym wymiarze, to znaczy w innej czasoprzestrzeni, która przesunięta jest w stosunku do tej, w której istnieje nasz system słoneczny, o ułamek sekundy w przyszłość, co oczywiście jest trudne dla nas do pojęcia w świetle naszej dzisiejszej wiedzy. Plejadanie, a właściwie Erranie, przewyższają nas pod względem technologicznym o około 3.500 lat, zaś pod względem rozwoju duchowego o około 30 milionów lat.

Dzięki swojemu niezwykle wysokiemu rozwojowi ewolucyjnemu w spo­sób perfekcyjny opanowali podróżowanie w przestrzeni. Posiadają kilka punktów wypadowych w całym Wszechświecie i funkcjonują w pewnym stopniu jako kosmiczni strażnicy porządku, a także duchowi misjonarze.

Także i my, mieszkańcy Ziemi, mogliśmy i nadal możemy korzystać z ich cennej pomocy. Dysponują ogromną armadą pojazdów kosmicznych służących do pokonywania wprost niewyobrażalnych odległości kosmicz­nych. Ich technologia podróży kosmicznych jest tak wspaniale rozwinięta, że mogą dosłownie przeskakiwać z jednego systemu gwiezdnego do drugie­go, co dla nas jeszcze długo pozostanie w sferze marzeń. Ich pojazdy kosmiczne omówione są szczegółowo w rozdziale IV.

Następny poświęcony jest szwajcarskiemu łącznikowi zwanemu UFO-Billym, który już od najwcześniejszych lat dziecinnych kontaktował się — najpierw telepatycznie, a potem osobiście — z istotami pozaziems­kimi. Działa on jako pośrednik między nimi i mieszkańcami Ziemi. W roz­dziale tym opisałem kilka znamiennych „kamieni milowych" na burzliwej drodze jego pełnego wrażeń życia oraz jego jedyną w swoim rodzaju misję.

2 Jak podają niektóre źródła astronomiczne Taygeta położona jest w odległos'ci 390 lat świetlnych od Ziemi. — Przyp. red.

18

Omawiając to, przedstawiłem jego kontakty z istotami pozaziemskimi, wyjaśniając jednocześnie, w jaki sposób do nich dochodzi, choć dzisiaj nie są już one tak częste, jak przed laty.

W następnych trzech rozdziałach mowa jest o rozmaitych dziennych i nocnych demonstracjach ich pojazdów oraz wrażeniach obserwujących je świadków - - często o charakterze wręcz mistycznym. Aby Billy mógł potwierdzić prawdziwość swoich kontaktów, Plejadanie pozwolili mu na­kręcić osiem krótkich filmów oraz wykonać kilkaset kolorowych zdjęć przedstawiających ich różnego typu statki kosmiczne, ich niezwykłe mane­wry oraz ślady lądowania. Ten materiał fotograficzny jest nie tylko najob­szerniejszy, ale i najlepszy na świecie.

Przypadek ten był szczegółowo badany przez różnych badaczy. Jedną z rzeczy, która szczególnie zainteresowała badaczy amerykańskich i japońskich, były ślady lądowań statków tych istot. Badacze ci przebywali kilka tygodni w miejscu zamieszkania Billy'ego i dzień i noc obserwowali jego poczynania mając cichą nadzieję odkrycia mistyfikacji. Billy'ego oraz kilku naocznych świadków poddano nawet testowi na „wykrywaczu kłamstw". Wypowiedzi różnych świadków będące wynikiem przeprowadzanych niezależnie od siebie wywiadów okazały się ze sobą zgodne. Część materiału dowodowego będącego w posiadaniu Billy'ego została zabrana do USA i zbadana przez kilku wybitnych specjalistów przy użyciu najnowocześniejszego sprzętu badawczego.

Badaniu poddano:

a)  kilka zdjęć i fragmentów filmów,

b)  nagrania dźwięków wydawanych przez statki Plejadan,

c)  cztery niewielkie próbki metalu, z którego wykonywane są powłoki statków Plejadan.

Badania tych rzeczy nie wykazały jakichkolwiek oznak fałszerstwa, a co za tym idzie potwierdziły autentyczność kontaktów Billy'ego. W rezultacie Japończycy nakręcili film o nim i jego kontaktach. Inny film na ten sam temat nakręciła czternastoosobowa ekipa z Hollywood. W ciągu ostatnich piętnastu lat ukazało się ponadto kilka książek opowiadających o Billym i jego kontaktach — wszystkie w języku angielskim.

W rozdziale IX przedstawione jest moje stanowisko wobec materiału fotograficznego Billy'ego i jego autentyczności, zaś w rozdziale XII — naj­istotniejsze wyniki analiz naukowych oraz kilka innych dowodów.

Godnym ubolewania faktem są opinie krążące w światku ufologicznym, w wyniku których osoby będące łącznikami oraz ich sympatycy są w mniej­szym lub większym stopniu nieustannie krytykowani. Dotyczy to szczegól­nie Billy Meiera. Takie jest właśnie podziękowanie tych ludzi za to, że nie bacząc na swoje zdrowie przekazuje on ludziom ważne informacje, mądroś-

19

ci i niestrudzenie kontynuuje swoją misję. Jego przeciwnicy bezustannie przeszkadzają mu w rozpowszechnianiu prawdy. Na jego życie dokonano 13 zamachów, o czym jest mowa w rozdziale XIII. W następnym przedstawio­na jest tak zwana Inteligencja Giza, która również stara się, jak tylko może, przeszkadzać Billy'emu w jego misji. Jest to rozproszona grupa obcych istot-renegatów, która przysporzyła Billy'emu i FIGU wielu kłopotów. W roku 1978 została deportowana przez Plejadan w bezpieczne miejsce.

Jeśli chodzi o szykany, muszę z przykrością stwierdzić, że to właśnie Billy cieszy się najgorszą sławą wśród licznej grupy ufologów, których jest na całym świecie około 20.000. Powodem tego stanu rzeczy są nieporozu­mienia, oszczerstwa, omyłki, a nade wszystko brak rzetelnej informacji. Jego wrogowie określają go jako osobę pośrednią między Einsteinem, Dylem Sowizdrzałem i Myszką Miki. Mimo wszystkich tych fałszywych opinii i złośliwych kłamstw rozpowszechnianych na całym świecie, między innymi przez byłych członków jego grupy, nikomu nie udało się jednak dowieść tego, co „złe języki" rozpowszechniają jako prawdę. Z drugiej strony, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że osoby chcące zostać łącznikami wyrastają jak „grzyby po deszczu", to nie należy się dziwić ludziom, że stają się zaniepokojeni i w końcu przestają rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Stąd też niezbędne stało się gruntowne sprawdzenie i rozważenie wszystkich informacji, którymi dysponujemy. Polecam uczynić to wszyst­kim, którzy w labiryncie błędów chcą odnaleźć właściwą drogę. Z mojej strony mogę jedynie zapewnić, że w żadnym wypadku nie ośmieliłbym się występować publicznie, nie mając stuprocentowej pewności co do realności kontaktów Billy Meiera.

Biorąc pod uwagę swoje przeżycia i długoletnie badania, mogę stwier­dzić ze spokojnym sumieniem, że nie mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju bajki braci Grimm czy też „Z tysiąca i jednej nocy", lecz z nagimi faktami. Moim jedynym dążeniem było przedstawienie faktów takimi, jakimi są. Jeśli lektura mojej książki pobudzi kogoś do poważnego roz­ważenia tej sprawy, będzie do dla mnie najlepsza zapłata za trud, jaki włożyłem w napisanie tej książki. Będąc jedyną w swoim rodzaju, historia Billy Meiera oceniana jest w dwojaki sposób — przeciwnicy określają ją jako niezwykle wyrafinowane oszustwo, zaś zwolennicy jako największą sensację XX wieku.

Rozstrzygnięcie, który punkt widzenia jest właściwy, pozostawiam Czy­telnikom.

Hinterschmidrüti, styczeń 1991

Gnido Moosbrugger

 

20

I ERA WODNIKA

1. Era Wodnika w ujęciu astronomicznym i astrologicznym

New Agę, Nowy Wiek, Złoty Wiek, Era Wodnika — tak brzmią modne obecnie hasła, które spotykamy na każdym kroku krocząc przez świat z otwartymi oczyma, nie chowając głowy w piasek przed tym, co stale przynoszą nam nowe zdarzenia. Niezależnie od tego, czy dokonaliśmy już tego odkrycia, czy też nie, tkwimy już w środku okresu przejściowego tej nowej ery, która nosi nazwę „Wodnika".

Zanim jednak szczegółowo omówię niezwykłe znaczenie Ery Wodnika, niezbędne jest choćby ogólne wyjaśnienie podstawowych pojęć astronomi­cznych. Iluzją jest mniemanie, że Ziemia jest spokojnym ciałem niebieskim, wokół którego krążą pozostałe — w rzeczywistości jest odwrotnie. Ziemia wykonuje wiele ruchów równocześnie. Nawiązując do sentencji Archimede-sa: „Dajcie mi stały punkt, a ruszę z posad cały świat" - - należy stwierdzić, że w całym Wszechświecie nie istnieje ani jedno nieruchome ciało niebies­kie, co nieustannie potwierdzają badania kosmosu.

Jak wiadomo dzisiaj każdemu, Ziemia obraca się wokół własnej osi raz na 24 godziny, wywołując w ten sposób zjawisko dnia i nocy. Z kolei oś ziemska będąca umowną linią przebiegającą przez środek Ziemi łączącą biegun północny z południowym okrąża raz w ciągu roku Słońce wzdłuż eliptycznej orbity. Pozornie wygląda to, jak gdyby to Słońce wędrowało wokół Ziemi, a nie odwrotnie. Ze zjawiskiem tym łączy się pojęcie ..precesji", które omówione zostało w dalszej części tego rozdziału. Wcześ-

21

niej jednak należy zapoznać się z poszczególnymi ruchami wykonywanymi przez Ziemię.

By umiejscowić ciała niebieskie i określić ich ruchy, całą sferę niebieską traktujemy umownie jako olbrzymią powierzchnię kulistą otaczającą Zie­mię, której równik leży na tej samej płaszczyźnie co równik Ziemi. Na jej górnej i dolnej powierzchni na przedłużeniu ziemskiej osi leżą dwa bieguny określane mianem północnego i południowego bieguna nieba. Równik Ziemi nachylony jest do płaszczyzny jej orbity pod kątem 23°27' albo inaczej mówiąc oś Ziemi nachylona jest do płaszczyzny jej orbity pod kątem 66°33' (płaszczyzna orbity Ziemi to powierzchnia, wzdłuż której Ziemia krąży wokół Słońca). Rzutowana na powierzchnię sfery niebieskiej płaszczyzna orbity Ziemi nazywa się ekliptyką. Ekliptyka to pozorna orbita, którą przemierza w ciągu roku Słońce obserwowane z Ziemi. Wzdłuż ekliptyki rozciąga się Zodiak zwany Zwierzyńcem Niebieskim, który jest pasem na sferze niebieskiej o szerokości 16°. Zodiak tworzy 12 konstelacji: Wodnik, Koziorożec, Strzelec, Skorpion, Waga, Panna, Lew, Rak, Bliź­nięta, Byk, Baran i Ryby.

W znaczeniu astronomicznym Era Wodnika zaczyna się w chwili, gdy punkt równonocy wiosennej zwany także punktem Barana wstępuje w gwia­zdozbiór Wodnika (punkt równonocy wiosennej to jeden z dwóch punktów przecięcia się ekliptyki z równikiem nieba, który Słońce przekracza 21 marca; równik nieba dzieli nieboskłon na sferę północną i południową i może być traktowany jako przedłużenie równika ziemskiego leżącego na tej samej płaszczyźnie).

Wskutek powolnego ruchu zataczającego osi ziemi punkt równonocy wiosennej przesuwa się po równiku niebieskim w ciągu roku o kąt 50,116" w kierunku przeciwnym niż Słońce i w ten sposób co 2155 lat przemierza jeden gwiazdozbiór, a co 26.000 (dokładnie 25860) lat — cały pas zodiakal­ny (patrz podrozdział „Precesja").

W tym miejscu sprzeniewierzyłem się nieco sobie samemu, bowiem podane przeze mnie dane nie pokrywają się dokładnie z danymi astro­nomicznymi. Mogę jednak zapewnić, że nie są one wytworem mojej fantazji, lecz danymi przekazanymi przez pilotkę statku kosmicznego po­chodzącą z Plejad imieniem Semjase. Jest ona jednym z najważniejszych kontaktów Eduarda Alberta „Billy" Meiera (patrz rozdział III}.

Na stronie 31 w podrozdziale „Era Wodnika w liczbach" przedstawiłem w sposób przejrzysty istotne punkty i okresy czasowe. Koniec lub inaczej mówiąc czas upływu ery Ryb i jednocześnie początek pierwszej połowy okresu przejściowego ery Wodnika nastąpił 3 lutego 1844 roku o godzinie 11.20 czasu środkowoeuropejskiego. W tym samym momencie czasowym

22

93 lata później, a więc 3 lutego 1937 roku, zaczęła się druga połowa okresu przejściowego, po której to dopiero w roku 2029 Era Wodnika zacznie się naprawdę i będzie w pełni na nas oddziaływać. Podobnie jak inne era Wodnika trwać będzie 2155 lat i zakończy się w roku 3999. Bezpośrednio po niej nastanie era Koziorożca, a po niej era Strzelca. Dopiero po 25860 latach zakończy się cały cykl precesyjny i zacznie następny.

Podając te związki astronomiczne, do których większość astronomów i innych naukowców prawdopodobnie nie przywiązuje żadnej wagi, jako że astrologia do dziś nie jest uważana za naukę, wsadziłem zapewne głowę w przysłowiowe gniazdo os.

Znaczenie Ery Wodnika można przedstawić jednak tylko z astrolo­gicznego punktu widzenia bez względu na to, czy to się komuś podoba, czy nie. Postaram się te nie najprostsze zagadnienia przedstawić możliwie najprzystępniej, jak potrafię. Zanim jednak dotknę tego „parzącego" tematu, pragnę dodać, że astrologia jest traktowana przez mieszkańców Plejad jak każda inna dyscyplina naukowa w rodzaju astronomii, astrofizyki, fizyki, chemii etc.

Plejadanie są mieszkańcami otwartej gromady gwiazd zwanej Plejadami znajdującej się w gwiazdozbiorze Byka (patrz rozdział III). Nasza dotych­czasowa wiedza w dziedzinie astrologii jest bardzo skromna i dlatego musimy nauczyć się jeszcze wielu rzeczy, zanim osiągniemy poziom wiedzy Plejadan w tej materii. Obecnie wśród nas jest już wielu wybitnych astrologów poważnie traktujących swój zawód i świetnie znających się na rzeczy, jak choćby znany na całym świecie dr Hans Holzer. Niestety, oprócz tej stosunkowo nielicznej grupy ekspertów działa cała armia domorosłych astrologów, wśród których dominują zwyczajni krętacze, łgarze i zarozu­mialcy wykorzystujący ludzką łatwowierność, aby wyłudzić od nich jak najwięcej pieniędzy. Tym swoim przestępczym postępowaniem dyskredytu­ją rzetelnych znawców i badaczy tej gałęzi wiedzy. Jak w każdej dziedzinie ludzkiej działalności nie należy „wrzucać wszystkich do jednego worka", lecz starać się „oddzielać ziarno od plew".

Twierdzenie oponentów astrologii, że jest ona nic niewarta, jest błędne i do niczego nie prowadzi. Zarzut ten powinien raczej brzmieć: „błędnie stosowana astrologia jest nic niewarta" - dopiero takie stwierdzenie jest słuszne. Należy zatem wyraźnie oddzielić rzeczywiste fakty od spekulacji, które z natury rzeczy nie posiadają wielkiego znaczenia. Mniemanie, że los pojedynczego człowieka lub całych narodów zależy wyłącznie od gwiazd, jest oczywiście błędne, z drugiej zaś strony prawdziwy jest pogląd, że gwiazdy wywierają określony wpływ na Ziemię i jej mieszkańców, lecz

23

nigdy w takim sensie, że determinują los poszczególnych ludzi. Głównym czynnikiem, który o tym decyduje, jest sposób, w jaki człowiek reaguje na wibracje. Każdy może kierować się w tym względzie własną wolą i sam decydować o swoim losie. Z astrologicznego punktu widzenia należy uwzględniać następujące promieniowania:

1.  Najsilniejsze oddziaływanie kosmiczne, jakim jest promieniowanie Cen­tralnego Słońca Galaktyki. Jest ono niezwykle silne i przekazywane poszczególnym gwiazdom. Jego odbiorcy przemieniają je na swój włas­ny sposób odpowiednio do własnego poziomu ewolucyjnego (dotyczy to zarówno gwiazd, jak i żywych istot zamieszkujących krążące wokół nich planety). Każdy układ, konstelacja ciał niebieskich (gwiazd i planet) przekazuje nam inną część promieniowania centralnego słońca objawia­jącą się różnym stopniem jego intensywności. Odbierane drgania poje­dynczych ciał niebieskich to jedynie cząstka tego, co wysyła centralne słońce galaktyki.

2.  Kolejnym pod względem siły oddziaływania jest promieniowanie kon­stelacji pasa zodiakalnego — na przykład w erze Ryb występują najniż­sze częstotliwości drgań, zaś w erze Wodnika najwyższe.

3.  Drgania własne planet, które odgrywają istotną rolę w obliczeniach astrologicznych.

Jest pewien drażliwy dział astrologii, o którym należy tu wspomnieć. Są to horoskopy. Na ich temat krąży wiele sprzecznych opinii. Otóż produko­wane taśmowo roczne horoskopy, a także cotygodniowe ogólnikowe pro­gnozy zamieszczane w licznych czasopismach są całkowicie bezwartoś­ciowe. Nie oznacza to jednak, że horoskopy należy generalnie odrzucić. Aby miały one sens, aby posiadały pewną wymowę, niezbędne jest po­służenie się do ich sporządzenia odpowiednimi informacjami i umiejętnoś­ciami. Nasza obecna wiedza w tej dziedzinie jest zbyt uboga, abyśmy mogli precyzyjnie prognozować przyszłe wydarzenia. Nie jest tego w stanie zrobić nawet najlepszy astrolog.

Przykładem na to może być chociażby znaczenie daty urodzin. Znajo­mość dokładnego czasu narodzin — co do sekundy — to znaczy momentu, w którym głowa dziecka wynurza się z ciała matki i „ogląda światło dzienne", ma fundamentalne znaczenie przy sporządzaniu horoskopu. Rów­nież poświęcanie zbyt mało uwagi innym, z pozoru błahym, faktom może w znacznym stopniu wpłynąć na dokładność horoskopu.

Pewnym powodem, dla którego odczytywanie gwiazd traktowane jest jako bezsensowna spekulacja, jest fakt, że usytuowanie konstelacji astro-

24

nomicznego pasa zodiakalnego nie jest zgodne z kolejnością astrologicz­nych znaków zodiaku o tej samej nazwie.

Wskutek precesji przesunięcie punktu równonocy wiosennej względem astrologicznych znaków zodiaku następuje w kierunku odwrotnym, a więc na przykład nie od znaku Wodnika do Ryb, lecz od Ryb do Wodnika etc. Poza tym czasy trwania astrologicznych znaków zodiaku są takie same, podczas gdy długość kątowa poszczególnych konstelacji astronomicznych nie jest taka sama.

Ponadto symboliczne znaczenie astrologicznego zodiaku jest zawsze takie same, zaś niewielkie zmiany, jakie w nim występują, zależą od tego, jakiej konstelacji astronomicznej jest on w danym momencie przyporząd­kowany. Konstelacja jest tak zwanym tłem, które można porównać z kulisa­mi teatralnymi. Aby to łatwiej zrozumieć, załóżmy, że przed wielu laty oglądaliśmy pewną sztukę w teatrze, która wywarła na nas duże wrażenie. Po dłuższym okresie czasu ponownie nadarza się nam okazja jej obejrzenia. Oczekując na to wydarzenie początkowo nie zauważamy, że zmieniły się już zewnętrzne okoliczności. Udajemy się na swoje miejsce i czekamy na rozpoczęcie spektaklu. W końcu kurtyna unosi się i rozpoczyna się przed­stawienie. I nagle doznajemy uczucia zdziwienia. Naszym oczom ukazują się nowe kulisy, nowi aktorzy, kostiumy etc. Przez chwilę odnosimy wrażenie, że jesteśmy na zupełnie innej sztuce, mimo iż jej wymowa wcale się nie zmieniła. Wszystko zależy teraz od tego, jak ta zmieniona sytuacja zadziała na nas.

Krótko mówiąc, znaczenie poszczególnych astrologicznych znaków zo­diaku jest niezmienne w ciągu całego cyklu precesji wynoszącego 25.860 lat - zmienia się jedynie ich tło, to znaczy poszczególne konstelacje astro­nomiczne.

Wielu czytelników odbierze to zapewne jako czystą bzdurę, lecz bez względu na to, co będą o tym sądzić, tak jest i nic tego nie zmieni. Taka jest natura rzeczy, czy się to nam podoba, czy nie. Wszystko wokół nas ulega stałym cyklicznym zmianom — powstawaniu i znikaniu. Te powtarzające się bez końca zmiany wspomagają ewolucję, czyli przyczyniają się do dalszego rozwoju wszelkich form życia.

2. Znaczenie ery Wodnika

Początek nowej ery oznacza, że nasz układ planetarny „wszedł" w obszar nieba należący do gwiazdozbioru Wodnika, a co za tym idzie w obszar bezpośredniego promieniowania Centralnego Słońca Galaktyki. Z powodu specyficznego układu konstelacji gwiezdnych promieniowanie Słońca Cent-

25

ralnego jest w tej erze tak mocno odczuwalne, jak w żadnej innej. Stąd też słuszne są uwagi mówiące o „złotym wieku".

Era Wodnika zaczęła się 3 lutego 1844 roku, w chwili gdy znaleźliśmy się w najbardziej zewnętrznym brzegu jej promieniowania. Obecnie znaj­dujemy się w końcowej fazie okresu przejściowego, w którym jednocześnie odczuwamy słabnący wpływ minionej ery Ryb i stale rosnący wpływ promieniowania ery Wodnika.

To, co dokonuje się w czasie owych 185 lat okresu przejściowego, można w pewnym stopniu porównać do przechodzenia zimy w wiosnę, które również następuje stopniowo, a nie z dnia na dzień.

Minioną erę Ryb cechowały mordy, zamachy, przemoc, fanatyzm religij­ny, wiara w urojenia, czarnoksięstwo, mistycyzm i inne negatywne aspekty ludzkiej psychiki. Ryba należy do wody, zaś wodnik do powietrza. Wygląda to tak, jak gdyby latająca ryba wyskoczyła z wody i w locie przemieniła się w ptaka. Czas trwania tej metamorfozy wynosi 185 lat. Pogrążona w mroku ludzkość stopniowo wychodzi ku światłości chłonąc nową wiedzę. Najtraf­niejszym określeniem tego okresu jest przełom. Chyląca się ku upadkowi budowla życia musi zostać zburzona bez względu na koszty — jednocześnie na jej gruzach powstają fundamenty nowego domu. Niekorzystny wpływ Ery Ryb sprawia, że dokonujące się przemiany zachodzą z pewnymi kłopotami objawiającymi się w postaci wojen, rewolucji, terroru, fanatyz­mu, rządnych władzy polityków, nienawiści, waśni, kłamstw, fałszu etc. Ta spuścizna przeszłości jest drogo opłacana.

Zatroskane o losy świata umysły już od dłuższego czasu głoszą czarne wizje przyszłości, mówiąc o totalnej zagładzie. Jak powszechnie wiadomo, znajdujemy się obecnie w niebezpiecznej sytuacji i to pod wieloma wzglę­dami. Oto krótki cytat z 5 numeru naszego biuletynu Wissenswertes (Godne uwagi) z lutego 1985 roku, str. 7, zwierający główne przyczyny i za­grożenia:

...przeludnienie, militaryzm, przemysł zbrojeniowy, rozmaite tru­cizny, radioaktywność, przestępczość, lekomania, herezje, wyzysk finansowy, przemysł chemiczny, terroryzm, rasizm, handel ludźmi, prostytucja, anarchia, mistycyzm etc.

Jeśli dodamy do tego jeszcze różne kataklizmy, takie jak trzęsienia ziemi, huragany, powodzie, obumieranie lasów, zmiany klimatyczne, dziury ozonowe, zagrożenia nuklearne, AIDS, zboczenia seksualne i temu podobne plagi, to wówczas będziemy mieli pełny obraz objawów okresu przejś­ciowego, w którym się obecnie znajdujemy.

26

Mimo tego wszystkiego osiągnęliśmy jednak niezaprzeczalne sukcesy we wszystkich możliwych dziedzinach życia, zwłaszcza w naukach przyro­dniczych i technice. W ubiegłych dziesięcioleciach jak nigdy dotąd dokona­liśmy wielu odkryć i wynalazków. Niestety postęp w naukach humanistycz­nych nie był tak szybki, w wyniku czego powstała znaczna, trudna do przekroczenia, przepaść między znacznym postępem naukowo-technicznym a wiedzą socjalno-etyczną. Inaczej mówiąc, nasz poziom etyczny jest daleko w tyle za poziomem rozwoju technicznego, co widać po wykorzys­tywaniu przez nas odkryć naukowych w negatywnych celach, to znaczy w celach militarnych, oraz po podporządkowywaniu sobie przyrody pod kątem chęci zysku. To błędne nastawienie należy czym prędzej zlikwido­wać, bowiem ciąży ono nad ludzkością niczym miecz Damoklesa.

Erę Wodnika często określa się jako „Czas Końca". To określenie jest prawdziwe jedynie w tym sensie, że to co przestarzałe musi zniknąć. Nie chodzi tu o ostateczny koniec, apokalipsę, lecz o początek, który da o sobie znać w pełni dopiero w roku 2029.

Drgania energetyczne Słońca Centralnego o dużej częstotliwości zalewa­ją naszą planetę inicjując erę pozytywnego duchowego przełomu. Promie­niowanie Ery Wodnika aktywizuje ewolucję planety i jej mieszkańców w tak ogromnym stopniu, że jej wpływowi ulega każdy. Nowa era wywołuje gruntowne zmiany we wszystkim, co dotychczas obowiązywało, uspraw­niając to i podporządkowując nowym kryteriom. Kosmiczne wpływy osią­gają taki stopień, że przełomowe wydarzenia, odkrycia i wynalazki stają się czymś powszednim. W tym „dostojnym" wieku mają miejsce również ogromne przemiany w warstwie duchowej. Zdaniem Semjase to co intelek­tualne przestaje być miarodajne i uzupełnione zostaje wiedzą i umiejętnoś­ciami. Wszystko, co hamuje i zniewala umysł, podlega zniszczeniu. Ten nowy początek niesie ze sobą konsekwencje brzemienne w skutkach, zarówno dla całej ludzkości, jak i dla każdego człowieka z osobna.

Pojedyncze osoby różnie reagująjednak na impulsy. Niektórzy odczuwają je jako zagrożenie i uporczywie czepiają się tego co konwencjonalne oraz bardziej niż dotychczas oddają się materialnym potrzebom i konsumpcji, inni z kolei — nękani wewnętrznym niepokojem — szukają schronienia w insty­tucjach religijnych, które wyrastają jak grzyby po deszczu i biorą swych zwolenników pod swoje niebezpieczne skrzydła. W tę „pajęczą sieć łowców ludzi" najczęściej wpadają młodzi ludzie. Ci rzekomi uzdrowiciele i fałszywi profeci panoszą się na oczach wszystkich, wyciągając swoje macki po nowe ofiary, które są następnie wykorzystywane i wiedzione na manowce.

Nowy wiek wymaga swojego trybuna, dlatego też tak wielu złośliwych kłamców i oszczerców łatwo znajduje pożywkę do swojej niecnej działalno-

27

ści. Inni ludzie szukają ukojenia w narkotykach, ale zamiast niego grozi im trafienie do rynsztoka lub wiezienia, jeśli nie zerwą z tym nałogiem.

Istnieje jeszcze grupa ludzi, którzy są bardzo wyczuleni na wszelkie pozytywne zmiany, przez co są niezwykle podatni na wahania kosmicznych oddziaływań. Ludzie ci nie zachowują swojej nowo ukształtowanej świado­mości tylko dla siebie, lecz przekazują ją — nieświadomie — w formie promieniowania swojemu otoczeniu, co z kolei wywołuje odpowiednie oddziaływania ewolucyjne.

Złoty Wiek jest początkiem prawdziwego życia w sensie twórczym. Wraz z jego nastaniem Ziemianie rozpoczną jedyny w swoim rodzaju „wzlot umysłowy", lecz zanim się on rozpocznie musi zdaniem Semjase upłynąć jeszcze wiele dziesięcioleci. Żadna inna era nie jest w stanie wynieść Człowieka na tak wysoki poziom rozwoju umysłowego. Doznamy największej ewolucji, jak miała kiedykolwiek miejsce. Wraz ze stopniowym nastawaniem Ery Wodnika mieszkańcy naszej planety będą pokonywali w swoim rozwoju stopień po stopniu, z wyjątkiem tych, którzy będą się temu rozwojowi opierali. Ci odpadną, o ile nie wyzbędą się swoich złych przyzwyczajeń.

Aby choć w niewielkim stopniu zmniejszyć „bóle porodowe" okresu przechodniego, w którym będziemy żyli aż do 3 lutego 2029 roku, od­wiedzać nas będą inteligencje pozaziemskie w tak zwanych NOLach, aby dać nam znać o swoim istnieniu.

Coraz rzadziej nawiązują kontakty z wyselekcjonowanymi ludźmi, któ­rych misją jest przekazywanie mieszkańcom naszej planety ważnych infor­macji i różnego rodzaju nauk. Ich działalność tego typu jest nam niezbędna. Należy bezwzględnie „zaorać pole niewiedzy", zanim będziemy mogli zbierać owoce nowych czasów. Najbardziej zaangażowanymi w niesieniu tej pomocy są nasi pozaziemscy bracia i siostry z Plejad oraz ich sprzymie­rzeńcy z gwiazdozbioru Lutni. To oni wytyczyli nam drogowskazy na upstrzonej licznymi przeszkodami drodze ku przyszłości. Dzięki swojej wszechstronnej pomocy zasługują na więcej niż tylko uznanie.

Już od dawna wśród ludzi działają jako pośrednicy między nami i is­totami pozaziemskimi specjalnie wybrane osoby, które przez swoją funkcję są swego rodzaju prorokami na „scenie naszych dziejów". Aby uniknąć nieporozumień, należy wyjaśnić, że ludzie ci nie należą do żadnej kasty. Są to zupełnie normalni ludzie, którzy różnią się od innych tym, że posiadają pozaziemską wiedzę, dzięki której są w stanie korygować błędne przekazy oraz głosić prawdziwe prawa i nakazy Kreacji. Często jednak głoszona przez nich gorzka prawda jest niewłaściwie odbierana przez wielu ludzi i poddawana w wątpliwość, między innymi ze względu na sposób, w jaki

28

jest oznajmiana. Jak wiadomo, prorocy od zarania dziejów przedstawiani byli jako kłamcy i oszczercy, często prześladowani i uśmiercani za słowa prawdy, które ośmielali się głosić.

Mówiąc słowami Semjase: „Wielu proroków zarówno ziemskich, jak i kosmicznych, to znaczy rewolucjonistów, buntowników i nauczycieli urodziło się w lutym. Najwięksi spośród nich to ci, którzy przyszli na świat na początku drugiej połowy okresu przechodniego, przy czym bardzo istotny jest tutaj również czas z dokładnością co do godziny i minuty, bowiem im bliższy jest on punktowi przechodniemu, to jest godzinie 11.20 czasu ziemskiego, tym wyraźniej wykształcone są w takim człowieku cechy Wodnika. Tego rodzaju osób jest niewiele i są oni rozproszeni po całym świecie".

Zatem nie powinno nikogo dziwić, że Plejadanie wybrali na swojego pośrednika człowieka z taką datą urodzin. Jest nim Szwajcar Eduard Albert Meier, znany również pod przydomkiem UFO-Billy. Jest on jednym z naj­ważniejszych proroków Ery Wodnika.

Mimo licznych sukcesów w wielu dziedzinach, wciąż jeszcze mamy przed sobą wiele zamkniętych drzwi uniemożliwiających nam dostęp do lepszego świata; świata trwałego pokoju, dobrosąsiedzkich stosunków mię­dzy wszystkimi narodami ziemi, miłości, przyjaźni etc. Nowa era przyniesie nam wprawdzie olbrzymi postęp, lecz wymaga też od nas radykalnej zmiany dotychczasowego, zbyt materialistycznego sposobu myślenia nasy­conego nierealną wiarą oraz przesiąkniętego różnymi niskimi pobudkami, takimi jak żądza posiadania, władzy, egoizm i apodyktyczność.

Należy uruchomić wszystkie siły, aby jak najszybciej wyjść z tej „ślepej uliczki", w której znajduje się obecnie ludzkość. Sama zmiana świadomości tu jednak nie wystarczy. Następstwem oddziaływań kosmicznych będą gigantyczne zmiany, jakich nasz świat jeszcze nigdy nie przeżywał. Musi­my wykorzystać tę szansę i każdy z nas może „dorzucić swój grosik" do tego, aby era Wodnika świeciła w przyszłości pełnym blaskiem, w co wszyscy wierzymy, że nastąpi.

3. Precesja

Pod wpływem działania sił grawitacyjnych Słońca, Księżyca i pozo­stałych planet usiłujących ustawić równik ziemski w płaszczyźnie ekliptyki odchylona od pionu względem niej oś Ziemi wykonuje powolny ruch okrężny w kierunku przeciwnym do kierunku obrotu Ziemi. Przedłużona umowna oś Ziemi (oś nieba) wykonuje raz na 25.860 lat pełny obrót wokół bieguna północnego ekliptyki zakreślając podwójny stożek w przestrzeni.

29

Ponadto precesji towarzyszy zjawisko nutacji, które wywołuje dodatkowe niewielkie zmiany w precesyjnym ruchu osi Ziemi. Jest ono efektem periodycznych zmian położenia orbity Księżyca w stosunku do płaszczyzny równika ziemskiego, a także zmieniających się wzajemnych odległości Słońca, Ziemi i Księżyca. W wyniku precesji punkt równonocy wiosennej przesuwa się co roku o 56,116 sekund łuku i co 2155 lat przemierza jedną konstelację, obiegając cały pas zodiakalny co około 26.000 lat (dokładnie 25.860).

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADc]

30

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADd]

31

II ZAGADKA NOLI

24 czerwca 1947 roku amerykański pilot Kenneth Arnold doniósł o zaob­serwowaniu formacji dziewięciu jaskrawo połyskujących obiektów lecą­cych na wysokości 3.000 metrów z prędkością około 1.500 km/godz. Twierdził, że lecąc podskakiwały one jak spodki rzucone poziomo do powierzchni wody. W taki lub podobny sposób narodziło się określenie „latające spodki" używane powszechnie do dzisiaj, niestety z pejoratywnym podtekstem. Mówiąc o nich mamy najczęściej na myśli tak zwane NOLe, czyli Niezidentyfikowane lub Nieznane Obiekty Latające.

Dla większości z nas NOLe nadal są tajemnicą, która nie została do dzisiaj wyjaśniona. Zasadnicze pytanie, jakie automatycznie nasuwa się w związku z nimi, dotyczy istoty tego mistycznego zjawiska, które od dziesięcioleci manifestuje się wokół naszego globu. Czy jest ktoś, kto potrafiłby udzielić wiążących informacji o tych obiektach, czy też nadal musimy zadowalać się mglistymi domysłami i hipotezami?

Bazując na absolutnie wiarygodnych informacjach, które posiadamy w FIGU, jestem w stanie wyjaśnić tajemnicę tak zwanych NOLi. Jednak również w tych sprawach obowiązuje znane przysłowie: „Nie wszystko złoto, co się świeci". Innymi słowy, nie wszystkie obserwacje NOLi dotyczą w rzeczywistości obiektów latających w dosłownym tego słowa znaczeniu. W przypadku tego zjawiska mamy do czynienia z ogromną—większą niż to można sobie nawet wyobrazić—paletą złudzeń optycznych, pomyłek i oszustw. W związku z tym niezbędnie jest wyraźne oddzielenie nieprawdziwych NOLi od rzeczywistych obiektów latających.

32

1. Nieprawdziwe NOLe

Do nieprawdziwych NOLi należą:

1.1.  Złudzenia optyczne

Są to niecodzienne zjawiska obserwowane na niebie w ciągu dnia lub nocy, które w wyniku błędnej interpretacji lub niedostatecznej znajomości rzeczy są omyłkowo traktowane jako nieznane obiekty latające. Mogą to być na przykład jaskrawo błyszczące planety, takie jak Jowisz lub Wenus, chmury w kształcie soczewek, światła polarne, odbicia powietrza w rodzaju fatamorgany, kuliste błyski, świecący gaz bagienny (tak zwane błędne ognie), wysoko przelatujące roje owadów oraz inne zjawiska przyrodnicze. Mogą to być również różne obiekty ziemskiego pochodzenia jak na przy­kład balony meteorologiczne, reklamowe lub sportowe, światła reflektorów, błyszczące powłoki spadochronów, samoloty i inne urządzenia latające, latawce, sztuczne satelity Ziemi, spadające części urządzeń latających etc.

1.2.  Mistyfikacje

Najczęstszymi mistyfikacjami są proste fotomontaże lub zdjęcia trikowe rzekomo zaobserwowanych obiektów latających. Często towarzyszom im pełne fantazji opisy kontaktów, a nawet lotów kosmicznych odbywanych w pojazdach istot pozaziemskich. Autorami tych oszust są z reguły notory­czni kłamcy, którzy kierując się niskimi pobudkami próbują w ten sposób wzbudzić sensację i zdobyć sławę i uznanie. Nierzadko szalbierstwa tego typu są dziełem młodych, często chorych umysłowo ludzi, którzy rozpo­wszechniają wymyślone przez siebie opowieści o NOLach w celu oszukania innych ludzi dla zwykłej uciechy.

1.3.  Nieświadome złudzenia wywołane obcym wpływem

Złudzenia tego typu mogą być wywołane zarówno bez, jak i z pomocą odpowiedniej aparatury. Osoby mające owe halucynacje są głęboko przeko­nane, że to, co widziały lub odczuły, wydarzyło się naprawdę. Ludzie ci odpowiadają między innymi o bliskich spotkaniach pierwszego, drugiego lub trzeciego stopnia, o kosmicznych przejażdżkach i innych temu podob­nych rzeczach. Naprawdę jednak ulegają pod wpływem teleprojekcji lub realwizji złudzeniom, które wyglądają tak wiarygodnie, że nie potrafią odróżnić ich od rzeczywistości. (Realwizje to iluzje, których celem jest przekazanie innym osobom określonych wrażeń lub przeżyć. Zwykle trwają one tyle samo czasu, ile trwałoby prawdziwe zdarzenie, przez co są bardzo trudne do odróżnienia od rzeczywistości). Ludzi doznających tego typu złudzeń nie można oczywiście nazywać oszustami, bowiem opowiadają oni

33

nieprawdziwe historie, nie mając pojęcia, że są przez kogoś manipulowani.

1.4.  Nieświadome złudzenia wywołane autosugestią

Złudzenia te mogą powstawać w normalnym stanie świadomości lub w czasie transu. Osoby doznające tego typu złudzeń opowiadają potem często niezwykłe historie o spotkaniach z istotami pozaziemskimi, po­dróżach w kosmos etc. Czynią to tak przekonywająco, że nawet poważni ufolodzy dają się na nie nabierać i opisują je potem w swoich pracach. Również i w tym przypadku nie należy określać tych — na swój sposób godnych pożałowania — ludzi mianem oszustów, gdyż nie są oni świadomi, że ich rzekome przeżycia w rzeczywistości nie miały miejsca.

1.5.  Transcendentalny stan wywołujący rozdwojenie jaźni

Od pewnego czasu pojawia się coraz więcej ludzi, którzy potrafią wprowadzić się w stan transu, rozdwojonej świadomości, podczas którego użyczają swoich narządów mowy zmarłym ludziom lub obcym istotom. Trans ten może być wywoływany nieświadomie przez „niewłaściwe" czyn­niki psychiczne lub zupełnie świadomie w oszukańczych celach. Metoda ta jest obecnie bardzo popularna na świecie i nosi nazwę „przekazu medial­nego" („channeling").

2. Prawdziwe NOLe

Powyższe uwagi mogą wywołać wrażenie, że tak zwane NOLe w ogóle nie istnieją, że są urojeniami powstającymi w głowach ufologów i ezoteryków. Tak jednak nie jest. W ten sposób doszliśmy do najistotniejszego i najbardziej właściwego pytania: Czym są w rzeczywistości Nieznane Obiekty Latające?

Otóż prawdziwymi obiektami latającymi są:

2.1. Materialne obiekty latające pochodzenia ziemskiego

Nie, nie, to nie przejęzyczenie. Materialne obiekty latające pochodzenia ziemskiego przypominające z wyglądu NOLe naprawdę istnieją!

Chodzi tu o niemieckie i kanadyjskie latające spodki skonstruowane i częściowo przetestowane podczas II wojny światowej będące tajną cudow­ną bronią Hitlera, które nie zostały jednak użyte na froncie. Na wschód od Lipska, w zakładach BMW w Pradze, Wrocławiu, Wiedniu i innych miejscowościach, stworzono podwaliny pod całkowicie nowe urządzenia latające. Wynikiem tych badań było skonstruowanie tak zwanych ognistych kuł oraz latających tarcz (latających bąków). Prace badawcze i konstrukcyj­ne prowadzone były przez austriackiego przyrodnika Yiktora Schaubergera

34

(miał prawdziwe kontakty z obcymi istotami), niemieckich konstruktorów i pilotów Miethe, Schrievera i Habermohla, Włocha Belluzzo i wielu innych.

Latające dyskoidalne tarcze posiadały początkowo konwencjonalny na­pęd odrzutowy, potem bardziej nowoczesny. Pierwsze udane loty proto­typów miały miejsce pod koniec II wojny światowej i jak na ówczesne możliwości stanowiły znaczące osiągnięcie. W połowie lutego latający dysk wzniósł się nad Pragą na wysokość 12 kilometrów w ciągu 3 minut i w locie poziomym osiągnął prędkość dwukrotnie większą od prędkości dźwięku. Pojazd ten latał jak helikopter.

Pod koniec wojny wszystkie istniejące pojazdy, park maszynowy oraz plany konstrukcyjne postanowiono całkowicie zniszczyć, aby nie dostały się w ręce wroga. Zamiar ten nie został jednak wykonany w stu procentach, w związku z czym ocalały plany i częściowo park maszynowy, które bardzo szybko trafiły w niewłaściwe ręce. Niektóre pogłoski mówią, że ta bezcenna dokumentacja trafiła w ręce zwycięskich mocarstw. Nie wiadomo jednak, czy tak się rzeczywiście stało. Według Plejadan niektóre wycofujące się pod koniec wojny nazistowskie oddziały natknęły się na te materiały konstrukcyjne, dzięki czemu same podjęły w ścisłej tajemnicy dalsze prace nad budową i udoskonaleniem tych pojazdów. Z ich danych wynika, że w roku 1976 największy pojazd osiągnął już średnicę 100 metrów. Stałe udoskonalanie mechanizmu napędo­wego z biegiem czasu znacznie zwiększyło jego moc. Z obserwacji wynika, że te ziemskie pojazdy latające są bardzo podobne do dyskoidalnych obiektów latających pochodzenia pozaziemskiego, stąd też często mylone są ze sobą.

Pod względem możliwości ustępują one jednak znacznie pozaziemskim pojazdom latającym. Tego faktu nie zmieniłoby nawet posiadanie przez nie nowoczesnego systemu napędowego. Wiedząc już, że istnieją ziemskie pojazdy latające w kształcie dysków i że od czasu do czasu można je obserwować na naszym niebie, możemy wyodrębnić dwa błędne poglądy:

a)  Ci, którzy wiedzą o istnieniu ziemskich latających spodków, są w oczy­wistym błędzie, uważając, że wszystkie tego rodzaju obiekty są wyłącz­nie pochodzenia ziemskiego bądź oszustwem lub złudzeniem. Według nich pozaziemskie pojazdy latające to nic innego jak urojenia.

b)  Drudzy z kolei, którzy nie wiedzą lub nie chcą uwierzyć w istnienie ziemskich latających spodków, wszystkie obiekty tego typu uważają za pozaziemskie pojazdy latające.

2.2. Obiekty latające pochodzenia pozaziemskiego

Większość ludzi informacje o pozaziemskich obiektach latających czerpie z prasy codziennej, w związku z czym ich pojęcie o nich jest bardzo mgliste.

35

Pozaziemskie obiekty latające można podzielić na dwa rodzaje: material­ne i niematerialne.

A. Materialne obiekty latające

(zdjęcia 6 l od 8 do 28)

Są to rzeczywiste, widzialne, namacalne obiekty wykonane z wysoko-wartościowych materiałów — głównie stopów metali. Jeśli chodzi o ich postrzeganie, należy stwierdzić, że większość tych pojazdów posiada zabez­pieczenia przed namiarem akustycznym, optycznym oraz radarowym, w związku z czym mogą być dla nas całkowicie niedostrzegalne. Abs­trahując od możliwości technologicznych, to, czy będziemy mogli je postrzegać, zależy wyłącznie od nastawienia istot pozaziemskich.

Plejadanie i przedstawiciele wielu innych cywilizacji starają się być niedostrzegalni. Są jednak rasy, którym nie zależy na ukrywaniu swojej obecności i beztrosko latają na oczach wielu świadków.

Przelotom tych obiektów towarzyszą różnorodne efekty świetlne, które najbardziej widoczne są w czasie nocnych obserwacji. W zależności od szybkości obiektów światło emanują określone ich części lub też one całe, a niekiedy nawet otaczające je powietrze, przy czym intensywność światła oraz paleta barw jest zmienna.

Latające obiekty są obserwowane jako pulsujące światła lub ich pasma, także jako świetlne kule wypuszczające niekiedy snopy światła, czasami stwierdza się ich obecność poprzez występowanie różnego rodzaju promie­niowania oraz silnych pól magnetycznych. Po ich lądowaniach często pozostają różne ślady, jak na przykład wgłębienia, wypalenia roślinności itp.

Zewnętrzny kształt statków jest niezwykle zróżnicowany. Najbardziej rozpowszechnionym jest dysk. Innymi najczęściej występującymi formami są kule, dzwony, kopuły, cygara, wrzeciona, prostopadłościany, pierścienie i elipsoidy. Ich wielkość jest również bardzo zróżnicowana i może się wahać od centymetra (zdalnie sterowane przyrządy obserwacyjno-pomiaro-we) do kilkuset metrów.

Gigantyczne rozmiary osiągają jedynie wielkie statki kosmiczne. Będący w posiadaniu Plejadan pojazd tego typu ma 17 km średnicy (sam korpus bez ramion). Tego rodzaju cuda techniki wyposażone są zawsze w najnowocze­śniejszy sprzęt, o którym my możemy tylko marzyć. Z konieczności wyposażone są one również w skuteczną broń, począwszy od stosunkowo niewinnych urządzeń oszałamiających aż do broni masowego rażenia, znacznie groźniejszej w działaniu od broni jądrowej. Chodzi tu o tak zwaną broń typu „Overkill", która zamienia w ułamku sekundy każdy obiekt materialny w energię. Nawet całą planetę.

36

Najbardziej charakterystyczną cechą pozaziemskich pojazdów kosmicznych jest ich zdolność wykonywania niezwykłych manewrów. Są to na przykład:

1.  Zdolność nagłego przyspieszania, podczas którego w ciągu kilku sekund prędkość obiektu może być kilkakrotnie zwiększona lub zmniejszana bez jakiegokolwiek uszczerbku dla pasażerów oraz pojazdu. Obiekty te mogą błyskawicznie   przyśpieszać   aż   do   prędkości   światła   (299.792,5 km/sek)... a nawet poza nią, co w świetle naszej wiedzy wydaje nam się całkowitą utopią.

2.  Nagłe pojawianie się obiektów -- pozornie znikąd --i równie nagłe znikanie bez śladu z pola widzenia. Mogą być tego trzy przyczyny:

a)  włączenie lub wyłączenie optycznej osłony, która odchyla promienie świetlne biegnące wokół statku czyniąc go w ten sposób niewidocznym;

b)  błyskawiczne przyśpieszenie - - tak nagłe, że nasze oko nie jest w stanie nadążyć za oddalającym się obiektem;

c)  nagłe przejście do innego wymiaru lub teleportacja (zjawiska te omówione zostały szczegółowo w rozdziale VI).

3.  Zdolność do bezdźwięcznego i niewidocznego przemieszczania się za pomocą odpowiednich osłon energetycznych. Urządzenia napędowe tych pojazdów wytwarzają oczywiście różne dźwięki, jednak dzięki odpowie­dnim osłonom można sprawić, że nie będą one słyszalne w ich bezpo­średnim otoczeniu. Szczególnie interesujący jest w ich przypadku brak huku przy przekraczaniu przez nie bariery dźwięku.

4.  Dowolnie długi czas unoszenia się na każdej wysokości.

5.  Niezwykłe manewry niemożliwe do wykonania przez nasze urządzenia latające, takie jak huśtanie się na boki, lot zygzakiem itp.

Sprawność urządzeń latających zależy oczywiście od poziomu techniki mieszkańców danej planety, zwłaszcza od rodzaju używanego przez nich napędu. Jedne napędy przydatne są jedynie do przemieszczania się we­wnątrz atmosfer planet, inne umożliwiają dalekosiężne loty kosmiczne do innych układów planetarnych, galaktyk, a nawet wszechświatów. Jak wia­domo, istnieje jedna zasada fizyki, która obowiązuje wszystkie lub prawie wszystkie rodzaje napędu bez względu na poziom techniki. Chodzi miano­wicie o regułę akcji i reakcji, czyli siłę odpychania, która wykorzystywana jest we wszystkich rodzajach napędu w całym wszechświecie.

Różnice w poziomie techniki pomiędzy poszczególnymi rasami kos­micznymi najwyraźniej widać po czasie trwania lotów. Być może brzmi to niewiarygodnie, ale ogromne odległości astronomiczne oddzielające po­szczególne układy planetarne mogą być bez trudu pokonywane przez

37

poszczególne rasy i to na różne sposoby. Właśnie od rodzaju napędu zależy czas trwania lotu, który na tej samej trasie może się od siebie bardzo różnić. Odległości, które jedne rasy przemierzają w ciągu kilku minut, godzin czy dni, inne muszą pokonywać przez wiele miesięcy lub lat. Pierwsza lepsza technologia podróży kosmicznych wykorzystywana przez istoty pozaziems­kie przewyższa naszą pod każdym względem.

B. Niematerialne obiekty latające

(zdjęcia od 29 do 32)

W przeciwieństwie do już omówionych istnieją jeszcze niematerialne obiekty latające składające się z substancji pierwotnej, to znaczy z okreś­lonego rodzaju energii. Do tych niezwykłych obiektów należą:

1.  Bioorganiczne obiekty latające.

Są to formy życia, które swobodnie wnikają z innych wymiarów w naszą czasoprzestrzeń.

2.  Energetyczne obiekty latające.

Są to statki energetyczne. Posiadają one możliwość przekształcania się, to znaczy w zależności od woli załogi mogą przybierać dowolny kształt. Przyjęcie określonego kształtu lub jego zmiana dokonywana jest za pomocą myśli.

Wiosną 1979 roku dwa takie statki zatrzymały się na kilka miesięcy w przestrzeni wokołoziemskiej w celu wykonania określonej misji. Billy obserwował je wielokrotnie w nocy, gdyż telepatycznie został poinfor­mowany o ich obecności. Wprawdzie podana godzina była niewłaściwa, niemniej dzień się zgadzał, dzięki czemu udało mu się je sfotografować.

Początkowo statki te przybrały kształt wanny, jednak później prze­kształciły się w kule i pręty. W czasie tych przemian zmieniła się również ich wielkość od 5 do kilkuset metrów. Emitowane przez nie światło było anormalne. Na przykład oświetlony ciemną nocą pagórek wyglądał jak w świetle dziennym, zaś zaparkowane przed domem samochody zaczęły zużywać przeciętnie o 5 litrów benzyny więcej na 100 km po tym, jak znalazły się w zasięgu ich promieniowania. Zdaniem ich właścicieli po tym energetycznym napromieniowaniu wymagały gruntownego remontu.

Gdy statki te zatrzymywały się w pobliżu biur, wówczas znajdujące się w nich maszyny do pisania „wariowały". Pewna maszynistka stwier­dziła, że po którymś razie zaczęła się czuć bardzo głupio musząc po raz kolejny zanieść swoją maszynę do pisania do naprawy. Oczywiście te efekty uboczne nie były zamierzone przez załogantów tych statków.

Jak się później dowiedzieliśmy od Plejadan, te pojazdy należały do wysoko rozwiniętej rasy karłów-półzjaw. (Półzjawa to forma bytu będą-

38

ca stopniem pośrednim, który człowiek osiąga podczas swojego rozwoju duchowego. Ciało półzjawy tylko częściowo składa się ze stałych elementów i wygląda jak mglisty, półprzeźroczysty twór). Istoty te nazywają się Nabulanerami i pochodzą z mgławicy Andromedy położo­nej w odległości ponad 2 milionów lat świetlnych od Ziemi.

3. Inteligencje kierujące pozaziemskimi obiektami latającymi

W przypadku pozaziemskich obiektów latających pod względem sposo­bu kierowania nimi wyróżniamy dwa rodzaje pojazdów:

a)  Zdalnie sterowane z bazy lub statku-matki bezzałogowe obiekty latające. Niekiedy używane są w pełni zautomatyzowane pojazdy wykonujące samodzielne zadania.

b)  Załogowe obiekty latające kierowane przez roboty, androidy lub żywe istoty. (Androidy są półorganicznymi, półmechanicznymi tworami wy­kreowanymi przez żywe istoty na swoje podobieństwo. Posiadając or­ganiczny mózg są one w stanie samodzielnie myśleć i podejmować decyzje w ramach dopuszczalnych przez oprogramowanie. Są jednak maszynami, które można w dowolnej chwili wyłączyć tak jak roboty. Można unieruchamiać je w całości lub wyłączać tylko niektóre ich funkcje. Odłączenie dopływu energii do sztucznego mózgu powoduje blokadę całego organizmu. Ze względów bezpieczeństwa androidy są w stanie wyłączać się samoczynnie w przypadku wystąpienia różnego rodzaju przeciążeń - - na przykład procesów myślowych. Androidy nadzorują działanie robotów często wspomagając je w wykonywaniu różnych prac, wykonują także typowo ludzkie czynności).

Co ciekawe, wśród pozaziemskich ras najczęściej pilotami są osobniki żeńskie. Wynika to z faktu, że sterowanie statkami kosmicznymi nie wymaga siły fizycznej i że kobiety są bardziej subtelne w nawiązywaniu kontaktów od mężczyzn. W przypadku innych ras nie będących na zbyt wysokim stopniu rozwoju ewolucyjnego jest odwrotnie, to znaczy pilotami są prawie wyłącznie osobniki męskie w myśl błędnej zasady, że kobiety są mniej wartościowe od mężczyzn. Wśród Plejadan pilotami są przede wszystkim kobiety.

4. Światła Kaikoura

(przykład nieprawdziwego zjawiska UFO)

Pod koniec grudnia 1978 roku nad położonym na wschodnim wybrzeżu Nowej Zelandii (Wyspa Południowa) miastem Kaikoura przez 12 dni miały

39

miejsce liczne niezwykle widowiskowe zjawiska świetlne, które wbrew powszechnie panującym poglądom nie mają nic wspólnego NOLami. Oto wypowiedź Billy Meiera na ten temat:

Obserwowane zjawisko było trójwymiarowym odbiciem różnych planet układu słonecznego. Tego typu odbicie powstaje podobnie jak fatamorgana, z tą jednak różnicą, że jest ono dużo bardziej plastyczne i realistyczne. Rzutowane podczas niego planety w jedno miejsce przesuwają się nagle w pobliże obserwatora i wyglądają, jakby przemieszczały się wokół samolotu. Ogólnie mówiąc planety rzuto­wane w ten sposób na Ziemię wyglądają na większe i jaśniejsze niż normalnie. Ich wielkość zmienia się na skutek projekcji typowej dla fatamorgany, ponieważ odpada działanie czynników utrudniających widoczność. Takie trójwymiarowe odbicia mogą obejmować jedno­cześnie wiele planet, których rozmiary mogą być tak duże, że można ujrzeć na nich nawet obłoki, jak w przypadku świateł nad Kaikourą. Że tak było w tym przypadku, dowodzą tego nakręcone filmy oraz zdjęcia.

O ile mi wiadomo, podczas tej obserwacji widoczne były odbicia Merkurego, Wenus, Marsa, Jowisza i Saturna. Nie wiem jednak, czy obserwowano wówczas wszystkie pięć planet jednocześnie. Jeśli tak było, to trzeba uznać, że było to wyjątkowe zjawisko, ponieważ podczas podobnego zdarzenia, które miało miejsce w Indiach w roku 1964 i trwało 11 dni, widoczne były tylko trzy planety.

Trójwymiarowe odbicia planet układu słonecznego w ziemskiej atmosferze powstają na skutek zakrzywienia promieniowania świetl­nego, którego pasma wiją się w kosmosie na przestrzeni miliardów kilometrów niczym węże. Jeżeli wiązka takiego promieniowania dostanie się w obszar układu planetarnego, wówczas obraz jednej lub kilku planet rzutowany jest na inną w taki sposób, jak to miało miejsce w przypadku świateł znad Kaikoury.

Obraz pojedynczej planety lub kilku z nich, a nawet całego układu planetarnego może być rzutowany za pośrednictwem takiej wiązki w głąb przestrzeni kosmicznej na odległość milionów lub miliardów kilometrów tworząc ich plastyczne obrazy w miejscach, w których ich w rzeczywistości nie ma.

40

III PLEJADANIE

Plejady są drugą pod względem jasności gromadą otwartą na naszym niebie, która składa się ze stosunkowo młodych gwiazd. Znajduje się ona w gwiazdozbiorze Byka i oddalona jest od Ziemi o około 500 lat świetlnych. Często określa się ją mianem „gwiazdozbioru siedmiu gwiazd", ponieważ co najmniej siedem gwiazd wchodzących w jej skład można bez trudu dostrzec gołym okiem w północnej części zimowego nieba. Większość znajdujących się w niej planet jest wciąż w fazie rozwoju, przez co są one całkowicie nieprzydatne jako ewentualne miejsce zamieszkania ludzkich form życia.

Istnieją tam jednak układy planetarne zamieszkałe przez ludzkie cywili­zacje, lecz w innych wymiarach, w których istnieje taki sam układ czaso­przestrzeni oraz występuje podobna gęstość materii jak na Ziemi. Jeden z nich przesunięty jest w czasie w przyszłość o ułamek sekundy, co nam Ziemianom, wciąż jest niezrozumiałe i trudne do zaakceptowania.

Jedna z tamtejszych gwiazd nazywająca się Taygeta posiada w swoim układzie 10 planet, spośród których 4 są zamieszkałe. Żyjące tam istoty nazywamy Plejadanami. Jedna z tych planet nazywa się Erra i jest ona ojczyzną Erran, o których to właśnie jest przede wszystkim ta książka. W niniejszym rozdziale przedstawiony jest ich styl życia, zaś przytoczone tu informacje pochodzą z bezpośrednich wypowiedzi Semjase, Quetzala i Ptaaha zawartych w sprawozdaniach z kontaktów z nimi. (Sprawozdania z kontaktów zawierają spisane słowo w słowo rozmowy, które łącznik

41

Eduard Billy Meier prowadził z wieloma Plejadanami, głównie z Semjase, Quetzalem i Ptaahem).

Wiele przytoczonych tu spraw może wydać się egzotycznych i dziwnych, przeto wskazane jest, aby podczas ich lektury uwolnić się od własnych wyobrażeń i uprzedzeń. Do wszystkich tych niezwykłych wypowiedzi należy podchodzić oczywiście krytycznie, aczkolwiek z pewną dozą obiek­tywizmu. Być może lektura ta stanie się impulsem do własnych przemyśleń nad obrazem naszego świata i doprowadzi do nowych wniosków.

Na początek kilka danych fizycznych dotyczących Erry i porównanie ich z analogicznymi danymi dotyczącymi Ziemi. Jak widać poniżej, między naszymi planetami istnieje bardzo duże podobieństwo.

Ziemia:

Odległość od centrum układu słonecznego: Czas obiegu wokół słońca: Nachylenie pozornej osi planety: Średnica w płaszczyźnie równika: Gęstość:

około 150 min km 365,25 dni 23,5 stopnia 12.756 km

5,5 g/cm

Erra:

Odległość od centrum układu słonecznego:   około 150 min km

Czas obiegu wokół słońca:                            365,25 dni

Nachylenie pozornej osi planety:                  22,99 stopnia

Średnica w płaszczyźnie równika:                12.749 km

Gęstość:                                                        5,5 g/cm

Atmosfera:                                                    3,4% tlenu więcej niż na

Ziemi

Grawitacja:                                                   0,03% większa od ziemskiej

Rok na Errze trwa tyle samo co na Ziemi, lecz podzielony jest nie na 12, a na 13 miesięcy (miesiąc nazywa się asar) z okresem wyrównania co 23 lata. Dzień (musal) liczy 23 godziny i 59,4 minut. Godzina (odur) prawie dokładnie równa się ziemskiej.

Mówiąc o symbolu swojej planety Semjase powiedziała Meierowi: - Już wyjaśniłam, że wasze symbole gwiazd [Semjase ma tu na myśli planety przyp. red.] pochodzą od naszych przodków, którzy stworzyli je w oparciu o ich poziom wibracji i promieniowania. Innymi słowy oznacza to, że symbole te odzwierciedlają poziom ewolucji poszczególnych planet. W ten sposób pojedynczy znak pokazuje, w jakim miejscu cyklu ewolucyj­nego lub na jakim poziomie ewolucji jest dana planeta. Dotyczy to również

42

Erry, mojej ojczystej planety, której symbol składa się z różnych dawnych, tradycyjnych znaków stosowanych przez naszych przodków, tych samych, jakich użyto do oznaczenia planet Układu Słonecznego i których wy również używacie obecnie. Jego pozioma część symbolizuje równowagę między górą i dołem, to jest harmonię. Porównaj to z symbolami Układu Słonecznego, gdzie nie występuje równowaga, lecz stała dominacja czyn­ników negatywnych bądź pozytywnych.

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADe]

Symbol planety Erra

Liczba mieszkańców Erry wynosi około 500 milionów i dzięki stałej kontroli urodzeń mieści się w ramach ustalonej normy, zgodnie z którą na l kilometr kwadratowy urodzajnej ziemi przypada nie więcej niż 12 osób. Pozaziemskie istoty nie są żadnymi potworami, niebiańskimi zjawami czy też istotami obdarzonymi magiczną mocą niczym nasi bajkowi czarodzieje. Są to istoty z krwi i kości, takie same jak my. Co więcej, Erranie prawie w ogóle nie różnią się swoim wyglądem od nas, co wyraźnie widać po wizerunku Semjase przedstawionym na zdjęciu nr 7 oraz fotografii Asket (zdjęcie nr 5). [Asket pochodzi z sąsiedniego wszechświata nazywającego się DAL i była drugim kontaktem1 Billy'ego; ich kontakty odbywały się w latach 1953-1964]. Żadnej z nich z całą pewnością nie wzięto by za istoty pozaziemskie, gdyby odpowiednio ubrane przechadzały się ulicami na przykład Paryża lub robiły zakupy. Zdaniem Billy'ego, który pod koniec lat siedemdziesiątych przebywał przez kilka dni z wizytą na Errze, jej miesz­kańcy nie tylko mają dbały wygląd, ale są również bardzo pogodni i przyja­źni. Okazywana przez nich uprzejmość i życzliwość, dotyczy w równym stopniu obcych, jak i swoich rodaków. Każdy pozdrawia każdego, niezależ­nie od tego, czy go zna, czy nie. Nie oglądają się też za obcymi, nawet jeżeli są oni dziwacznie ubrani lub mają inny kolor skóry.

Na powitanie lub pożegnanie mieszkaniec Erry kładzie prawą rękę na sercu i pochyla lekko głowę. Pod względem technicznym Erranie wy-

1W literaturze ufologicznej mianem „kontaktu" określa się obcą inteligencję lub istotę kontaktującą się z wybranym przez siebie Ziemianinem, którego z kolei nazywa się „łącznikiem" lub — mniej elegancko — „kontaktowcem".

43

przedzają naszą cywilizację o około 3.500 lat, zaś pod względem rozwoju duchowego i intelektualnego o około 30 milionów lat.

Ze względu na wysoki poziom drgań własnych Erry żyją oni na o wiele wyższym poziomie wibracji niż my. Nieco dokładniej przedstawił to w swojej wypowiedzi Quetzal (jeden z głównych kontaktów Meiera):

- Nasze wibracje są nad wyraz delikatne i odpowiednio do nich reagujemy na drgania [innych form życia], które wnikną w nasze pole wibracji. Gdyby więc dotarły do nas drgania niezbyt wrażliwego Ziemiani­na, wówczas jego niewyważone i negatywne wibracje wchodząc w nasze pole wywołałyby wstrząs wewnątrz całego naszego pola drań, co do­prowadziłoby do niekontrolowanych myśli, a te wzbudziłyby z kolei nie­kontrolowane uczucie strachu. Oznacza to, że znalazłszy się w zasięgu pola wibracji człowieka, które zawiera wiele negatywnych drgań, zaczynamy działać w sposób niekontrolowany, co miało miejsce w przypadku Semjase, kiedy upadła w Centrum i doznała uszkodzenia głowy. Poziomy wibracji między nami i ludźmi bardzo się od siebie różnią. Ludzkie wibracje zawierają elementy zarówno negatywne, jak i pozytywne, nie brak w nich jednak także elementów równowagi. Wszystko to jest bardzo ważne w przy­padku wzajemnego zbliżenia. Pole wibracji człowieka rozciąga się z reguły na odległość do 90 metrów i ta odległość w kontaktach z nami nie może być przekraczana, w związku z czym Ziemianie nie zbliżają się do nas na mniejszą odległość.

Ze względów bezpieczeństwa Erranie stosują odpowiednie urządzenia ochronne, aby zabezpieczyć się przed szkodliwymi wibracjami Ziemian (patrz rozdział VI). Mówiąc o Billym, Quetzal dodał, że w jego przypadku środki ochronne są zbędne, bowiem jego wibracje są na tyle wyważone, że nie wyrządzają im szkody.

Spośród Erran najczęściej z Billym kontaktowała się Semjase, Ptaah i Quetzal. Oto niektóre dotyczące ich dane.

Ptaah:

Ma 770 ziemskich łat i troje dzieci: dwie córki, Semjase i Pieję, oraz nieżyjącego już syna, Jucatę. Ptaah jest dowódcą floty Plejadan w randze Jszwjsza (JHWH) oznaczającej „Króla Mądrości". (JHWH oznacza osobę posiadającą największą wiedzę i mądrość, jaką może posiąść ludzka istota. Dawniej pojęcie to utożsamiano z bogiem, lecz nie w sensie stwórcy. Zadaniem Króla Mądrości jest służenie radą i pomocą oraz nadzór nad zamieszkałymi planetami, lecz nie jako władca, co dawniej często miało miejsce na Ziemi). Ptaah nadzoruje obecnie trzy różne planety, z których znane są nam z nazwy tylko dwie, a mianowicie Erra i Terra (Ziemia).

44

Semjase:

Ma 344 ziemskich lat i około 1,7 metra wzrostu. Jest szczupłą, młodo wyglądającą kobietą o białej karnacji, błękitnych, błyszczących oczach i jasnoblond włosach. (Ich pukiel znajduje się w archiwum Semjase-Sil-ver-Star-Center). Uwagę zwracają jej bardzo długie i wysunięte nieco do przodu uszy —jedyna zewnętrzna różnica anatomiczna odróżniająca ją i jej rodaczki od naszych kobiet. Dzięki swojej ogromnej wiedzy znacznie przewyższającej poziom wiedzy przeciętnego jej rodaka jest Pół-Jszrjsz, czyli Półkrólową mądrości lub zgodnie z naszą mitologiczną terminologią półboginią.

Od chwili nawiązania pierwszego kontaktu z Billym w dniu 28 stycznia 1975 roku aktywnie zajmuje się problemami naszej planety i jak żadna inna istota pozaziemska jest zorientowana w naszych ziemskich sprawach. Od lutego 1965 do czerwca 1973 roku przebywała we wszechświecie DAL wśród rodaków Asket. (Wszechświat DAL jest wszechświatem równoleg­łym lub jak kto woli, bliźniaczym do naszego, nazywanego przez nich DERN, który powstał w tym samym czasie co nasz). Po powrocie z wszech­świata DAL na Errę w czerwcu 1973 roku przybyła na Ziemię i w ukrytej bazie przystąpiła do wykonywania swojej misji. 28 stycznia 1975 roku odbyła pierwszy kontakt z Billym. Z ziemskich języków zna tylko niemie­cki i do czasu ostatecznego opuszczenia naszej planety, co nastąpiło w listopadzie 1984 roku, nie uczyła się żadnego innego. Naszą planetę musiała opuścić ze względów zdrowotnych.

Zakres jej działań ograniczony był wyłącznie do Europy, bowiem nie była upoważniona do działań bądź nawiązywania kontaktów z kimkolwiek spoza tego obszaru. 15 grudnia 1977 roku uległa groźnemu wypadkowi w Semja-se-Silver-Star-Center mieszczącym się Hinterschmidrtüi, w wyniku czego musiała poddać się leczeniu na swojej rodzinnej planecie. W maju 1978 roku wróciła na Ziemię i na nowo nawiązała kontakt z Billym, który trwał do 26 marca 1981 roku. Następnie ponownie opuściła Ziemię, gdzie powróciła pod koniec stycznia 1984 roku. Ziemię opuściła w celu spełnienia ważnej misji w innej części kosmosu. 3 lutego 1984 roku odbyła ostatni kontakt z Billym.

W wyniku kontuzji głowy, której doznała 15 grudnia 1977 roku, na początku listopada 1984 roku doznała porażenia mózgu, w związku z czym bezzwłocznie przetransportowano ją do wszechświata DAL, gdzie została poddana leczeniu przez rodaków Asket. Kuracja zakończyła się szczęśliwie, jednak -- jak wyjaśnił jej ojciec, Ptaah — całkowita regeneracja mózgu oraz odzyskanie wszystkich sił oraz zdolności Psi zajmie jej około 70 lat.

Do tego czasu Semjase będzie przebywała we wszechświecie DAL, skąd nie może się komunikować z nikim z naszego wszechświata. Jedynym

45

sposobem nawiązania kontaktu z kimkolwiek stamtąd jest odbycie tam podróży lub stamtąd tutaj. Jest to bardzo ważna informacja, ponieważ od czasu do czasu pojawiają się ludzie, którzy twierdzą, że mają lub mieli telepatyczne, a niekiedy nawet osobiste kontakty z Semjase, co z wymienio­nego powodu jest obecnie całkowicie niemożliwe.

Semjase jest wdową po zaledwie siedmioletnim związku małżeńskim. Jej partner zginął blisko 200 lat temu podczas wyprawy badawczej do innej galaktyki, kiedy nie mieli jeszcze dobrze opanowanej techniki lotów przez nadprzestrzeń. Z dwóch wysłanych wówczas statków badawczych po 11 latach wrócił tylko jeden, drugi natomiast, na którego pokładzie znajdował się jej mąż, miał usterki w układzie sterowania i spadł na jedną z gwiazd. Ich małżeństwo było bezdzietne.

Pieją (siostra Semjase):

Wiadomo o niej jedynie, że ma długie, czarne włosy. Według Billy'ego jest pełną życia i rządną przygód osobą. Pewnego razu chciała koniecznie przejechać się motorowerem Billy'ego. Semjase oznajmiła mu, że Pieją nigdy jeszcze nie jeździła tak niebezpiecznym pojazdem.

Quetzal:

Ma 464 ziemskich lat, 1,9 metra wzrostu, szaroniebieskie oczy i jasno-brązowe włosy. Jest mężem czterech pięknych kobiet oraz ojcem sześciorga dzieci. Jego żony są bardzo blisko zaprzyjaźnione z Semjase i chętnie widziałyby ją jako piątą w tym związku, jednak Quetzal i Semjase są innego zdania w tej kwestii. W czasie jedenastoletniego okresu kontaktowania się z Billym (1975-1986) Quetzal był dowódcą wszystkich punktów wypado­wych Plejadan w naszym układzie planetarnym. Billy twierdzi, że posiada on niezwykłe uzdolnienia, zwłaszcza w dziedzinie techniki, na polu której dał się wielokrotnie poznać jako wynalazca i konstruktor wielu użytecznych urządzeń.

Semjase, Quetzal i Ptaah angażowali się w różne sprawy dotyczące naszej planety, za co należą się im specjalne podziękowania. Dzięki swojemu niezwykłemu rozwojowi ewolucyjnemu Plejadanie do perfekcji opanowali podróże kosmiczne i dysponują ogromną armadą pojazdów umożliwiają­cych pokonywanie ogromnych odległości. Pełnią rolę swego rodzaju strażni­ków kosmicznego porządku oraz przewodników wspomagających duchowy rozwój wszystkich potrzebujących pomocy istot.

Posiadają liczne punkty wypadowe w całym wszechświecie. Trzy z nich znajdują się na Ziemi, jeden w Ameryce, drugi w Azji a trzeci w Europie.

46

Wszystkie one są doskonale ukryte i zabezpieczone przed wykryciem przez nasze urządzenia namiarowe. Europejska baza istniejąca już od blisko 300 lat usytuowana jest w górach w Szwajcarii. W czasie jedenastoletniego okresu kontaktów z Billym przebywało w niej bez przerwy w zależności od potrzeb od 50 do 300 Plejadan. Mimo iż 28 stycznia 1986 roku kontakty z nim zostały oficjalnie zawieszone, to jednak nadal przebywa w niej siedmioosobowa załoga, której zadaniem jest różnego rodzaju kontrola i nadzór.

Razem z pozostałymi członkami ziemskiej ekipy Plejadan po roku 1986 Ziemię opuścili także ich sprzymierzeńcy należący do innych ras. Ze względów zdrowotnych kontakty z Billym Meierem ograniczono do formy czysto prywatnej. Od 17 listopada 1989 roku nabrały one jednak z po­wrotem oficjalnego charakteru.

1. Uczucia i doznania

Sposób zachowania się Plejadan (Erran) wzbudza silne zainteresowanie ich sferą uczuciową, to znaczy, czy odczuwają radość, smutek bądź złość. Wysoki poziom rozwoju ewolucyjnego sprawia, że ich życie duchowe jest bardzo bogate — dużo bardziej, niż jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić. Najlepiej oddają to słowa Semjase:

-Tak samo jak Ziemianie doznajemy takich uczuć jak miłość, przyjaźń, sympatie i antypatie etc. W niektórych sprawach jesteśmy niewątpliwie o wiele subtelniejsi, wrażliwsi i mamy do nich bardziej realistyczne podejś­cie. To sprawiło, że w ciągu ostatnich tysiącleci zaczęliśmy się zbytnio kontrolować, izolując i tłumiąc swoje uczucia. Uważaliśmy, że musimy to robić, aby chronić się przed mniej rozwiniętymi istotami. W miarę po­stępowania ewolucji wszystkie nasze doznania stawały się subtelniejsze, przez co wymagały zwiększonej kontroli, która wywołuje ogólny wzrost harmonii. Dzięki temu potęguje się w nas miłość oraz chęć wspólnego życia z istotami na tym samym etapie rozwoju, jak również w pewnym stopniu mniej rozwiniętymi. Te doznania nie zastępują wiedzy ani myślenia, lecz są ich rezultatem, ponieważ to właśnie wiedza i myślenie rodzaje. W związku z tym nieprawdą jest, że pewne misje mogą wywoływać zmiany naszej sfery uczuciowej, ponieważ nasze uczucia są tak dalece rozwinięte i stale kont­rolowane, że nie mogą podlegać żadnym zmianom poza dalszą ewolucją. Inaczej jest u Ziemian, których rozwój w tej sferze jest jeszcze dość niski, przez co realizowane przez nich zadania wywierają na nie duży wpływ. Przykładem może być tu strażnik więzienny, który może doznawać agresy­wnych uczuć podczas pełnienia swoich obowiązków. Popełniliśmy błąd za

47

bardzo kontrolując nasze uczucia, w wyniku czego analizowaliśmy je z punktu widzenia prawdopodobieństwa. Zrozumieliśmy to po poznaniu ciebie [chodzi o Billy'ego], ponieważ często dawałeś upust swoim uczu­ciom. Błędem było również zamykanie naszych uczuć przed mniej rozwi­niętymi inteligencjami. Doszło do tego, że blokada uczuć zaczęła wśród nas systematycznie wzrastać. Na szczęście zrozumieliśmy to w porę i w ciągu kilku miesięcy udało się nam pokonać to zło, zanim doszło do ewolucyjnej blokady uczuć, co ma miejsce u innych ras. Ten problem mamy na szczęście już za sobą. Erranie są najbardziej rozwiniętą rasą pod tym względem. Decyzją Wysokiej Rady zlikwidowano to zło, postanawiając jednocześnie chronić w przyszłości przed powtórzeniem tego błędu inne mniej rozwinięte rasy. Mam na myśli oczywiście inne rasy zamieszkujące wszechświat.

Na temat namiętności Semjase powiedziała:

Każdy zmienia się odpowiednio do poziomu rozwoju duchowego, również cechy jego charakteru, jako że namiętność i obojętność powstają właśnie podczas tego rozwoju. Stąd też podobnie jak na Ziemi również wśród nas występują pod tym względem ogromne różnice. Tego rodzaju różnice między Erranami są znaczne, bowiem emocje i temu podobne cechy zanikają dopiero wraz z zanikiem ciała fizycznego, zaś rozwój duchowy czyni je tylko subtelniejszymi. Istnieją tylko tak długo, jak długo istnieje ciało fizyczne. Emocje w takiej postaci, w jakiej występują u Ziemian, u nas nie istnieją. Nie jesteśmy istotami doskonałymi, jak to głoszą w celach religijnych różni pseudołącznicy. Tego rodzaju rzekomo doskonałe istoty są albo kłamliwymi kreaturami chcącymi trzymać Ziemian w ryzach, co faktycznie ma niekiedy miejsce, albo nie istniejącymi istotami będącymi wyłącznie wytworem fantazji pseudołączników.

Ze słów Semjase jednoznacznie wynika, że między istotami jedyną różnicą jest intensywność uczuć. W związku z tym zupełnie zrozumiały staje się fakt, że nawet bardzo rozwinięte rasy mogą popełniać błędy, co może być dla nas swego rodzaju pocieszeniem.

2. Przeciętny czas życia i obliczanie upływu czasu

Plejadanin żyje przeciętnie 1000 lat. Wypowiadając się na ten temat Jszwjsz Ptaah stwierdził:

- Wszelkie formy życia osiągają wiek odpowiedni do swojego poziomu umysłowego. Dawniej, gdy człowiek płodzony był przez swoich pozaziems­kich przodków, jego średni czas życia wynosił 1007 lat, gdyż uczony przez nich dysponował ogromną wiedzą i umiejętnościami. Nieoczekiwanie jed­nak szybko stał się ofiarą religii [kultów religijnych] i ich herezji. W rezul-

48

tacie zaczął działać wbrew prawom i nakazom Kreacji, co doprowadziło do obniżenia jego średniego czasu życia, który systematycznie spadając osiąg­nął poziom jednej dwudziestej pierwotnej wartości. Dopiero wraz z na­staniem nowego wieku zacznie się zmiana na lepsze i przeciętny wiek życia powoli się podniesie. Przyczyna tego leży w stosunku do prawdy i w zwią­zanym z tym kierunkiem rozwoju intelektualnego. Tak więc im bardziej rozwój umysłowy dąży ku prawdzie, tym bardziej wydłuża się czas życia, bowiem w ten sposób następuje regulacja czynników genetycznych, które zostały zniekształcone w ciągu minionych tysiącleci.

Dzisiejsi Plejadanie i Ziemianie są potomkami tej samej grupy istot, co oznacza, że na Ziemi żyli kiedyś Plejadanie, a właściwie dawni Liranie2 i Weganie. Przodkowie Plejadan płodzili potomstwo z Ziemianami (biblijni ojcowie plemion), zachowując wierność prawdzie oraz prawom i nakazom Kreacji, dzięki czemu ich przeciętny czas życia utrzymał się na poziomie 1000 lat.

Ktoś mógłby zapytać w związku z tym, ile lat liczyłaby sobie przy­kładowo Semjase, gdyby żyła na Ziemi. Biorąc pod uwagę, że przeciętny czas życia Plejadanina jest mniej więcej dziesięć razy dłuższy do naszego, na Ziemi byłaby ona trzydziestoczteroletnią kobietą.

Plejadanie obliczają upływ czasu na dwa sposoby. W pierwszym przypa­dku liczą czas od roku, w którym nastał ostateczny pokój na ich planetach, co nastąpiło około 50.000 lat temu (dokładnie 49.711 lat w odniesieniu do roku 1977). Drugi pomiar czasu rozpoczęto 1951 lat temu (w odniesieniu do roku 1977), kiedy to poszczególne grupy Plejadan i sprzymierzone z nimi rasy tworzące „kosmiczną konfederację" oddały się pod kontrolę „Wysokiej Rady", która stała się ich centralnym rządem (patrz podrozdział „Forma rządów ").

Tak więc rok 47.734 p.n.e. według naszego ziemskiego pomiaru czasu jest rokiem nastania wśród Plejadan ostatecznego pokoju, który trwa nie­przerwanie do dzisiaj, natomiast rok 26 n.e. jest momentem, w którym nastąpiło duchowe zjednoczenie ich światów.

Po roku 26 n.e. zgodnie z wolą „Wysokiej Rady" Plejadanie dokonali zmiany polegającej na nadaniu swoim planetom dźwięcznie brzmiących nazw, na przykład rodzinna planeta Semjase, Quetzala, Ptaaha, Pleji i Jso-dosa została nazwana Errą.

2 Właściwie należałoby ich nazywać Lutnianami, ponieważ gwiazdozbiór, z którego pochodzą, po polsku nazywa się Lutnia. Z uwagi jednak na to, że to określenie nie brzmi najlepiej, w książce tej istoty te nazywać będziemy Liranami, jako że łacińska nazwa tego gwiazdozbioru brzmi Lyra, co oznacza lutnię, lirę (późniejsza odmiana lutni) lub cytrę.

49

3. Język i pismo

Na całej Errze używa się jednego języka, który nazywa się Sarat (dwa przykładowe wyrazy pochodzące z niego „arimo" i „garasina" oznaczają odpowiednio „stop" i „teściowa"). Na pozostałych planetach Plejadan i ich sprzymierzonych używa się wielu innych języków. Istnieje jednak jeden wspólny język, który znają wszyscy. Jest to Kosan. Jest on powszechnie znany wśród cywilizacji pozaziemskich, gdyż rozprzestrzenił się już poza granice naszej galaktyki.

Billy zapytał swego czasu Semjase, gdzie tak doskonale nauczyła się języka niemieckiego. Oto, co mu powiedziała:

Podobnie jak wy, również i my musimy uczyć się innych języków, jednak w przypadku waszych przychodzi to nam łatwiej, gdyż jesteśmy w posiadaniu wszystkich ziemskich języków. Oznacza to, że dysponujemy ich dokładnym zapisem w różnych postaciach. Dzięki temu stworzyliśmy kursy językowe, które prowadzone są przez językoznawców z pomocą odpowiednich maszyn podobnych do waszych komputerów. Podczas nauki jesteśmy podłączani do takiej maszyny, która przekazuje nam niezbędne dane dotyczące danego języka. Wszystko to odbywa się w indukowanym przez maszynę stanie, który jest bardzo podobny do hipnozy. W ten sposób w naszych umysłach kodowane są pojęcia i terminy językowe. Cały ten proces trwa 21 dni, potem przez kolejnych 9-10 dni ćwiczymy się w poprawnym posługiwaniu się danym językiem. Poprawną wymowę ćwiczymy przy pomocy odpowiedniej aparatury i językoznawców. Tak więc do pełnego opanowania języka potrzebujemy 30-31 dni. W podobny sposób postępuje się na Ziemi, zwłaszcza w specjalnych instytutach językowych, gdzie stosuje się nagrania na taśmach magnetofonowych. Jest to wstępny krok do skonstruowania i stosowania urządzeń, jakich my używany.

W przypadku trudności w opanowaniu jakiegoś języka Pląjadanie mogą posługiwać się urządzeniami zwanymi „translatorami" (patrz rozdział VI), które potrafią bez trudu tłumaczyć z i na dowolne języki. Poza tym do porozumiewania się stosowana jest jeszcze telepatia, zwłaszcza gdy za­chodzi konieczność porozumienia się z kimś na odległość, przy czym jej wielkość nie ma żadnego znaczenia, to znaczy nie jest przeszkodą. Telepa­tia, czyli przekazywanie myśli na odległość, używana jest w różnych postaciach przez wiele ras zamieszkujących wszechświat (patrz podroz­działy „Telepatia zwykła" i „Telepatia duchowa" w rozdziale Vf).

W sprawie używanego obecnie przez Plejadan pisma Semjase powie­działa:

50

- Znaki używane przez nas przejęte zostały przed 11.000 lat od naszych przodków, którzy żyli wówczas na Ziemi. Nasze stare pismo jest bardzo skomplikowane, współczesne zaś bardzo proste. Stworzone zostało na Ziemi przez naszych naukowców. Jako wzorców użyto konstelacji gwiezdnych widocznych z Ziemi. Połączenie określonych gwiazd nadało tym znakom różne kształty. Dlatego nasze pismo składa się z małych kółek i linii, przy czym owe kółka symbolizują gwiazdy, zaś linie połączenia między nimi.

Pismo to zostało u was na Ziemi zapomniane niedługo po tym, jak biegli w nim ludzie przejęli je od naszych przodków. Było ono w użyciu przez kilka stuleci i często w tym czasie zmieniane. Dziś już niewielu Ziemian posługuje się nim, jego zmienionymi i niezrozumiałymi znakami, które wywodzą się do naszych.

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADf]

Alfabet Plejadan

51

Ziemianie nie wymyślili własnego pisma, lecz przejęli je od swoich pozaziemskich przodków, którzy żyli kiedyś na Ziemi. Owi „synowie niebios" uczestniczyli ponadto aktywnie w powstawaniu i doskonaleniu wielu ziemskich języków.

W alfabecie Plejadan „ch" i „sch" są oddzielnymi literami, zaś „i", „q", „v" i „y" w ogóle nie występują. Zamiast „i" używa się „j". Nie istnieją w nim również również: „a", „o" i „u" (oraz inne znaki akcentowe).

Proces powstawania ziemskich języków jest bardzo interesujący. Z pier­wotnego prymitywnego języka Ziemian zwanego Bro wymieszanego z sied­mioma językami starolirańskimi, czyli językami pozaziemskimi — Westan, Trjdjn, Arjn, Hebrjn, Kjdan, Bamar i Suman — powstawały z biegiem czasu podstawowe języki ziemskie, a z nich współczesne. (Bro znaczyło pierwo­tnie „grzmot pochodzący z ust"). I tak z połączenia języka Bro z...

Westan

powstały

wszystkie języki afrykańskie

Trjdjn

 

wszystkie języki indiańskie oraz insularne rejonu Pacyfiku                      

Arjn

 

wszystkie języki indoeuropejskie, w tym germańskie, łaciński, angielski, celtycki etc.

Hebrjn

 

język asyryjski, babiloński, aramejski, arabski, hebrajski etc.

Kjdan

 

język chiński i japoński

Bamar

 

język australijski oraz języki bliskowschodnie i osmańskie                   

Suman

 

język minojski (z którego powstał starogrecki), gobański, sumeryjski i atlantyckie

      Powyższe zestawienie nie jest w oczywiście kompletne. Przedstawia ono jedynie z grubsza, z jakiego języka wywodzi się dany ziemski język lub ich grupa.

Poruszając te sprawy chciałbym przy okazji przytoczyć pewien fakt, który miał miejsce w roku 1976. Dzieci z mojej klasy poprosiły mnie pewnego dnia o autograf Semjase. Przy najbliższej okazji przedstawiłem tę prośbę Billy'emu, który przekazał ją z kolei Semjase podczas osobistego kontaktu, do którego doszło 23 czerwca 1976 roku. Ku zadowoleniu wszystkich zgodziła się na to bez wahania i jeszcze w czasie tego samego spotkania napisała mazakiem po łacinie cztery swoje podpisy. Ponieważ nie znała dobrze naszego pisma, w pierwszym autografie popełniła niewielki błąd wstawiając w swoim imieniu w miejscu „j" literę „y". Gdy Billy zwrócił jej na to uwagę, trzy pozostałe napisała już bezbłędnie. Następnie

52

oryginały te powieliłem w tylu kopiach, aby starczyło ich dla wszystkich uczniów. Mimo iż żaden z nich nie otrzymał oryginalnego autografu, wszyscy byli jednak bardzo zadowoleni i w dowód wdzięczności chcieli sprezentować jej małego kociaka. Prezent ten bardzo ją ucieszył, jednak ze względów bezpieczeństwa nie mogła go przyjąć. (Plejadanie nie mogą sprowadzać żadnych zwierząt z innych planet z obawy przed chorobami). Moja radość została wkrótce przygaszona, kiedy okrężną drogą dowie­działem się, że niektórzy rodzice rozzłoszczeni tym faktem złożyli na mnie skargę do władz szkoły. Ta reakcja z ich strony była dla mnie ogromnym zaskoczeniem, aczkolwiek jestem w stanie zrozumieć motywy, które nimi kierowały. Była to dla mnie nauczka na przyszłość, aby zachowywać powściągliwość w tych sprawach.

4. Mieszkanie

Jeżeli uprzytomnimy sobie, że około 500 milionów Erran ma na swojej planecie tyle samo miejsca do mieszkania, co ponad 5 miliardów Ziemian tutaj, to nietrudno dojść do wniosku, że na Errze każdy ma dosyć miejsca. Jak twierdzą Plejadanie, Ziemię powinno zamieszkiwać jedynie 529 milio­nów ludzi. Jest to najbardziej odpowiednia ilość mieszkańców i musimy podjąć wszelkie możliwe środki, aby ją osiągnąć, bowiem przeludnienie stanowi największe zagrożenie dla naszej planety.

Na Errze jest co prawda kilka miast z wielopiętrowymi domami, lecz nie są to silosy mieszkalne w formie wieżowców czy drapaczy chmur, w któ­rych ludzie zmuszeni są żyć ściśnięci jak śledzie w beczce. Między budynkami mieszkalnymi rozciągają się parki z alejami spacerowymi. Nie ma tam żadnych ulic, ponieważ są one całkowicie zbędne, jako że Erranie nie używają pojazdów poruszających się po lądzie. Wszystkie miejsca spacerowe są wolne od hałasu i spalin.

Większość mieszkańców preferuje wiejskie domki jednorodzinne w kształcie kuli lub półkuli o minimalnej średnicy 21 metrów. Materiał budowlany to stop wytrzymałych i odpornych na korozję metali, sztucznych tworzyw i piasku. Domy tego typu stanowią wystarczające schronienie dla pięcioosobowej rodziny. Jedna kobieta może mieć maksymalnie troje dzie­ci. Domy położone są na działkach urodzajnej gleby o powierzchni wyno­szącej co najmniej l hektar. Każda rodzina uprawia dla własnych potrzeb ogródek z kwiatami, warzywami i drzewami owocowymi. Uprawia się także rośliny w rodzaju ziemniaków. Z zasady cała żyzna ziemia jest jakiś sposób uprawiana. Fabryki oraz obiekty przemysłowe usytuowane są pod ziemią w rejonach niezamieszkałych i nieurodzajnych ze względu na ochronę

53

środowiska. Na Errze nie ma kominów fabrycznych zatruwających powiet­rze spalinami. Przykłada tam się ogromną wagę do ochrony środowiska. Poszczególne wspólnoty mieszkalne starają się być w miarę możliwości samowystarczalne, w związku z czym posiadają własne ujęcia wody i źródła energii.

5.  Ubiór

O sposobie ubierania się Plejadan nie udało nam się niestety dowiedzieć zbyt wiele od Semjase. Uważała ona, że jej ubranie może się nam wydać nieco obce, niemniej jest bardziej funkcjonalne od naszego. Powiedziała, że po 2000 roku również u nas będzie się podobnie projektować odzież, kiedy w naszym rozumowaniu w tej dziedzinie nastąpi przełom i zacznie się przywiązywać większą wagę do funkcjonalności niż do mody.

Buty są bardzo podobne do naszych, lecz nie są wykonywane ze skóry, ale z tworzyw sztucznych.

Do podróży kosmicznych używane są specjalne, ściśle przylegające do ciała kombinezony ochronne zaopatrzone w obrożę na szyi do mo­cowania hełmu.

Jedynym rzucającym się w oczy, nietypowym elementem ubioru, który spostrzegł Engelbert Wachter, członek naszej grupy, była srebrzyście połys­kująca przeciwdeszczowa peleryna, którą miał na sobie Quetzal w czasie nocnego spaceru. Było to w chwili, kiedy oczekujący w umówionym miejscu na Billy'ego Engelbert oświetlił światłem reflektorów samochodo­wych Quetzala spieszącego na spotkanie z Menarą, biorąc go za kogoś innego (patrz rozdział IX).

6.  Odżywianie

Erranie odżywiają się zgodnie z prawami i nakazami Kreacji, to znaczy przyjmują przede wszystkim pokarm pochodzenia mineralnego i roślinnego, jak również w odpowiednich ilościach — zwierzęcego. Największą wagę przykładają do pożywienia roślinnego, zwłaszcza owoców i warzyw. Zde­cydowanie jednak odrzucają pokarm wegetariański, gdyż może on wpływać negatywnie na procesy myślowe oraz świadomą zdolność reagowania i doprowadzić do zwyrodnień, w wyniku których może dojść do zaniku zdolności do krytycyzmu, czego skutkiem może być trudność w odróżnianiu rzeczy realnych od nierealnych. Jeśli chodzi o skutki fizyczne, to o ile dorośli mogą konsumować tego rodzaju monotonne pożywienie bez uszcze­rbku dla zdrowia stosunkowo długo, o tyle u dzieci i młodzieży mogą

54

wystąpić zakłócenia wzrostu oraz inne negatywne objawy. Z kolei niedobór pożywienia roślinnego lub nadmiar produktów pochodzenia zwierzęcego wywołuje dokładnie przeciwny skutek, a mianowicie bezwład myśli i reakcji.

Erranie nie rezygnują więc w żadnym wypadku z pożywienia zwierzęce­go, nigdy jednak nie konsumują go w nadmiarze. Poza tym nie zabijają zwierząt domowych tak jak my swoje bydło, świnie i inne zwierzęta. Drobniejsza zwierzyna taka jak króliki, kaczki, kury itp. są zabijane i spożywane jedynie w przypadkach koniecznych. Tak więc ludzie nie muszą rezygnować ze wszystkich mięsnych specjałów i w ich menu powinny pozostać na przykład kotlety. Lecz jak to wszystko ma się do tego, co powiedziałem wcześniej. Otóż mięso przeznaczone do konsumpcji produkowane jest przez Erran sztucznie poprzez rozwój kultur komór­kowych, co oznacza, że na Errze można zjeść sznycel i nie musi w tym celu zginąć żadne zwierzę.

Zdaniem Quetzala wielu Ziemian ma niestety fałszywe wyobrażenia o naszym odżywianiu. Pogląd, że ludzkie formy życia mogą się w pełni rozwijać bez produktów zwierzęcych, jest równie fałszywy jak pogląd, że duża ilość produktów zwierzęcych wpływa korzystnie na konstytucję ciała. W rzeczywistości wszelkie poważne negatywne objawy pojawiają się, zarówno przy nadmiarze produktów zwierzęcych, jak i ich całkowitym braku. Ludzkie ciało jest zbudowane w taki sposób, że niezbędny jest mu tak pokarm zwierzęcy, jak i roślinny. Jeżeli w jakimś miejscu nie występuje pożywienie zwierzęce lub też z błędnych założeń zostało ono całkowicie wyeliminowane, wówczas brakujące składniki pochodzenia zwierzęcego należy zastąpić ich odpowiednikami roślinnymi. Na Ziemi nie jest to jeszcze możliwe, bowiem składniki te nie są tu jeszcze rozpowszechnione, zaś te, które są już znane, są odrzucane z niezrozumiałą odrazą.

Interesujące jest, co Erranie piją. Niestety nie wiem zbyt wiele na ten temat. Z całą pewnością piją różnego rodzaju soki roślinne w różnych możliwych kombinacjach. Nie używają żadnych trunków, zamiast nich piją napoje alkoholopodobne.

Dobrze byłoby, aby nasi specjaliści od żywienia zainteresowali się bliżej ich sposobem odżywiania się, by móc w przyszłości udzielać nam właś­ciwych porad w tej dziedzinie.

7. Rośliny

Żyjący dawniej na Ziemi przodkowie dzisiejszych Plejadan sprowadzili na swoją planetę wszelkie możliwe zwierzęta i rośliny, które spotkać można tam do dzisiaj. Uprawia się więc zboże, ziemniaki, porzeczki i inne owoce

55

i  warzywa, lecz między ich produktami i naszymi jest duża różnica. Ich owoce i warzywa są bardziej treściwe i orzeźwiające, dzięki czemu na dłuższy okres czasu zaspokajają głód i gaszą pragnienie. Ponadto ich owoce mają intensywniejszy smak i aromat, oraz barwę. Na przykład kolor zielony, który ma u nas brudnawy odcień, na Errze jest klarowny i soczysty. Wynika to z czystego powietrza wolnego od różnego rodzaju zanieczyszczeń.

Na Errze prowadzona jest także uprawa gigantycznych roślin, co może wydawać się nam wręcz niemożliwe. Są to specjalne odmiany roślin hodowane w odpowiednim klimacie i warunkach. Z racji ich niezwykłych rozmiarów winniśmy nazywać je roślinami-olbrzymami. Jest wśród nich na przykład osiemnastometrowej wysokości kukurydza o kolbach długości

2  metrów i średnicy 20-25 centymetrów lub piętnastometrowej wysokości krzew mięty. Ale to jeszcze nic wobec jabłoni, grusz czy wiśni, których drzewa osiągają wysokość nawet 120 metrów. Rosnące na nich jabłka mają wielkość dużych arbuzów i mogą osiągać ciężar od 20 do 30 kg. Te olbrzymie owoce poddawane są obróbce przemysłowej i wysyłane na inne planety, na których brak jest artykułów żywnościowych w dostatecznych ilościach. Właśnie chęć niesienia pomocy innym jest jedynym powodem uprawiania tych mamucich roślin.

8. Kwiaty

Gdy Billy przybył na Errę, został serdecznie powitany, lecz nie bukietem kwiatów, bowiem Erranie nie zrywają ich. Nikomu z nich nie przyszłoby do głowy, aby wyrwać z ziemi kwiat, zanieść go do domu i wstawić do wazonu, jak to się praktykuje u nas.

Jest jednak pewien kwiat podobny do naszej róży hodowany przez kobiety, który charakteryzuje się między innymi tym, że po zerwaniu przez wiele godzin zachowuje świeżość, jak gdyby nadal rósł w ziemi. Po wyschnięciu służy kobietom jako ozdoba włosów. Jest to zresztą ich jedyna ozdoba, bowiem nie noszą one kolczyków, pierścionków, naszyjników, broszek, bransolet i innych zdobników.

Wszyscy Erranie uważają, że każda, nawet najmniejsza roślina jest ważnym elementem bytu i czują się blisko związani ze wszystkimi formami życia.

9. Zwierzęta domowe

Przodkowie dzisiejszych Plejadan sprowadzili z Ziemi po parze wszyst­kich żyjących na niej zwierząt, eliminując jednocześnie z ich organizmów wszelkie szkodliwe drobnoustroje.

56

Obecnie ze względów bezpieczeństwa sprowadzanie przez nich zwierząt jest surowo zabronione, chyba że jakieś zwierzę można w stu procentach zdezynfekować.

Mimo silnej miłości do zwierząt są one hodowane zupełnie inaczej niż u nas na Ziemi. Biorąc pod uwagę fakt, że szereg chorób przenoszonych jest ze zwierząt na ludzi, od dawna wszystkie zwierzęta domowe trzymane są w specjalnych zagrodach z dala od pomieszczeń mieszkalnych. Dotyczy to zarówno kotów, psów, ptaków, chomików itp., które u nas są prawie członkami rodzin. Z niewiedzy oraz fałszywie pojętej miłości do zwierząt ludzie wyrządzają sobie takim postępowaniem wiele szkód natury zdrowotnej. Hołubione przez nas zwierzęta domowe, będące często jedyną radością starych lub samotnych ludzi, przenoszą prawie połowę wszystkich chorób. Dotyczy to przede wszystkim psów i kotów, bowiem są one nosicielami wielu bardzo groźnych chorób. Ryzyko zarażenia się od nich jest stosunkowo wysokie. Rzekoma czystość kotów jest tylko pozorna, ponieważ nawet po dokładnej dezynfekcji już po minucie na ich futrze pojawiają się zarazki różnych chorób. To bolesne dla nas słowa i trudno nam je zaakceptować. Jak pokazuje jednak życie, nasza fałszywie pojęta miłość do zwierząt nie ulegnie jednak szybko zmianie. Wszyscy miłośnicy zwierząt powinni pamiętać dla własnego dobra, że po głaskaniu lub dotykaniu zwierząt należy bezwzględnie umyć ręce. Nie wolno ich także traktować jak ludzi, a więc na przykład całować ich lub spać z nimi w łóżku.

10. Praca

Gdyby Ziemianie odkryli ezoterykę, chętnie odłożyliby wszystkie pozostałe sprawy, aby poświęcić się wyłącznie sprawom umysłu. Nie byłoby to jednak słuszne, o czym się zaraz przekonamy. Mniemanie, że Plejadanie osiągnęli już tak wysoki poziom ewolucji, że praca naukowa przestała być ważna i straciła na znaczeniu, jest całkowicie błędne. W rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej.

Jeżeli istota ludzka chce się rozwijać duchowo i powiększać swoją wiedzę, może to także osiągnąć wykonując pracę manualną. Dotyczy to nie tylko Ziemian, ale również mieszkańców innych planet. Praca manualna pomaga nie tylko podtrzymywać byt, ale przyczynia się również do rozwoju intelektualnego. Jeśli więc człowiek pragnie żyć w zgodzie z prawami Kreacji, musi wykonywać również pracę fizyczną, bowiem w przeciwnym razie jego rozwój może stanąć pod znakiem zapytania. Im więcej dany człowiek chce się nauczyć, tym większy musi wykonać wysiłek fizyczny.

Znając poziom rozwoju ewolucyjnego człowieka, można obliczyć czas trwania pracy fizycznej, którą dana osoba powinna wykonywać. Oto, co na ten temat powiedział Quetzal:

57

Ziemianie również muszą pracować fizycznie, aby trenować swój umysł i zdolność pojmowania. Maksymalny czas pracy fizycznej na Ziemi powinien wynosić 11 godzin dziennie, podczas gdy nam wystarczają tylko 2 godziny.

Tę dwugodzinną prace fizyczną wykonują wszyscy Erranie, zarówno dorośli, jak i młodzi. Jej celem jest zapewnienie równowagi miedzy duchem i świadomością. Wykonują ją bez wynagrodzenia, lecz w zamian otrzymują wszelkie niezbędne do życia dobra. Zasada ta obowiązuje na całej planecie wzmacniając poczucie wspólnoty jej mieszkańców. Warunki i charakter tej pracy są całkowicie różne od tych, które mamy na Ziemi. Erranie są bardzo wszechstronnie wykształceni, dzięki czemu mogą należycie wykonywać wszelkie użyteczne dla ogółu prace. Bez względu na miejsce zamieszkania żaden Erranin nie jest przypisany na stałe do danego miejsca pracy, które może w każdej chwili zmienić na inne. Najważniejsze jest, aby każdy wykonał swoją dzienną normę pracy na rzecz ogółu. Wszystko pozostałe jest nieistotne. Może na przykład wsiąść do swojego pojazdu, przelecieć kilka tysięcy kilometrów i wylądować, gdzie mu się podoba. Raz może pomagać w gospodarstwie rolnym, innym razem w zakładzie przemys­łowym. Zatem nie musi wykonywać stale tej samej pracy w tym samym miejscu, lecz wybierać sobie taką pracę, jaka mu w danym momencie odpowiada. W przypadku wystąpienia w jakimś miejscu braku siły roboczej może być ona uzupełniana „androidami". Praca w zakładach przemys­łowych nie wymaga z zasady wysiłku fizycznego, ponieważ produkcja wykonywana jest przez maszyny i jest całkowicie zautomatyzowana. Oprócz tych istnieją oczywiście jeszcze inne rodzaje prac, jak na przykład twórcza praca natury technicznej lub zwyczajna umysłowa, jak u nas.

Po spełnieniu obowiązku dwugodzinnej pracy wszyscy mają wolny czas, który mogą spędzać w zależności od swoich upodobań. Każdy stara się jednak spędzać go z pożytkiem. Na Errze na porządku dziennym jest równoległe studiowanie około 30 różnych dziedzin wiedzy. Nawet najstarsi nie udają się od razu na spoczynek, lecz uprawiają własną ziemię lub pomagają innym w ich gospodarstwach. W ten sposób poznają ludzi, nawiązują kontakty i zawierają przyjaźnie na całej planecie. Wszystko to wzmacnia miłość do bliźniego i poczucie wspólnoty, co jest niezwykle ważne dla harmonijnego współżycia społeczeństwa.

Oprócz prac rolnych na rzecz ogółu i eksport, ważną rolę w życiu społecznym Erran odgrywa prywatne ogrodnictwo. Gdyby chcieli, mogliby mieć dostateczną ilość maszyn, które wyręczałyby ich z wszelkich prac we własnym ogrodzie, lecz świadomie nie korzystają z nich. Po swoim po­wrocie z Erry Billy powiedział, że ręce jej mieszkańców pokryte są

58

odciskami. Jest to efekt celowego własnoręcznego uprawiania własnych ogrodów. Dotyczy to również Quetzala, który z naszej planety sprowadził sobie widły, łopaty oraz inne narzędzia niezbędne do pracy w ogrodzie.

W przeciwieństwie do tego uprawa roli do użytku ogólnego oraz na eksport prowadzona jest przy użyciu maszyn. Ciekawostką jest to, że maszyny wykonujące te prace „unikają" kontaktu z glebą, wyłącznie nad nią szybując. Posiadają one w zależności od potrzeb krótkie lub długie odnogi z przymocowanymi do nich przewodami zakończonymi lejkami służącymi do pobierania gleby, która przesyłana jest do danej maszyny, uzdatniana w niej, a następnie „wypluwana" na zewnątrz. Podobne maszyny używane są do zasiewów, zbiorów i pielenia. Do wyrywania chwastów używane jest specjalne ramię, które „zasysa" chwast wraz z ziemią, następnie przerabia go na próchnicę, po czym miesza go z ziemią. Tak więc wszystkie te roboty szybują nad ziemią i wykonują prace na zasadzie zasysania chroniąc w ten sposób glebę przed zbędnymi zanieczyszczeniami, głównie w postaci metali ciężkich.

Podobnie jak inni również przywódcy duchowi Erry, którzy zastąpili polityków i kierują życiem jej mieszkańców, pełnią swoje obowiązki przez dwie godziny dziennie. Czas wolny poświęcają natomiast swojemu głów­nemu zadaniu, którym jest doradzanie, informowanie i nauczanie Erran. Zakres ich rad obejmuje wszystkie aspekty życia — wszystko, co robią lub powinni robić poszczególni mieszkańcy, aby żyć zgodnie z prawami i na­kazami Kreacji. Owi przywódcy duchowi, których liczba w przypadku pięciusetmilionowej populacji Erran wynosi około 2800, także nie są związani ze stałym miejscem i jak wszyscy mogą zmieniać miejsce swojego pobytu. Każde osiedle posiada specjalne miejsce, w którym wypełniają oni swoje obowiązki. W większych osiedlach może być ich odpowiednio więcej. Jeżeli wybrane przez danego przywódcę miejsce jest zajęte, wów­czas mieszkający w nim przywódca przenosi się w inne miejsce. Dzięki temu następuje stała zmiana. Każdemu mieszkańcowi przysługuje prawo wybrania sobie przywódcy duchowego i zadawanie mu pytań. (Wszyscy przywódcy duchowi wspierają rozwój duchowy ludności wykorzystując do tego celu wszelkie możliwe środki).

Twierdzenia różnych pseudołączników, że zwykłe istoty pozaziemskie są nadistotami, są całkowicie błędne.

Ponieważ każdy Erranin otrzymuje wszystko, co mu potrzeba do życia, przeto zbędne są tam jakiekolwiek środki płatnicze. Jak już wspomniałem, wszyscy zdolni do pracy mieszkańcy Erry, pracują po 2 godziny dziennie na rzecz ogółu bez wynagrodzenia, w zamian za co otrzymują bezpłatnie wszelkie niezbędne rzeczy.

59

Kończąc omawianie tego zagadnienia, chcę jeszcze raz podkreślić, że Erranie każdą pracę traktują jako czynnik wspomagający ewolucję, bez którego niemożliwa byłaby zarówno egzystencja, jak i rozwój duchowy.

11. Pojazdy

Na Errze istnieją różne pojazdy, jednak żaden z nich nie porusza się po lądzie. Nie ma więc tam ulic, takich jak na Ziemi, a jedynie ścieżki pomiędzy domami oraz alejki spacerowe dla pieszych w kompleksach zieleni.

Do celów komunikacyjnych w obszarze swojej planety Erranie używają pojazdów latających dwóch typów: jeden ma kształt kulisty, drugi zaś dyskoidalny podobny do statków kosmicznych. (Pojazdy kosmiczne szcze­gółowo omówione zostały w następnym rozdziale).

Typowy pojazd latający mieści 5 osób. Każdy dorosły mieszkaniec ma prawo posiadać co najmniej jeden tego typu środek transportu. Zapo­trzebowanie danej rodziny na pojazdy jest sprawą indywidualną i może się zdarzyć, że dwie lub więcej osób używa wspólnie tego samego środka lokomocji — nigdy jednak więcej niż 5 osób. Jeśli większa grupa zamierza udać się w to samo miejsce, wówczas wszyscy oni muszą zadowolić pojazdem na 5 osób. Chyba zbyteczne jest podkreślanie, że owe pojazdy nie zanieczyszczają środowiska, ponieważ ich napęd nie jest zasilany energią pochodzącą ze spalania paliwa, jak to ma miejsce w naszych silnikach. Poruszają się prawie bezszmerowo i z ogromnymi prędkościami.

Na koniec tego tematu chciałbym jeszcze wspomnieć o pewnej atrakcji istniejącej na Errze. Mam tu na myśli „Muzeum Ziemskich Pojazdów". Jest to teren o powierzchni wielu hektarów, na którym zgromadzono wszelkie możliwe pojazdy kołowe i gąsienicowe, jakie kiedykolwiek zbudowano na Ziemi. Szczególną atrakcją tego muzeum są wycieczki organizowane w dzi­kie rejony jednym z pojazdów pochodzących z tej kolekcji, a mianowicie ziemskim Landroverem!

12. Problem chorób

Zapewne każdego ciekawi, czy Plejadanie cierpią na te same choroby co my, zwłaszcza raka i jeśli tak, to czy uporali się tą plagą trapiącą Ziemian. Jeśli problem raka został już przez nich rozwiązany, dobrze byłoby skorzys­tać z ich osiągnięć w tej dziedzinie.

Zapytana o to Semjase, przedstawiła ten problem następująco: — Wiele chorób nasi uczeni wyeliminowali już przed wiekami, lecz jeszcze dzisiaj nękają nas różne dolegliwości wywodzące się z przeszłości

60

i innych planet. Nie mają one jednak działania śmiertelnego lub wynisz­czającego organizm. W większości są to choroby w rodzaju przeziębienia, które można szybko i łatwo pokonać. Jesteśmy podobnie jak wy ludzkimi formami życia, które są podatne na choroby, jednak wszystkie je potrafimy kontrolować i leczyć. Poza tym występują u nas choroby całkowicie nie znane na Ziemi, ale i te nasza nauka także już całkowicie opanowała. Co się tyczy raka, o którym mówiłeś, Billy, muszę powiedzieć, że na szczęście udało się nam go pokonać. Stało się to jednak możliwe dopiero wtedy, gdy mieszkańcy naszej planety oraz uczeni zmienili swoje negatywne zapat­rywania oraz sposób postępowania i zaczęli rozumować i działać według nowych norm. Konieczną wiedzę w tym względzie, Ziemianie muszą zdobyć sami, gdyż jest to jedyny sposób na dalszy rozwój, który prowadzi do odmiennego pojmowania wielu spraw. Udostępnienie wam tej wiedzy, byłoby daniem wam do ręki narzędzia, które mogłoby zostać wykorzystane w destrukcyjnych celach, bowiem zawiera ona w sobie potężne siły. Jeszcze nie nadszedł właściwy moment, aby człowiek posiadł tę wiedzę. W miarę rozwoju ewolucji pozna i zrozumie ją, jej potęgę, a następnie zastosuje we właściwy sposób zgodnie z prawami Kreacji, bez jakichkolwiek negatyw­nych następstw.

Te słowa z pewnością rozczarują wielu ludzi, jednak nie należy ich traktować jako odmowy Plejadan udzielenia nam pomocy w sprawie lecze­nia raka. W rzeczywistości wyjawiając nam ten sekret mogliby się przy­czynić do nieszczęść, jakie ta wiedza mogłaby wywołać, gdyby dostała się w niepowołane ręce. Podobna sytuacja, mogłaby powstać, gdybyśmy na przykład ujawnili nieodpowiednim osobom śmiertelne działanie kurary, która jest powszechnie używana w medycynie. Wszyscy, którzy chcieliby w tym momencie zarzucić Plejadanom niehumanitarną postawę, powinni się na tym dobrze zastanowić i przemyśleć to.

Do celów leczniczych Plejadanie wykorzystują wiele różnych urządzeń, między innymi maszyny regeneracyjne, które potrafią błyskawicznie leczyć różne dolegliwości, na przykład złamania kości. Ich lekarstwa bazują na medycynie naturalnej. Wykorzystują pewne substancje, które mają działa­nie sygnalizacyjnie. Nasze leki alopatyczne działają niestety w ten sposób, że po ich użyciu w organizmie pozostają substancje chemiczne, które go zatruwają, a zatem posiadają również szkodliwe działanie uboczne.

O technikach operacyjnych nie udało nam się niestety dowiedzieć zbyt wiele. Otrzymaliśmy natomiast od Semjase szczegółowe informacje na temat transplantacji organów:

- .. .jest to swego rodzaju postęp w tej jeszcze stosunkowo prymitywnej nauce. Na przykład transplantacje oka dokonywane są na żywym organiz-

61

mię; nad tym pracują także nasi naukowcy, którzy osiągnęli już znaczące sukcesy. Przeszczepy są bardzo istotne, bowiem żaden narząd, a zwłaszcza oko nie może być zastąpione jakąkolwiek, nawet najdoskonalszą protezą. Narządy wewnętrzne oraz części ciała nie są pobierane ani od żywych, ani od zmarłych, a następnie przeszczepiane potrzebującym. Tego rodzaju transplantacje kryją w sobie wiele niebezpieczeństw, z których dwa najważ­niejsze to, po pierwsze, całkowite zniszczenie systemu immunologicznego organizmu, do którego dany organ jest przeszczepiany. Oznacza to, że ciało, na którym dokonuje się transplantacji, staje się zupełnie bezbronne w wyni­ku stosowania środków osłabiających jego system immunologiczny; jego mechanizm obronny zostaje sparaliżowany, aby przeszczepiony organ nie został odrzucony. W rezultacie organizm pacjenta staje się bardzo podatny na wszelkie infekcje i wystarczy nawet bardzo mała drobina kurzu, aby pozbawić go życia. Po drugie w organie dawcy istnieje fluid, który działa wbrew siłom istniejącym w organizmie, do którego jest on wszczepiany. Rodzi to wiele zagrożeń, które mogą doprowadzić nawet do degeneracji ciała oraz umysłu organobiorcy. Jeśli chodzi o nas, mamy możliwość całkowitej regeneracji naszych organizmów. Ponieważ transplantacje nie dają takiej możliwości, uszkodzone organy zastępujemy sztucznymi, które są w stanie przeżyć nawet dany organizm. Tak właśnie postępujemy w przypadku narządów, które uległy zniszczeniu. Oznacza to zatem żad­nych transplantacji i do tego samego powinna dążyć również ziemska medycyna.

Możliwości medycyny Plejadan z całą pewnością przyprawiłyby niejed­nego ziemskiego lekarza o zawrót głowy. Na pocieszenie dodam, że my również możemy osiągnąć ten sam poziom, odpowiednio ukierunkowując i potęgując swoje wysiłki na tym polu.

13. Muzyka, sztuka i literatura

Pewnego dnia Billy spytał Semjase, czy inne istoty pozaziemskie tak samo jak ludzie lubią muzykę. Jej odpowiedź była twierdząca:

Oczywiście, to upodobanie jest wspólne dla wszystkich ludzkich form życia we wszechświecie. Jeśli chodzi o nas, posiadamy odpowiednie szkoły, do których mogą uczęszczać jedynie odpowiednio uzdolnione osoby pracu­jące potem dla dobra ogółu. U nas, w przeciwieństwie do Ziemi, inter-pretatorzy nie występują publicznie i nie wydobywają ze swoich instrumen­tów drażniących uszy dźwięków. Czują się okropnie słuchając ziemskiej muzyki. Lubimy słuchać dobrej i harmonijnej muzyki, nie mającej nic wspólnego z tymi przebojami.

62

Podobne zdanie na temat tej muzyki, jak zresztą większość ludzi, ma również Billy. Dla nas Ziemian muzyka Erran wydałaby się obca, z drugiej zaś strony jest tak harmonijna i czarująca, że po bliższym jej poznaniu nie moglibyśmy się bez niej obejść, to znaczy odczuwalibyśmy stale rosnącą tęsknotę do tego stanu harmonii, jaki niesie ona z sobą. Niestety Billy nie mógł przywieźć z Erry żadnego utworu muzycznego. Wyjaśnił jednak, że mamy na Ziemi trzy utwory wykazujące pod względem harmonii pewne podobieństwo do ich muzyki. Jest to Bolero Maurice'a Ravela, opera Walkiria Ryszarda Wagnera oraz chór więźniów z opery Nabucco Giuseppe Verdiego. Poza tym ludzie używają zupełnie innych instrumentów niż oni.

Niestety brak jest jakichkolwiek informacji w sprawie innych form sztuki oraz literatury.

14. Chowanie zmarłych

Mimo swojego ogromnego rozwoju ewolucyjnego Plejadanie posiadają jednak pewne cechy wspólne z nami. Jest to na przykład sposób chowania zmarłych. Według Semjase wygląda to u nich następująco:

- Również my grzebiemy swoich zmarłych. Mamy do tego celu specjalne miejsce znajdujące się poza terenem mieszkalnym. Z dawnych czasów zachowaliśmy również zwyczaj palenia zwłok, jednak czynione jest to w bardzo rzadkich przypadkach i tylko na specjalne życzenie. Oprócz chowania w ziemi stosujemy jeszcze dość często eliminację martwych ciał. [Wprzeciwieństwie do palenia zwłok, po których pozostaje przechowywany często w urnach popiół, po eliminacji nie pozostaje zupełnie nic. Przyp. autora.] Chowanie w ziemi jest aktem naturalnym wywodzącym się z zara­nia dziejów. Eliminacja jest możliwa, nawet jeżeli w ciele zmarłego nadal jeszcze istnieją stopniowo zanikające fluidy życiowe, bowiem ulatniają się one ostatecznie w momencie palenia zwłok lub podczas ich eliminacji.

Fluidy te mogą trwać w ciele zmarłego przez wieki aż do całkowitego zniszczenia szkieletu, bowiem są bezpośrednio związane z ciałem material­nym, co może stanowić swego rodzaju pocieszenie dla najbliższych. Wnikają także w przedmioty codziennego użytku używane przez zmarłego (elementy garderoby, biżuteria etc.). Często dana część jego ubioru przechowywana jest przez najbliższych w nadziei, że dzięki temu będzie przebywał on wśród nich. To wszystko ma właśnie związek z owymi fluidami. Nigdy jednak nie należy fetyszyzować tego rodzaju pamiątek, jak to się często czyni na Ziemi, bowiem w ten sposób uszczupla się nieświadomie własne siły życiowe.

Plejadanie mają wyjątkowo racjonalne podejście do aktu śmierci, to znaczy umierania ciała materialnego. Odczuwają oczywiście podobnie jak

63

my smutek i ból z powodu utraty kochanego człowieka, z drugiej jednak strony doskonale wiedzą, co się z nim dzieje po śmierci. Wiedzą, że ciało rozpada się na mniejsze składniki, które z kolei ulegają mineralizacji, zaś nieśmiertelna dusza przechodzi do innego wymiaru, gdzie przetwarza zgromadzone za życia odczucia i informacje, po czym ponownie inkarnuje w nowym ciele. Wiedzą, że związek uczuciowy istniejący pomiędzy po­szczególnymi osobami nie kończy się wraz ze śmiercią któregoś z nich lub ich wszystkich, lecz trwa dalej, bowiem miłość jest stanem trwałym i niezniszczalnym.

Nieznajomość tych faktów jest często przyczyną dramatycznych scen, jakie się u nas nieraz rozgrywają, zwłaszcza kiedy umierają młodzi ludzie ginący wskutek działań wojennych, kataklizmów przyrodniczych, napadów terrorystycznych itp. Przesadna rozpacz wielu ludzi jest jednak w większo­ści przypadków niczym innym jak przejawem współczucia dla siebie samego. Dodatkowe idealizowanie zmarłego może prowadzić wręcz do utraty kontaktu z rzeczywistością. Aby uniknąć tego rodzaju nienaturalnych zachowań, należy po prostu poważnie zająć się problem „życia i śmierci". Znajomość tych spraw może stanowić istotną pomoc dla osób dotkniętych stratą najbliższych.

15. Prawo karne

Istnieje dość rozpowszechniane mniemanie, że istoty pozaziemskie są swego rodzaju nadistotami, które nie popełniają błędów, dzięki czemu zbędne są im prawa i nakazy. To rozumowanie jest całkowicie błędne, bowiem prawa i nakazy nie istnieją tylko tam, gdzie twórczy porządek stał się absolutną oczywistością. Ma to jednak miejsce jedynie na wyższych poziomach bytu, to znaczy na czysto duchowym szczeblu ewolucji. Wszyst­kie cielesne formy życia popełniają błędy, w związku z czym ich byt musi podlegać określonym prawom.

Oznacza to, że również Plejadanie popełniają od czasu do czasu błędy, z tą jednak różnicą, że przyznają się do winy, co jest następnie w zależności od rozmiaru występku odpowiednio karane. Poruszając te sprawy Semjase powiedziała, że każdy popełniony błąd jest nazywany po imieniu i nie może być zatajany, jak to się bardzo często zdarza, na Ziemi. Popełnianie błędów jest niezbędne dla dalszego rozwoju, bowiem z każdego z nich wynika określona nauka. Właściwe postępowanie może pozwolić wyplenić z bie­giem czasu ich źródła, aby nigdy więcej nie dochodziło do ich popełniania.

Plejadanie kroczą tą samą drogą ewolucji, jak wszystkie pozostałe ludzkie formy życia we wszechświecie. Krzywa częstotliwości popełniania

65

błędów wraz z wiekiem stopniowo spada, gdyż w miarę upływu czasu i rozwoju danej jednostki na czoło wysuwają się takie cechy charakteru, jak rzetelność, dokładność i wiarygodność. Można powiedzieć, że droga do bezbłędnego postępowania wybrukowana jest dobrymi chęciami. Godnymi pożałowania są jedynie ci, którzy nie pojmują lub nie starają się pojąć swoich błędów, przez co nie wyciągają z nich żadnych nauk i w rezultacie muszą od czasu do czasu za to „płacić".

Errańskie prawodawstwo jest dostosowane do ich poziomu rozwoju duchowego, dzięki czemu jest humanitarne, czego niestety nie można powiedzieć o naszym.

Nawet najcięższe przewinienia nie są u nich karane śmiercią czy też barbarzyńskim okaleczaniem. Na wszystkich planetach zamieszkałych przez Plejadan wprowadzono jednolitą formę karania. W zależności od szkodliwości czynu sprawcy skazywani są na banicję na odległą planetę, która w przypadku ciężkich przewinień może trwać aż do końca życia. Ze zrozumiałych względów na wygnaniu nie mogą razem przebywać osobnicy obojga płci — mężczyzn wysyła się w inne miejsce niż kobiety. Więźniowie skazani są tam wyłącznie na siebie i muszą — dosłownie — „w pocie czoła" zapracować na swój chleb, nie mogąc przy tym posługiwać się maszynami. Od czasu do czasu dokonywane są tam kontrole, podczas których konfiskuje się wszelkie potajemnie wyprodukowane urządzenia. Uniemożliwione są ponadto wszelkie kontakty z jakimikolwiek innymi formami życia.

Poruszając te sprawy, Semjase powiedziała:

- Tego rodzaju forma karania gwarantuje zachowanie porządku, z dru­giej zaś strony osoba, która popełniła błąd, nie staje się ciężarem dla ogółu społeczeństwa. Poza tym jest bardzo humanitarna i rozsądna, ponieważ rozwój przebywających na wygnaniu skazańców nie jest hamowany.

Ten sposób karania może się wydać wielu osobom brutalny. Osobiście uważam, że tak nie jest. Po jego gruntownym przemyśleniu doszedłem do wniosku, że jest to prawdopodobnie najbardziej słuszna metoda, gdyż każda forma życia ma prawo do wolności psychicznej, cielesnej i materialnej. Zamykanie w więzieniach, a także wszelkiego rodzaju znęcanie się lub w skrajnych przypadkach likwidacja nie jest zgodne z prawami natury. Tego rodzaju metody odnoszą wręcz przeciwny skutek. Po kilkukrotnych ostrze­żeniach winny powinien zostać ukarany, aby mógł zrozumieć, że po­stępował błędnie i że w przyszłości nie powinien więcej tego robić.

Kara jest konieczna, lecz nie powinna ona naruszać godności ludzkiej i praw Kreacji. Będzie ona skuteczna tylko wtedy, gdy osiągnie zamierzony cel. Wielu przestępców popełnia wykroczenia, ponieważ kieruje się fał­szywymi pobudkami lub nielogicznym rozumowaniem. W takich przypad-

65

kach należy dać im szansę zrozumienia swoich błędów i umożliwić po­prawę, izolując ich od społeczeństwa. Przestępcy muszą zrozumieć swoje błędy, aby mogli w przyszłości postępować zgodnie z prawami Kreacji. Maltretowaniem lub karą śmierci nigdy nie osiągnie się tego celu. Stosowa­ne jeszcze dziś tortury są nie tylko nieskuteczne, ale są przede wszystkim najpodlejszym i najbardziej niegodziwym sposobem postępowania. Wobec nich kara śmierci jest raczej niewinnym, choć całkowicie chybionym aktem, bowiem przestępcy uniemożliwia się w ten sposób jakąkolwiek szansę pokuty, jednocześnie popełnia się ewidentny błąd, sądząc, że wykonując karę śmierci rozwiązuje się ostatecznie problem. Jest wręcz przeciwnie, bowiem z obiegu „wypada" tylko jego ciało, zaś nieśmiertelna dusza trafia w zaświaty, skąd wcześniej czy później będzie musiała inkarnować w in­nym ciele, aby rozpocząć nowe życie. Nie mając możliwości zrozumienia swoich błędów, jego myślenie nadal może być spaczone i nietrudno przewidzieć, jakie błędy będzie mógł popełnić jako już zupełnie nowy człowiek. Innymi słowy, wcześniej lub później popełni to samo przestępst­wo, co będzie oznaczało, że kara w żaden sposób nie przyczyniła się do poprawy jego postępowania. Naszych terrorystów i innych przestępców rzadko odstrasza kara śmierci i dlatego rozsądniej sze byłoby sięgnięcie po bardziej skuteczne środki zaradcze, takie jakie na przykład stosują istoty pozaziemskie.

16. Forma rządów

Przed około 50.000 lat Plejadanie wywalczyli sobie ostateczny pokój. Zrezygnowali z polityków, a ich miejsce zajęli duchowi przywódcy służący wszystkim radą i pomocą. Stąd też na Errze i każdej z trzech pozostałych zamieszkałych planet systemu Taygety istnieje jedno państwo. Ptaah wyjaś­nił to następująco:

Nasze światy nie są podzielone na różne państwa, jak to ma miejsce u was na Ziemi. Rozumując waszymi kategoriami, należy stwierdzić, że na każdej z naszych planet żyje jeden naród. Każda planeta posiada własny rząd, który pełni funkcje porządkowe i wykonawcze i podlega Wysokiej Radzie. Wysoka Rada kieruje życiem na wszystkich naszych planetach, jest więc swego rodzaju Centralnym Rządem, którego siedziba nie mieści się na naszym świecie [Errze], lecz na specjalnie do tego przeznaczonej planecie nazywanej przez nas Centralną Gwiazdą. Wysoka Rada składa się z ludz­kich form życia, które są w połowie duchowe a w połowie materialne. Stanowią one stadium przejściowe między formą materialną i duchową. Cechuje je niezwykła wiedza i mądrość. Są one jedynymi ludzkimi formami

66

życia, które mogą kontaktować się z bardzo wysoko rozwiniętymi formami duchowymi, co jest absolutnie niemożliwe w przypadku całkowicie material­nych form życia. Nawet my sami nie możemy się z nimi kontaktować, tym bardziej nie mogą tego robić Ziemianie. [...] Wszystkie nasze narody podlegają władzy Centralnego Rządu, czyli Wysokiej Radzie. Rządy poszcze­gólnych planet stanowią jedynie organy wykonawcze. Wysoka Rada rządzi w oparciu o prawa Kreacji w zupełnie nie znany wam sposób. Każde zarządzenie oparte jest na prawach Kreacji i dotyczy każdej formy życia z osobna. Warunkiem jest jednak jednolity poziom rozwoju poszczególnych osobników, przy czym dopuszczalny jest tu pewien margines. Nasi przywódcy duchowi dbają nieprzerwanie o ciągły duchowy rozwój każdego z nas.

W uzupełnieniu do wypowiedzi Ptaaha chciałbym jeszcze dodać, że mająca swoją siedzibę w galaktyce Andromedy Wysoka Rada, jak wskazuje na to sama jej nazwa, jest organem doradczym. Innymi słowy, jej zalecenia mogą być stosowane przez Plejadan lub nie. Wyłącznie od nich zależy, czy je zaakceptują i będą postępować zgodnie z nimi, czy też zgodnie z włas­nym uznaniem.

17. Kosmiczne zrzeszenia i służby porządkowe

Plejadanie są członkami Kosmicznej Konfederacji będącej organizacją zrzeszającą mieszkańców wielu systemów planetarnych, których łączna liczba wynosi 127 miliardów. Wszystkie zrzeszone planety podlegają Cent­ralnemu Rządowi Wysokiej Rady, której siedziba mieści się w galaktyce Andromedy. We wszechświecie istnieje oczywiście jeszcze wiele innych tego rodzaju sojuszy. Ponieważ oprócz ras ludzkich miłujących pokój są także i inne, konieczne jest dla zachowania pokoju i porządku istnienie swego rodzaju kosmicznej służby porządkowej.

Ojciec Semjase, Ptaah, przedstawił to następująco:

Niezliczone formy życia nieustannie podróżują po całym wszech­świecie. Naturalną rzeczą jest, że istoty o podobnych poglądach łączą się tworząc sojusze. Ich celem jest świadczenie wzajemnej pomocy we wszyst­kich sprawach. Ta wzajemna współpraca sięga nawet innych rejonów kosmosu, jak na przykład wszechświata DAL. Wszystkie sojusze, zarówno wewnątrzgalaktyczne, międzygalaktyczne, wewnątrzwszechświatowe, jak i rozciągające się poza dany wszechświat mają na celu zachowanie pokoju oraz wspomaganie postępu i ewolucji duchowej.

Sojusznicy utrzymują siły porządkowe, których zadaniem jest nadzór całego obszaru będącego w zasięgu sojuszu, a także tych rejonów kosmosu, Które leżą poza nim. Do realizacji tego zadania używane są duże statki

67

kosmiczne wyposażone we wszelkie możliwe urządzenia techniczne. Cza­sami prowadzone są nawet działania wojenne, w przypadku gdy inne od ludzkich formy życia próbują przemocą realizować swoje zaborcze cele, bowiem walka to także część życia, czy tego chcemy, czy nie.

Wszystkie wysoko rozwinięte formy życia starają się jednak z zasady realizować rozwój duchowy przy użyciu środków pokojowych. Wszech­świat zamieszkały jest przez różnego rodzaju formy życia, tak że walka często jest nie do uniknięcia. Plejadanie starają się wszelkimi siłami wszelkie zatargi likwidować na drodze pokojowej poprzez negocjacje. Jeżeli nie udaje się dojść do porozumienia lub przeciwnik unika go stosując różnego rodzaju zwody, wówczas nie pozostaje nic innego jak sięgnięcie po oręż i użycie przymusu w celu przepędzenia go, uwięzienia lub zesłania na odległą planetę. Tylko w wyjątkowych przypadkach stosuje się eliminację ich materialnego ciała. „Ziemianie oraz wiele innych form życia istnieją­cych w wszechświecie" — powiedział Ptaah — „jest obecnie na tym samym etapie rozwoju duchowego, co nasi przodkowie, od których właśnie po­chodzą między innymi mieszkańcy Ziemi".

Kosmiczne siły porządkowe nie mieszają się zazwyczaj  w  sprawy poszczególnych planet, chyba że ich działania wojenne zagrażają strukturze przestrzeni kosmicznej, to znaczy mogą mieć wpływ na inne układy planetarne. W takich ekstremalnych przypadkach służba porządkowa sięga po odpowiednie środki zaradcze,  z użyciem siły włącznie, o ile inne sposoby przywołania zwaśnionych stron do porządku nie odnoszą skutku. Mimo iż mieszkańcy danej  planety  są gotowi ścinać sobie głowy i niszczyć się wzajemnie, co często ma miejsce na Ziemi, pozaziemskie formy życia starają się udzielać im pomocy w formie pouczeń, nauk etc. Co jednak zrobią oni z tą pomocą, czy ją przyjmą, czy odrzucą, jest już ich sprawą, ponieważ zawsze i wszędzie musi istnieć wolny wybór. Dlatego właśnie istoty pozaziemskie nigdy nie używają siły, aby zmusić innych do zaprzestania prowadzenia działań wojennych na swojej planecie.

Ze względu na prawa Kreacji żaden Ziemianin z całą pewnością nie będzie przez nich ewakuowany w sytuacji, kiedy my sami z własnej woli doprowa­dzimy kulę ziemską do całkowitej katastrofy. Od nas zależy przyjęcie cennych nauk Plejadan, upowszechnienie ich i działanie zgodnie z nimi, aby położyć kres grożącemu nam niebezpieczeństwu totalnej zagłady.

18. Życie małżeńskie

Na Errze podobnie jak u nas są osoby samotne, zaś małżeństwo ma przeważnie formę poligamiczną. Życie każdej formy bytu we wszech-

68

świecie podlega pewnym regułom i zasadom zgromadzonym w odpowied­nich ustawach. Tworząc te reguły istoty pozaziemskie kierują się przede wszystkim prawami przyrody. Jedno z praw Kreacji mówi, że każda męska forma życia jest w stanie zapłodnić wiele form żeńskich. Odnosząc to do ludzi można powiedzieć, że każdy zdrowy mężczyzna może zawrzeć związek małżeński z wieloma kobietami. Inaczej mówiąc, kobieta może być zgodnie z prawami przyrody w związku małżeńskim tylko z jednym mężczyzną, ponieważ jako biorca może być zapłodniona tylko przez jed­nego mężczyznę.

Zasada ta jest w całej rozciągłości stosowana przez Plejadan, w związku z czym jeden mężczyzna może mieć wiele kobiet. Jeżeli jest on związany z czterema kobietami z własnego wyboru, to każdej z nich przysługuje samodzielne gospodarstwo domowe. Mężczyzna żyje w takim związku na zmianę z każdą z nich. Nie ma to oczywiście nic wspólnego z haremem, zaś między kobietami panuje przyjacielski układ podobnie jak między nimi i ich mężem i obca im jest jakakolwiek forma zazdrości.

Należy w tym miejscu podkreślić, że kobiety będące w związku z męż­czyzną mają pod każdym względem równe prawa, zaś reinkarnacja przy­czynia się do tego, że mężczyźni nie są preferowani, bowiem płeć jest od czasu do czasu zmieniana, co gwarantuje istnienie stałej równowagi.

Pełną dojrzałość duchową do zawarcia związku małżeńskiego osiąga się na Errze dopiero w wieku 70 lat i nie można go zawrzeć wcześniej. Mieszkańcy Erry ćwiczą z reguły do tego czasu swoją wstrzemięźliwość seksualną, najwięcej uwagi poświęcając rozwojowi umysłowemu.

Jeżeli dwoje ludzi ma zamiar rozwijać dalej te najgłębsze uczucia wobec siebie, wówczas mają trzy lata na rozważenie, czy są one trwałe i praw­dziwe, czy też nie. Po tym okresie są sprawdzani przez odpowiednich specjalistów, którzy oceniają ich związek, ich wzajemne uczucia, a następ­nie poddają ich egzaminowi i dopiero jego zdanie pozwala im połączyć się w związku małżeńskim. Małżeństwo trwa normalnie całe życie, lecz może zostać w którymś momencie rozwiązane, jeżeli okaże się, że ich deklaracje były jednak błędne.

Trzyletni okres wstępny jest tak podzielony, że kandydaci spotykają się na kilka godzin w ciągu 7 dni. Mają wolny wybór co do sposobu spędzenia randki, z wyjątkiem zbliżeń seksualnych, które są im zakazane. Jeżeli dwoje Erran potrzebuje częstszych spotkań niż raz w tygodniu, wówczas z reguły uzyskują na nie zezwolenie, niedopuszczalne są jednak między nimi, jak już wspomniałem, jedynie kontakty seksualne. Zasada ta umożliwia wszystkim takim parom gruntowne przemyślenie własnych przeżyć, których doznali w ciągu 6 dni oddzielających ich spotkania. Jeżeli kandydaci na małżonków

69

przebrną pomyślnie pierwsze dwa lata okresu próbnego, wówczas pod­dawani są rocznej rozłące, podczas której nie wolno im się w ogóle widywać. Często wyjeżdżają na obce planety, aby tam jeszcze raz wszystko gruntownie przemyśleć.

Rozwody dopuszczalne są jedynie w krańcowych przypadkach, bowiem stanowią one działanie wbrew prawom Kreacji. Dotyczy to również cudzo­łóstwa, które u Plejadan jest bardzo ciężkim przewinieniem, a winni tego czynu skazywani są na dożywotnią banicję (patrz podrozdział „Prawo karne"). Na pytanie, co się dzieje, jeżeli Plejadanin lub Plajadanka zakocha się w istocie z innej planety, Semjase powiedziała:

Jeżeli członek naszej rasy zakocha się w kimś z mniej rozwiniętej duchowo cywilizacji w takim stopniu, że jest gotowy się z nim zjednoczyć [wejść w związek małżeński -- przyp. autora], wówczas jest to rozpat­rywane według naszego ustawodawstwa. Jeżeli okaże się, że są spełnione wszelkie niezbędne warunki, to może dojść do małżeństwa. Bez znaczenia jest wówczas, czy istota z innej planety jest na niższym szczeblu rozwoju duchowego, bowiem o jej dalszy rozwój duchowy dbać będą nasi naukowcy [przy pomocy specjalnych urządzeń przyp. autora]. Tego rodzaju przypa­dki należą jednak do rzadkości.

Zastanawiając się nad tym wszystkim, nie sposób uniknąć pytania o zazdrość, które mimowolnie się tu nasuwa, zwłaszcza kiedy uświadomimy sobie, co się dzieje u nas na Ziemi, gdy jeden mężczyzna posiada kilka kobiet, które często właśnie z zazdrości o niego wyrywają sobie nawzajem włosy. Ciekawe co by było, gdyby Ziemianki mogły posiadać kilku męż­czyzn, pomijając oczywiście, że byłoby to w całkowitej sprzeczności z prawami Kreacji. Otóż zazdrość wśród Plejadan już dziś nie istnieje, lecz aby to osiągnąć, musieli oni przejść przez odpowiednie stadia rozwoju. Wypowiadając się na ten temat, Semjase zauważyła:

Człowiek myślący kategoriami niematerialnymi nie jest w stanie wzbudzić w sobie uczucia zazdrości, ponieważ jego rozumowanie ma obecnie charakter globalny, zgodnie z którym miłość i zadowolenie urastają do rangi wartości ogólnych, zaś związek małżeński opiera się na prze­strzeganiu praw przez obie strony. Gdy dwoje ludzi zjednoczy się w zwią­zku małżeńskim, nie oznacza to oczywiście chęci posiadania partnera, lecz po prostu zjednoczenie. Nie ma więc tam miejsca jakakolwiek chęć posiadania, lecz miłość i zrozumienie oraz radość z radości partnera. Każdy ma całkowitą swobodę w postępowaniu, lecz musi przestrzegać praw i nakazów.

Wiem, że dla nas „ziemskich robaków" trudno to jeszcze pojąć, tę wolność w postępowaniu. Wspomniałem o tym w nadziei, że stanie się to

70

impulsem do własnych przemyśleń na tym polu. W trakcie rozprawiania o tych sprawach wyłonił się problem sprzeczek małżeńskich. Semjase odpowiedziała na to pytaniem, czy nie uważamy ich przypadkiem za superludzi. Stwierdziła, że różnice zdań wśród partnerów są rzeczą natural­ną, lecz nie powinny one nigdy przybierać formy kłótni, jak to nagminnie dzieje się u nas. Dodała ponadto:

Podobnie jak wszędzie również i u nas występują różnice w poziomie rozwoju duchowego, w związku z czym nigdy nie spotkają się ze sobą bieguny skierowane w tym samym kierunku, co z kolei oznaczałoby zastopowanie rozwoju ewolucyjnego. Aby mógł się on dokonywać, stale muszą spotkać się ze sobą przeciwne bieguny. Oznacza to ich wzajemne ścieranie się ze sobą, zderzanie różnych poglądów, co zapewnia dalszy rozwój ewolucyjny. Jest to podstawowe prawo, któremu podlegamy nie tylko my, ale wszystkie formy życia we wszechświecie.

71

IV POJAZDY KOSMICZNE PLEJADAN

Plejadanie dysponują całą gamą mniejszych i większych pojazdów kosmicznych różniących się między sobą kształtem, wielkością i zasięgiem w zależności od przeznaczenia.

Do ich floty należą między innymi następujące obiekty latające:

1.  Urządzenia telemetryczne.

2.  Statki zwiadowcze.

3.  Statki promienne.

4.  Duże statki kosmiczne (brak bliższych danych).

5.  Pojazdy kosmiczne do zadań specjalnych (brak bliższych danych).

1. Urządzenia telemetryczne

(zdjęcia nocne 27 i 58)

Urządzenia telemetryczne są to zdalnie sterowane, najczęściej z terenu określonych baz, obiekty bezzałogowe pełniące rolę sond lub przyrządów pomiarowych. Mogą mieć charakter stacjonarny lub ruchomy. Ich zakres działania ograniczony jest powierzchni planet. Mają wielkość od l centy­metra do 5 metrów. W roku 1977 wokół Ziemi krążyło w sumie około 7000 tego rodzaju urządzeń. Podczas gwiaździstych nocy w latach 1975-1978 można je było zauważyć gołym okiem na niebie, gdyż świeciły jaskrawym, migoczącym światłem o dużej częstotliwości. Najlepiej widoczne były te, które poruszały się na stosunkowo niskich orbitach. Owe migające światła

72

to pewnego rodzaju impulsy służące do sterowania ich lotem. Po roku 1978 ów mechanizm zastąpiono innym.

Podczas mojego trzeciego kontaktu z NOLami w czerwcu 1976 roku udało mi się sfotografować tor lotu migającego urządzenia telemetrycznego (patrz zdjęcie nr 59). Obiektów tych nie należy w żadnym wypadku mylić z pojazdami kosmicznymi, które krążą wokół naszego globu najczęściej na wysokości od 20 do 40 kilometrów i wyglądają jak małe punkty świetlne podobne do ziemskich sztucznych satelitów.

2.  Statki rozpoznawcze

(zdjęcia 9, 19 i 20)

Statki zwiadowcze służą przede wszystkim do celów rozpoznawczych, czasami również pełnią rolę pojazdów towarzyszących. Ich średnica wynosi od 3,5 do 5 metrów. Podobnie jak urządzeń telemetrycznych ich zakres działania ograniczony jest do planet, lecz w przeciwieństwie do nich są to pojazdy załogowe. Czas ich lotu jest nieograniczony.

3.  Statki promienne

(zdjęcia 6, 8 i od 9 do 28)

Statki te służą do różnych celów, z których głównym jest transport osób na różne odległości, nawet międzygwiezdne. Wykorzystywane są do prze­prowadzania osobistych kontaktów oraz różnego rodzaju prac badawczych.

Nazwa „statek promienny" pochodzi od typu używanego przez ostatnie 400 lat, którego napęd emanował wokół siebie specjalne promieniowanie, które sprawiało, że powietrze wypełniające przestrzeń pod statkiem migota­ło. W efekcie wszystko, co się znajdowało w jego zasięgu, miało rozmazany i zniekształcony wygląd. Fotografując taki statek należało przebywać w bezpiecznej odległości wynoszącej minimum 90 metrów, aby uchronić błonę fotograficzną przed jego szkodliwym działaniem.

W roku 1975 zrezygnowano z tych przestarzałych pojazdów i odtrans­portowano je na Errę, gdzie zezłomowano je. Produkowane obecnie statki tego typu nie emanują już wokół siebie tego promieniowania, niemniej pozostano przy ich nazwie.

W ciągu kilku lat trwania kontaktów z Semjase Billy miał okazję poznać i sfotografować wszystkie używane przez Plejadan typy pojazdów, a nie­które z nich nawet sfilmować.

Wszystkie mają dyskoidalny kształt i średnicę około 7 metrów, rzadziej

14-21 metrów. Statek siedmiometrowy mieści 3 osoby, przy czym do

73

74

kierowania nim wystarczy tylko jedna osoba. Materiał, z którego wykonana jest jego powloką, to stop miedzi, niklu i srebra z dodatkiem złota. Nie posiada ona żadnych łączeń, ponieważ stanowi jednolity odlew. Ten stosun­kowo miękki materiał wykazuje wszystkie niezbędne właściwości do od­bywania wszelkiego rodzaju lotów i manewrów. Ów stop wytwarzany jest z czystego ołowiu w trakcie siedmioetapowego procesu (patrz podrozdział „Wytwarzanie materiału na powłoki statków"). Zdaniem pewnego eksperta użyto tu nie znanej jeszcze na Ziemi metody spawania na zimno. Jeden z kawałków tego stopu został zbadany w USA (patrz rozdział XII „Badania naukowe i inne dowody"). Masa siedmiometrowego statku wynosi 1,5 tony. W górnej części statku znajduje się kabina pilota w kształcie półkuli,

0 wysokości około 2,2 metra. W nowszych typach zamontowana jest jeszcze dodatkowa kopuła. Najnowocześniejszy statek, jaki został zbudowany przez Plejadan specjalnie do użytku na Ziemi, wygląda jak tort weselny. Znaj­dujące się na jego obrzeżu kule służą do przemieszczania go w inne wymiary. Po rocznym użyciu na Ziemi musiał zostać wycofany z powodu licznych uszkodzeń korozyjnych wywołanych znacznym wzrostem zanie­czyszczeń w naszej atmosferze.

Statek promienny jest zdolny wylądować o dowolnej porze, tak dniem, jak

1  nocą, bardzo precyzyjnie w wybranym miejscu, nie będąc przy tym namierzonym radarem dzięki specjalnym ekranom ochronnym. Przyziemiając się, najczęściej unosi się tuż nad ziemią nie zostawiając na niej żadnych śladów swojej obecności. Jeżeli jednak jego załoga postanowi wylądować, wówczas osiada on na trzech podporach zakończonych trzema talerzami. W tym przypadku pozostają po nim na ziemi trzy odciśnięte w niej koła o średnicy 2 metrów (patrz podrozdział „Statki kosmiczne i ślady ich lądowań" w rozdziale VII).

Ze względów bezpieczeństwa lądujący statek wytwarza wokół siebie w razie konieczności dwa ekrany ochronne (patrz podrozdział „Środki bezpieczeństwa stosowane podczas kontaktów" w rozdziale VI).

3.1. Urządzenie chroniące żywe istoty

Jeżeli podczas lądowania statku Plejadan w obrębie jego pola ochron­nego znajdą się zwierzęta lub ludzie, wówczas automatycznie włącza się specjalne urządzenie ochronne, które kieruje statek w inne miejsce, aby nikt nie odniósł szkody. Kiedy nie były one jeszcze wyposażone w to urządze­nie, 4 października 1977 roku wydarzył się nieszczęśliwy wypadek, podczas którego pilotka siedmiometrowego statku nie zauważyła podczas lądowania na małej leśnej polanie pasącej się między drzewami sarny. W rezultacie zwierzę dostało się w obręb ekranu ochronnego i z miejsca zginęło. Pilotka była bardzo zrozpaczona tym nieszczęśliwym wypadkiem.

74

Nawiasem mówiąc, dzieci Billy'ego i Jocobus Bertschinger widzieli tego samego dnia o zmierzchu lądujący w oddali i zaraz potem startujący jasny obiekt latający. Nazajutrz Billy znalazł w tamtym miejscu lekko odciśniętą trawę i martwą sarnę.

Zdarzenie to stało się impulsem do skonstruowania odpowiedniego urządzenia zabezpieczającego, po którego zainstalowaniu podobne nie­szczęśliwe wypadki nie miały już miejsca.

3.2. Buląje

Znajdujące się w powłoce statku bulaje nie są właściwie oknami w po­wszechnym tego słowa rozumieniu. Można wprawdzie przez nie wyglądać na zewnątrz, lecz do obserwacji otoczenia statku służą głównie ekrany kontrolne w kabinie pilota. Zadaniem bulajów jest przede wszystkim analiza składu chemicznego atmosfery na zewnątrz statku.

Ich zewnętrzna powierzchnia pokryta jest specjalnym materiałem, który zmienia barwę w zależności od składu atmosfery. O tym, czy atmosfera danej planety nadaje się do oddychania informuje odpowiedni kolor. Zabar­wienie się ich na kolor pomarańczowy oznacza, że skład danej atmosfery jest dla Plejadan bezpieczny. Wraz ze zmianą barwy bulajów na kolor pomarańczowy w kabinie pilota zapala się ponadto żółtozielone światło. Są to wskazówki, które mówią załodze, że może przebywać poza pojazdem bez kombinezonów.

W przypadku trującego składu atmosfery, nieodpowiedniego ciśnienia lub niebezpiecznych temperatur zewnętrzna powłoka bulajów przybiera kolor żółty, zielony, niebieski, czerwony lub jeszcze inny i odpowiednio do tego zmienia się równocześnie barwa światła w kabinie pilota. Tak więc bez konieczności dokonywania specjalnych analiz załoga statku informowana jest na bieżąco, czy atmosfera na zewnątrz jest znośna, czy nie.

Jeżeli atmosfera na zewnątrz statku jest znośna, mimo iż nie nadaje się do oddychania, Plejadanie mogą opuścić statek w specjalnych kombinezo­nach. Wcześniej jednak muszą przejść przez śluzę posiadającą dodatkowe zabezpieczenie, które w przypadku stwierdzenia niekorzystnych warunków atmosferycznych uniemożliwia wyjście na zewnątrz. Urządzenia ochronne sprzężone są ponadto ze specjalnymi czujnikami umieszczonymi na kom­binezonach. Cały ten system wielokrotnych zabezpieczeń funkcjonuje dos­konale i wyklucza jakąkolwiek awarię.

W przestrzeni kosmicznej, gdzie nie ma powietrza ani jakiejkolwiek atmosfery, bulaje wyglądają jak bezbarwne, przezroczyste szyby. W tym Przypadku ich zewnętrzna powłoka pełni rolę ochronnego filtru zabez­pieczającego przed szkodliwym promieniowaniem kosmicznym.

75

3.3.  Ekrany obserwacyjne

Ekrany te umożliwiają dokładniejszą obserwację otoczenia niż bulaje oraz rejestrowanie tego za pomocą specjalnych urządzeń odpowiadających funkcją naszym aparatom fotograficznym i kamerom. Plejadanie nie po­sługują się takimi przyrządami jak nasze aparaty fotograficzne czy kamery filmowe, w związku z czym musieli skonstruować specjalne urządzenie ochronne, aby umożliwić Billy'emu sfotografowanie wnętrza swojego stat­ku. W przeciwnym razie doszłoby do prześwietlenia błony filmowej.

3.4.  Antena

W starszych typach statków na środku górnej powłoki umieszczona jest antena zakończona półkulą. Pełni ona dwie funkcje:

a)  gromadzenie energii, która jest „zasysana" przez nią z otoczenia — bar­dzo praktyczny, „darmowy" sposób jej pozyskiwania;

b)  antena nadawczo-odbiorcza wideofonu, który umożliwia rozmówcom jednoczesne obserwowanie siebie, tak jak to ma miejsce w naszych współczesnych wideotelefonach. Ów wideofon ma zastosowanie przede wszystkim w  obrębie  danej  planety,  zaś w przestrzeni kosmicznej jedynie na niewielkie odległości. Do komunikowania się na odległości mierzone w latach świetlnych używana jest tak zwana hiperradiostacja, która nie wymaga specjalnych anten, bowiem anteną może być cały statek.

3.5.  Schemat wnętrza statku

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADg]

Objaśnienie szkicu:

(1)  Szyb antygrawitacyjny ze śluzą usytuowany w dolnej części statku służący do transportu osób. Chcąc dostać się do wnętrza pojazdu wystarczy stanąć pod jego otwartym lukiem, po czym pionowy strumień transportowy podnosi daną osobę niczym winda. Chcąc z kolei wyjść na zewnątrz, wystarczy stanąć wewnątrz tego strumienia,  który opuszcza następnie powoli daną osobę na ziemię.

(2)   Fotel, który można rozłożyć w poziomie. Elastyczne obicie ze sztucznego tworzywa jest tak skonstruowane, że dopasowuje się do ciała siedzącej w nim osoby. Gdy nikt w nim nie siedzi, ma płaską powierzchnię. Można go obracać wokół własnej osi o 360 stopni oraz przesuwać w dowol­nym kierunku.

(3)  Pulpit w kształcie podkowy zawierający różne przyrządy, ekrany, przełączniki etc. W dolnej części znajdują się liczne szuflady i schowki. Na ścianie nad nim rozmieszczone są bulaje oraz ekrany i urządzenia kontrol-

76

no-pomiarowe. Centralne miejsce zajmuje pulpit sterowniczy z drążkami do ręcznego sterowania używanymi w przypadku, kiedy lot nie odbywa się pod kontrolą autopilota. Sufit kabiny wykonany jest z przezroczystego materiału i pokryty drugim zestawem ekranów, które umożliwiają kierowanie stat­kiem w pozycji leżącej.

3.6. Ekrany kontrolne

Ekrany kontrolne umieszczone są głównie wokół pulpitu sterowniczego i swoim wyglądem przypominają ekrany naszych monitorów. Różnią się

jednak od nich pewnymi funkcjami oraz sposobem przedstawiania obrazu.

Jedne z nich przedstawiają obrazy krajobrazu, osób, zwierząt lub innych rzeczy, które są niezwykle realistyczne, inne zaś jedynie obrazy i symbole,

77

które wymagają odpowiedniej interpretacji, aby zrozumieć ich sens. Wszys­tkie obrazy, również te z symbolami, po ukazaniu się na ekranie przekształ­cają się w plastyczne, trójwymiarowe obrazy i formy wyglądające, jak gdyby były materialnymi obiektami.

3.7.  Analizator powierzchni

Jest to urządzenie pozwalające obserwować powierzchnię krajobrazu z lotu ptaka ze wszystkimi jej szczegółami. Każdy jej szczegół można dowolnie powiększyć, aby móc się mu dokładnie przyjrzeć. Powiększony fragment krajobrazu można wyświetlić na innym ekranie utworzonym w obrębie głównego.

3.8.  Analizator myśli

Myśli każdego człowieka rozchodzą się w postaci fal elektromagnetycz­nych. Analizator myśli pozwala obserwować je na ekranie w postaci odpowiednich symboli. Urządzenie to pozwala śledzić myśli wysyłane nie tylko przez świadomość, ale również podświadomość. Dzięki temu można poznać prawdziwy charakter człowieka, gdyż oprócz świadomych myśli można zobaczyć to wszystko, co się za nimi kryje.

Plejadanie tylko w wyjątkowych przypadkach sondują podświadomość danego człowieka. Jest to ogólnie przyjęta zasada, która wynika z poglądu, że najskrytsze tajemnice danego człowieka nie powinny obchodzić innych. Nieprzestrzeganie tej zasady mogłoby doprowadzić do poznania zbyt wielu negatywnych faktów obciążających każdego człowieka.

O ile mi wiadomo, analizator myśli można sprzęgnąć z analizatorem powierzchni i miejsca.

3.9.  Analizator miejsca

Wskaźnik pozycji to globus ziemski obracający się zgodnie z kierunkiem lotu. Podaje on pozycję statku z dokładnością co do metra1.

Poniższa relacja z kontaktu przedstawia, jak przy pomocy tego kulistego urządzenia może odnaleźć odpowiednie osoby i pokazać je na ekranie.

SEMJASE: Billy, jeśli przyłożysz swoją rękę do tej powierzchni, to ten globus będzie się obracał aż do wskazanego miejsca. Jeśli położysz ją na tej płytce, to na powiększeniu mapy będziesz mógł stosownie do swoich myśli odbieranych przez to urządzenie za pomocą tego odbiornika namierzyć

1 Jest to oczywiście określenie umowne, ponieważ Plejadanie używają innych jedno­stek miary.

78

każdą formę życia. Urządzenie to pokaże ci, gdzie dokładnie znajduje się ona w danym momencie. Jeśli jeszcze przyciśniesz ten przycisk, to pojawi się ona na tym ekranie.

Oto jeszcze jeden przykład na odczytywanie myśli:

SEMJASE: Spójrz tutaj. To urządzenie to analizator miejsca. Teraz je włączę... no i... co widzisz?

BILLY: Och, człowieka... To przecież Jacobus... jak żywy.

SEMJASE: Zgadza się. Jak widzisz, jest czymś bardzo zajęty. A teraz spójrz na ten ekran. Zaraz pojawią się na nim wykresy myśli.

BILLY: Wyglądają jak zasieki z drutu...

SEMJASE: Z których możemy odczytać różne rzeczy. Spójrz, ta forma odpowiada na przykład jego podświadomości. Teraz ją powiększę... i co teraz widzisz?

BILLY: Dziewczyno, przecież to są prawdziwe obrazy.

SEMJASE: Zgadza się, i co na nich widzisz?

BILLY: To... poczekaj... to... ale to przecież dzień. Jak to możliwe, że wiem o tym. Zaraz chyba zwariuję. Skąd wiem, że to jest dzień? Człowieku, dziewczyno, to przecież następna środa... a to... to jest czas.

SEMJASE: Fantastyczne, potrafisz interpretować dane z analizatora. I nie muszę ci w tym pomagać. Ja musiałam się najpierw tego nauczyć, a ty poradziłeś sobie z tym od razu. To mnie naprawdę zadziwia.

BILLY: Naprawdę?

SEMJASE: Oczywiście.

BILLY: Czy mam interpretować dalej?

SEMJASE: Oczywiście, co teraz widzisz?

BILLY: Jeżeli się nie mylę, to to jest środa 22 października 1975 roku godzina 11.03, zgadza się?

SEMJASE: [Śmiejąc się] Tak, i co dalej?

BILLY: Jacobus sięga po słuchawkę i wykręca numer. O, ludzie, dzwoni do mnie... chce przyjść po południu... tak, około czternastej. Ta godzina może się jednak trochę zmienić.

SEMJASE: Potrafisz bardzo dokładnie interpretować fakty, jako że to właśnie przekazuje ten analizator. Jacobus jeszcze nic nie wie o tych zdarzeniach, ponieważ jeszcze sobie tego nie uświadomił. Jego podświado­mość wie już o nich i zdąża w tym kierunku. Jak widzisz, dzięki temu urządzeniu jesteśmy w stanie rejestrować takie rzeczy, a następnie je odczytywać. Jest to jeden ze sposobów, w jaki prowadzimy nadzór i kont­rolę, w jaki uzyskujemy dane na temat spraw, które są dla nas ważne. W ten

79

właśnie sposób ustaliłam, że nasze informacje na temat twojego wpływu na pewne zdarzenia są poddawane przez niektórych ludzi z twojej grupy w wątpliwość. Pokazując ci to nie dokonałam wglądu w przyszłe zdarzenia, lecz użyłam tego urządzenia w podobnym celu i zajrzałam do podświado­mości różnych ludzi z twojej grupy.

BILLY: Teraz rozumiem... ale to tutaj, te osobliwe formy, co one przedstawiają.

SEMJASE: Chwileczkę... i co widzisz na powiększeniu?

BILLY: Dziewczyno, to są również obrazy, lecz stale się zmieniają i to w zwariowanym tempie. Poczekaj... o tak... tak, to musi być to... Te obrazy mogą pochodzić tylko ze świadomości. To musi być świadomość Jacobusa, mam rację?

SEMJASE: Zgadza się.

BILLY: Niesamowite. Widzę, że nic nie da się przed tobą ukryć.

SEMJASE: Tak by było, gdyby to urządzenie było stale włączone. Ale tak nie jest. To urządzenie wykorzystujemy tylko do kontroli i nadzoru. Ponieważ tak jak wy musimy się uczyć, wszelkie niezbędne informacje staramy się gromadzić w naturalny sposób, tak jak to ma miejsce w przypadku współpra­cy z tobą, poprzez wymianę poglądów, ponieważ ten sposób jest zgodny z procesem ewolucji. Ten sposób poznania sprawia jednak, że popełniane są błędy, przez co my również, tak jak ludzie na Ziemi, dochodzimy do fałszywych wniosków, które rzutują na nasze zachowania, oceny etc.

BILLY: To jest dla mnie oczywiste. Czy mogę spojrzeć na jedną rzecz poprzez ten analizator, ponieważ...

3.10. Ekrany zerowej widoczności

Jest to specjalne urządzenie, które pozwala uchwycić i następnie pokazać wszystko to, czego nie można ujrzeć gołym okiem ani też namierzyć za pomocą urządzeń radarowych. Na przykład za jego pomocą można zoba­czyć statki kosmiczne zabezpieczone przed zlokalizowaniem.

Billy miał okazję być świadkiem działania tego urządzenia podczas słynnego manewru łączenia statków Sojuz i Apollo, które miało miejsce w roku 1975. Śledził to wówczas z pokładu statku Plejadan, który znajdował się bardzo blisko obu obiektów. Poza nimi przebywało tam w tym czasie jeszcze 5 innych statków, które podobnie jak ich otoczone były specjalnymi polami ochronnymi uniemożliwiającymi dostrzeżenie ich. Cztery z owych pięciu statków należały do ras zaprzyjaźnionych z Plejadanami. Wszystkie one widoczne były dzięki ekranowi zerowej widoczności, który pozwala przeniknąć dowolną barierę i materiał. Dzięki niemu obserwator może bez trudu obserwować, co się dzieje za jakimś murem, metalową ścianą etc.

80

Oprócz wymienionej sytuacji, podczas której widział poruszających się w stanie nieważkości wewnątrz obu statków radzieckich i amerykańskich astronautów, Billy miał jeszcze wiele razy okazję oglądania tego urządzenia w akcji. Na przykład 6 września 1977 roku podczas osobistego kontaktu z Semjase, kiedy zatrzymała swój pojazd kilkaset metrów nad centrum FIGU. Wówczas to w czasie rozmowy z nią na temat prac budowlanych okazało się, że zostawił na stole w wozowni plany rozbudowy centrum. Semjase powiedziała mu, że to żaden problem i po chwili wyświetliła je na ekranie owego urządzenia.

3.11.  Przekaźnik telepatyczny

Jak sama nazwa wskazuje, jest to urządzenie służące do przekazywania informacji za pomocą telepatii. W przypadku Billy'ego używane jest między innymi do kierowania go na miejsce kontaktu, którego nie zna — bezpośrednio ze statku otrzymuje poprzez nie wskazówki, jak ma jechać.

Jeżeli Billy jedzie na miejsce kontaktu sam, wówczas przekaźnik do­prowadza go aż do miejsca lądowania statku, natomiast w przypadku gdy ktoś mu towarzyszy, wyłącza się automatycznie w pewnej odległości od niego. Jest to swego rodzaju sygnał ostrzegawczy nakazujący pilotowi statku sprawdzenie osoby towarzyszącej Billy'emu, to znaczy określenie, czy jest ona usposobiona przyjaźnie, czy też wrogo, czyli czy jest godna zaufania, czy nie. Kontrola ta polega na analizie myśli, której nie jest w stanie wykonać przekaźnik telepatyczny. Jeżeli wynik kontroli jest pozytywny, kontakt jest podejmowany, natomiast w przypadku gdy jest negatywny, kontakt zostaje odwołany i przesunięty na inny termin.

Przekaźnik telepatyczny rejestruje fale mózgowe wszystkich osób zwią­zanych z misją Billy'ego, które zostały poddane kontroli myśli. Ułatwia to później ich identyfikację, ponieważ fale mózgowe poszczególnych ludzi różnią się od siebie jak linie papilarne.

3.12.  Urządzenia leczące i regenerujące

Urządzenia leczące i regenerujące umieszczone są w pulpicie sterow­niczym i mogą być użyte również w poza kabiną sterowniczą. Billy wielokrotnie był podłączany do maszyny regeneracyjnej, gdy wymagał tego jego stan zdrowia. Zawsze po takiej kuracji odczuwał znaczną jego poprawę (patrz dodatkowe informacje w podrozdziale „Leczenie złamania żeber" °raz „Leczenie z zatrucia jadem kiełbasianym").

3.13.  Leczenie złamania żeber

Oto fragment rozmowy Billy'ego z Semjase z 28 marca 1976 roku

na ten temat:

81

SEMJASE: Czujesz bóle?

BILLY: Niewielkie. Przewróciłem się na motorowerze i stłukłem sobie dwa żebra.

SEMJASE: To niedobrze. Pokaż, gdzie cię boli.

BILLY: Och, nie jest aż tak źle.

SEMJASE: Nie bagatelizuj tego, chcę, abyś mi to pokazał.

BILLY: To naprawdę nic takiego.

SEMJASE: Mnie się wydaje, że jest inaczej. Pozwól, że to obejrzę.

BILLY: W porządku, w porządku... tu mnie złapało.

SEMJASE: Rozbierz się do pasa.

BILLY: No dobrze, niech będzie... [zdejmuję płaszcz, koszulę i podkoszulek].

SEMJASE: No... tak jak przypuszczałam. Jak możesz w takim stanie jeszcze jeździć motorowerem. To bardzo nierozsądne. Oba te żebra są złamane. Powinieneś się położyć. Przypuszczam, że wiedziałeś o tym.

BILLY: Oczywiście, ale można się do tego przyzwyczaić. Te dwa żebra złamałem już po raz trzeci. Może rzeczywiście powinienem w końcu je naprawić... skleić klejem...

SEMJASE: Jak zwykle jesteś w tych sprawach bardzo nierozsądny. Pójdziesz teraz do domu i będziesz wypoczywał.

BILLY: To niemożliwe, mam mnóstwo pytań... [Zaraz potem poszedł do domu, ponieważ w związku z tą sytuacją Semjase odmówiła mu od­powiedzi na dalsze pytania. Przyp- G.M.]

W niedzielę 6 kwietnia 1976 roku miała miejsce kolejna rozmowa między nimi. Oto jej fragment:

SEMJASE: Jesteś bardzo zagadkowy. Rozbierz się teraz do połowy. To urządzenie zregeneruje twoje złamane żebra. Musisz tylko usiąść tutaj pomiędzy tymi dwoma biegunami. Kości obu żeber będą po tym zabiegu całkowicie zregenerowane i po złamaniu nie zostanie nawet ślad. Teraz usiądź między nimi... o tak... tak jest dobrze... Teraz przez minutę nie ruszaj się... To całe miejsce jest bardzo zaognione, zwłaszcza powierzchnia kości. Niestety tym urządzeniem nie da się zlikwidować tego stanu zapal­nego. Potrwa jakieś dwa miesiące, zanim to wszystko się ostatecznie zrośnie. Następnym razem wyleczę tamto specjalnym przyrządem.

BILLY: Dziękuję, to wystarczy, Semjase. Kiedy mam już kości połatane i posklejane, reszta to pestka. Jakoś to już zniosę.

SEMJASE: Z pewnością, nie zamierzam być natrętna. Cieszę się, że twoje żebra są już zdrowe. Tak, to wystarczy... wszystko w porządku. Poruszaj się trochę. No, tak, widzę, że wszystko jest w porządku.

82

BILLY: To cudowne. Nie czuję już tego silnego bólu. SEMJASE: Tak być powinno. I uważaj na siebie w przyszłości. BILLY: Będę się starał. Czy mogę się już ubrać? SEMJASE: Oczywiście.

BILLY: Zatem wielkie dzięki, dobra dziewczyno. Jesteś mi bliższa niż siostra.

3.14. Leczenie z zatrucia jadem kiełbasianym

Temat ten został poruszony przez Semjase i Billy'ego podczas rozmowy, która miała miejsce 16 lipca 1977 roku:

SEMJASE: Twoja twarz wskazuje na ból i gorączkę, co ci dolega?

BILLY: Nie ma o czym mówić.

SEMJASE: Siądź tu.

BILLY: Po co?

SEMJASE: To urządzenie powie, co ci dolega.

BILLY: Nie ma potrzeby, sam wiem, co mi jest. Zatrułem się kiełbasą i wszyscy o tym wiedzą. Nalegają, żebym poszedł do lekarza. Nie jest jeszcze tak źle. Najpierw spróbuję wyleczyć się sam. Jakoś się trzymam i jeszcze mogę chodzić.

SEMJASE: Znam już to twoje bagatelizowanie zdrowia... Twoja twarz świadczy jednak o czymś innym. Siądź tu.

BILLY: Jeśli uważasz, że to konieczne...

SEMJASE: Nie sprzeciwiaj się i usiądź.

BILLY: Niech ci będzie... Jesteś teraz zadowolona.

SEMJASE: Tak, tak jest dobrze. Wyglądasz na wykończonego i wydaje mi się, że nie jadłeś od wielu dni.

BILLY: Nie jest tak źle. Jak mogłem jeść, skoro cały czas jest mi niedobrze.

SEMJASE: A jednak. To zatrucie nie jest wcale taką błahą sprawą, jak ci się wydaje. To urządzenie pokazuje, że doszło już do zatrucia krwi, porażone zostały nawet niektóre komórki mózgowe, stąd twój pesymistycz­ny nastrój.

BILLY: To przecież całkiem normalne przy zatruciu mięsem.

SEMJASE: To nie jest wcale takie całkiem normalne. Z tego, co tu widzę, to nie jest typowe zatrucie, ale ciężka w skutkach infekcja wywołana pasożytami mięsa.

BILLY: Myślisz, że to są...

SEMJASE: Oczywiście, dlatego muszę podjąć odpowiednie kroki. Daj mi rękę. Tak, dobrze.

83

BILLY: Cóż to jest?

SEMJASE: Neutralizator pasożytów, jakby nazwali to Ziemianie. Ten przyrząd automatycznie neutralizuje wszystkie zagrażające życiu pasożyty chorobotwórcze znajdujące się w obrębie organizmu ludzkiej formy życia... w chwili zetknięcia się tej przezroczystej powierzchni ze skórą. Czas neutralizacji całego ciała wynosi około sześciu sekund, przy czym neu­tralizator w niespełna sekundę dostosowuje się automatycznie do budowy psychofizycznej danego organizmu. To urządzenie neutralizuje również wszystkie szkody wywołane przez pasożyty.

BILLY: To wspaniale. Znowu czuję się jako nowo narodzony. Powiedz mi, co właściwie rozumiesz pod nazwą pasożyty w przypadku choroby lub

zatrucia?

SEMJASE: To pojęcie obejmuje wszystkie rodzaje drobnoustrojów, bakterii, wirusów i inne czynniki chorobotwórcze, których istnienia w wielu przypadkach ziemska nauka jeszcze nie zna, mimo iż wiele z nich zostało już odkrytych.

BILLY: Rozumiem. Zatem zalicza się do nich również salmonellę i inne

drobnoustroje.

SEMJASE: Oczywiście.

3.15. Czytnik pamięci

Jest to urządzenie w kształcie hełmu, które nakłada się na głowę człowiekowi jak fryzjerską suszarkę. Pozwala ono dotrzeć do wiedzy i umiejętności zgromadzonych w czasie poprzednich inkarnacji, które nigdy nie giną. Korzystanie z niego możliwe jest tylko pod warunkiem, że owa wiedza i umiejętności zostaną wykorzystane wyłącznie do własnego roz­woju i spełnienia swojej misji życiowej.

Specjalny mechanizm blokujący w mózgu uniemożliwia dostęp do owej wiedzy i umiejętności, w przypadku gdy człowiek będzie chciał wykorzystać je w celach czysto materialistycznych lub dla popisania się nimi. Ta blokada aktywizuje się również w przypadku, gdy do tej wiedzy próbuje dotrzeć ktoś obcy. Wszystkie tego rodzaju próby skazane są z góry na niepowodzenie.

Jak wykazały dotychczasowe próby z poddawaniem Billy'ego hipnozie, ta blokada istnieje i jest tak silna, że w trakcie prób jej przełamania pojawiła się nawet groźba utraty życia przez wszystkich tych, którzy mimo ostrzeżeń usiłowaliby wydobyć od niego chronione przez nią informacje.

3.16. Paralizator drgań

Urządzenie to pozwala zatrzymywać pojazdy znajdujące się w ruchu, a także unieruchamiać aparaty fotograficzne i kamery filmowe.

84

Specjalnie dla Billy'ego wyprodukowano urządzenie, które pozwala na robienie zdjęć z wnętrza pojazdów Plejadan bez utraty ich jakości. Inne urządzenie znajdujące się wewnątrz statku umożliwia podsłuch naszych ziemskich środków łączności. Potrafi ono także blokować wysyłanie mel­dunków ze statków kosmicznych za pomocą fal radiowych poprzez ich całkowitą absorbcję.

3.17.  Laserowe działo pokładowe

Statki kosmiczne Plejadan wyposażone są w różne rodzaje broni. Spo­śród nich Billy mógł sprawdzić w działaniu działko laserowe, którym zniszczył gniazdo niebezpiecznych bakterii (patrz podrozdział „Drugi atak - infekcja bakteryjna" w rozdziale XIV).

3.18.  Przekaźnik rozmów

Urządzenie to służy do przekazywania dokładnych zapisów rozmów prowadzonych przez Plejadan z ich łącznikami. Odpowiednio do przekazy­wanych przez nie impulsów łącznik wystukuje na maszynie do pisania dany tekst (patrzpodrozdział „Przekazywanie zapisów rozmów" w rozdziale VI).

4. Wytwarzanie materiału na powłoki statków

Zewnętrzna powłoka statku kosmicznego Plejadan stanowi stop miedzi, niklu i srebra oraz w przypadku statków do zadań specjalnych również złota. Jej powierzchnia jest całkowicie pozbawiona jakichkolwiek spojeń, gdyż jest wykonana jako jeden odlew. Ów stosunkowo miękki stop metalu posiada wszystkie właściwości niezbędne do wykonywania wszelkich moż­liwych manewrów lotniczych. Wytwarzany jest w siedmioetapowym proce­sie produkcyjnym z czystego ołowiu. W pierwszym etapie zbierane są różne substancje zawierające ten pierwiastek, takie jak atmosfery ciał niebieskich, woda, określone rośliny etc.

W pierwszym etapie w trakcie bardzo skomplikowanych procesów produkcyjnych substancje te zamieniane są w absolutnie czysty ołów nie zawierający żadnych zanieczyszczeń.

W drugim etapie czysty ołów pozbawiany jest szkodliwego promieniowania, jakie każda substancja w mniejszym lub większym stopniu chłonie ze środowiska.

W trzecim etapie następuje upłynnianie ołowiu. Dokonuje się to poprzez poddawanie go określonym wibracjom. Przemiana ta, podczas której zmie­nia on swoją strukturę, realizowana jest w kilku podetapach.

W czwartym i piątym etapie upłynniony ołów przemieszczany jest przez specjalną spiralę chłodzącą, w wyniku czego przybiera on postać kawałków

85

metalu. Proces ten powtarzany jest kilkakrotnie, aż materiał ten osiągnie wymagane właściwości.

Podczas szóstego etapu powstaje ostateczny stop.

W siódmym i jednocześnie ostatnim etapie wytwarza się metalowe płyty, z których produkuje się następnie powłoki statków, które jak już wspo­mniałem, stanowią jeden element.

Ów proces produkcyjny jest niezwykły głównie z dwóch powodów:

1.  Z lekcji chemii wiemy, że każdy stop metali zawiera te same składniki, które zostały użyte do jego wytworzenia. Na przykład do produkcji mosiądzu używa się 70-80% miedzi i 20-30% cynku. Plejadanie do produkcji stopu miedzi, niklu i srebra używają wyłącznie czystego ołowiu, przy czym ołów nie jest później w ogóle wymieniany jako jego składnik.

2.  Plejadanie stosują nie znaną nam technikę wibracji pozwalającą na upłynnianie metali bez ich podgrzewania, którą można nazwać topie­niem na zimno. Dzięki Plejadanom wiemy, że istnieje możliwość prze­miany różnych substancji. Znając tę metodę można na przykład prze­kształcić ołów w dowolny stop. Jednak sami Plejadanie nie opanowali jeszcze do końca tego zagadkowego procesu. Mimo to możliwe jest przekształcenie ołowiu w złoto, do czego dążyli wszyscy nasi alchemicy. Jak na razie również Plejadanie nie posiedli jeszcze owego przysłowio­wego kamienia filozoficznego.

5. Możliwości techniczne statków Plejadan

Jak już wcześniej wspomniałem, Plejadanie do perfekcji opanowali podróże kosmiczne. Ostatnie z wymienionych na początku tego rozdziału statków są zdolne nie tylko do wykonywania najbardziej niezwykłych manewrów lotniczych, ale potrafią również wykonywać rzeczy, jakie są w stanie wykonywać pojazdy tylko niektórych cywilizacji w naszym wszechświecie.

Podobnie jak pojazdy innych cywilizacji pozaziemskich statki kosmiczne Plejadan również potrafią latać całkowicie bezgłośnie i niewidocznie oraz lądować w dowolnym miejscu. To co je jednak odróżnia od innych, to zdolność przeskakiwania w tak zwaną hiperprzestrzeń, gdzie nie istnieje przestrzeń i czas. Przenikając przez hiperprzestrzeń można pokonać dowol­ną odległość w normalnej czasoprzestrzeni w zerowym czasie. Bez znajo­mości tej techniki odwiedzanie przez nich Ziemi byłoby niemożliwe.

Ponadto potrafią one przenikać w inne wymiary (płaszczyzny czaso­przestrzeni), a także cofać się w czasie, co dla nas wydaje się już zupełnym

86

cudem. Erranie potrafią nie tylko przemieszczać się w przeszłość, ale również w przyszłość. Mimo iż zdecydowana większość naszych uczonych skwituje te stwierdzenia kpiącym uśmiechem, nie zmieni to faktu, że to wszystko jest możliwe i że są istoty, które potrafią to robić.

6. Ekrany ochronne statków Plejadan

1.  Żaden statek Plejadan nie może być zlokalizowany radarem ani jakim­kolwiek urządzeniem optycznym lub akustycznym, gdyż każdy z nich wyposażony jest w odpowiednie ekrany ochronne.

2.  Ze względów bezpieczeństwa statek lądujący w ciągu dnia włącza 2 ekrany ochronne. Zewnętrzny niewidoczny i niewyczuwalny ekran sięga na odległość około 500 metrów i sprawia, że nieproszona żywa istota próbująca świadomie lub nieświadomie zbliżyć  się do statku prowadzona jest wzdłuż niego. Drugi, wewnętrzny ekran,  sięga na odległość około 100 metrów i jest niemożliwy do przeniknięcia, nawet gdyby komuś udało się wcześniej przedostać przez zewnętrzny. Nawet wystrzeliwane w jego kierunku pociski zmieniają kierunek lub zagłębiają się w nim na głębokość około 30 metrów, po czym zostają odrzucone jak od sprężystej ściany. Istnieją również specjalne ekrany chroniące nawet przed bombami jądrowymi.

3.  Każdy statek Plejadan dysponuje ekranem, który zapobiega przenikaniu do ich wnętrza negatywnych wibracji, włącznie z wibracjami Ziemian posiadającymi stosunkowo niskie częstotliwości. Przepuszczane są tylko pozytywne drgania.

4.  Inny ekran ochronny odpycha wszystkie przeszkody, które występują na trasie lotu statku, chroniąc go w ten sposób przed ewentualnymi uszkodzeniami mechanicznymi. Do tych przeszkód należy na przykład atmosfera danego ciała niebieskiego, pył międzygwiezdny, który wy­pełnia cały wszechświat, meteoryty, promieniowanie kosmiczne etc. Ów ekran odpycha wymienione przeszkody, dzięki czemu statek unika kontaktu z nimi.

5- Statki Plejadan wytwarzają własne pole grawitacyjne czyniące z nich miniaturki ciał niebieskich, które neutralizuje wszystkie pozostałe pola grawitacyjne niezgodne z ich własnym. Dzięki temu wszystkie pojazdy załogowe zabezpieczone są przed wszelkiego rodzaju zderzeniami. Spec­jalne czujniki, których wskazania śledzone są automatycznie przez półorganiczny mózg statku lub pilota, dbają o to, aby statek w porę omijał przeszkody. W przypadku gdyby zawiodły, wówczas każdy napotkany obiekt latający znajdujący się na trasie statku jest odrzucany

87

przez ekran ochronny. Przechodzenie ze sterowania ręcznego na auto­matyczne może dokonywać się w przypadku wystąpienia błędów samo­czynnie lub poprzez przyciśnięcie odpowiedniego przełącznika.

Nowoczesne statki Plejadan mają pełne zabezpieczenie dzięki urządze­niu, które odpowiednio wcześniej wyłapuje wszelkie usterki, uszkodzenia materiałowe i inne wady, co umożliwia usuwanie ich w porę.

88

V BILLY – ŁĄCZNIK PLEJADAN

1. Kim jest Billy?

 

Jest mężczyzną z jednym ramieniem

Wyraz oczu ma miękki i ciepły

l przejrzysty jak najczystsze źródło.

Miłością ból ludzki i troskę uśmierza

Nie lęka się nawet największego ryzyka

By osiągnąć cel wytyczony

I niczym wiosna

Z roku na rok swą wiedzę i mądrość rozwija
I taki już pozostanie na wieczność.

                                                         Elisabeth Moosbrugger

 

Nie sposób w jednym rozdziale opisać życia i osobowości tak niezwyk­łego człowieka, jak Billy, niemniej starałem się to zrobić najdokładniej, jak to było możliwe. Przedstawienie go jest dla mnie o tyle istotne, że z powodu swojej osobliwej osobowości i częściowo źle rozumianej skromności jest on bardzo często niewłaściwie postrzegany. Nawet ludzie znający go od lat wiedzą w rzeczywistości o nim niewiele, a już prawie zupełnie nic o tym, co w nim siedzi. Chcę podkreślić z całą mocą, że nie można go mierzyć tą samą miarką, co innych ludzi, co znalazło potwierdzenie nawet w słowach Semjase, która powiedziała, że wszystkie znane im metody oceniania ludzi

89

zawiodłyby w jego przypadku, z wyjątkiem oczywiście astrologicznego sposobu określania osobowości. W chwili obecnej jest jednak na Ziemi bardzo niewielu ekspertów, którzy potrafiliby sporządzić całkowicie prawi­dłową analizę osobowości człowieka.

Pełne nazwisko Billy'ego brzmi Eduard Albert Meier, przy czym pierw­sze imię oznacza „Strażnik skarbu", co jest w pełni zgodne z jego osobowo­ścią. Przydomka „Billy" nie wymyślił sam, nadała mu go w Teheranie Amerykanka Judy Ried, bowiem podczas pobytu tam chodził ubrany na czarno niczym kowboj. Plejadanie od dawna nakłaniają go, aby przestał go używać, ale przywarło ono do niego już tak bardzo, że jest to już chyba niemożliwe. Określenie „Billy" pojawia się zresztą w dawnych przepowied­niach, w których jest mowa o współczesnym proroku imieniem Billy.

Urodził się 3 lutego 1937 roku o godzinie 11. czasu środkowoeuropejs­kiego w rodzinie Irlandczyków w Bułach położonym w odległości około 20 kilometrów na północ od Zurychu. Ponieważ jego rodzinie nie wiodło się najlepiej, już od najmłodszych lat musiał wraz z rodzeństwem pomagać rodzicom w codziennych obowiązkach. Dopiero nocą mógł odrabiać lekcje.

Pierwsze kontakty istoty pozaziemskie nawiązały z nim, gdy miał pięć lat. Nie nauczył się wówczas co prawda zbyt wiele, ale stopniowo zaczął się odróżniać od swoich rówieśników — stał się samotnikiem i łatwo wpadał w złość w różnych sytuacjach, zarówno w szkole, jak i w domu, przez co z reguły wszystko co złe zrzucano na niego, on zaś zamiast się bronić, zwykle milczał jak grób. Z tego powodu był częstym gościem różnych zakładów wychowawczych. Ale żaden z nich nie chciał go trzymać dłużej u siebie, w związku z czym odsyłano go od jednego ośrodka do drugiego. W końcu miał dość tych ciągłych zmian miejsca pobytu i postanowił uciec. Przez jakiś czas wałęsał się samotnie po lasach, odżywiając się czym popadnie. W końcu został złapany i odstawiony do nowego zakładu. Cała zabawa zaczęła się od początku i trwała przez 5 następnych lat.

W końcu trafił do kliniki psychiatrycznej, gdzie poddano go badaniu. Przebywając tam postanowił uciec z kraju, co mu się udało, mimo iż nie obyło się to bez pewnych komplikacji. Przekroczywszy granicę, udał się do Francji, gdzie jako piętnastolatek zgłosił się do Legii Cudzoziemskiej. Szybko zrozumiał, że było to błędne posunięcie, jednak na wycofanie się było już za późno, zaś ucieczka z niej była niemożliwa. Mimo to zaryzyko­wał i szczęśliwie przedostał się na drugi brzeg Renu. Wróciwszy do Szwajcarii oddał się w ręce władz, które obciążyły go licznymi przewinie­niami i zamknęły w klinice Kantonalnej Rheinau, gdzie psychiatrzy stwier­dzili u niego ponadprzeciętną inteligencję. Następnie postawiono go przed sądem, który skazał go na 4,5 roku więzienia. Przez cały czas odbywania

90

tego wyroku, mimo iż siedział w więzieniu niesłusznie, nie zrobił nic, aby uzyskać uniewinnienie. Pobyt w więzieniu wpłynął na niego pozytywnie, stając się znakomitą podwaliną pod przyszłe skomplikowane zadania, jakie na niego czekały. Wspominając to dzisiaj, powiedział:

- Muszę przyznać, że pobyt w zakładach wychowawczych i w więzie­niu nie był tak całkiem bezużyteczny, bowiem mogłem w tym czasie nauczyć się wielu rzeczy, o wiele więcej niż na wolności. Bardzo istotne w tej edukacji było dla mnie zrozumienie, że należy być skromnym i samodzielnym, aby móc być prawdziwym człowiekiem.

Po wyjściu z więzienia opuścił Szwajcarię i udał się na wędrówkę po świecie, podczas której odwiedził 42 kraje Europy, Afryki i Azji. Wrócił do niej po 12 latach, w roku 1969, przemierzając w tym czasie 35.000 kilometrów, z czego 1/10 pieszo, resztę natomiast rowerem, samochodami osobowymi, ciężarówkami, autobusami, statkiem, awionetką, helikopterem, koleją, a także na koniu, wielbłądzie oraz w Indiach na słoniu. Po drodze poznawał kraje i ludzi oraz gromadził doświadczenia. Imał się każdej pracy, aby zarobić na chleb. W rezultacie opanował 352 zawody. Posiadając sporą wiedzę w dziedzi­nie teologii, teozofii, psychologii i psychiatrii pełnił rolę kaznodziei, duchow­nego, medyka, wiejskiego lekarza i weterynarza. Gdzie indziej pracował jako murarz, szklarz, stolarz, cieśla, malarz, instalator etc. Obeznany był również z leśnictwem, rolnictwem, budową ulic itp. Jeśli zaś chodzi o jego umiejętności w pisaniu na maszynie, to mógłby rywalizować pod tym względem z niejedną stenotypistką biurową (patrz rozdział VI). W Zachodnim Pakistanie zajmował się nawet szmuglem, który cieszy się tam sporym poważaniem. Następnie był nauczycielem niemieckiego, wartownikiem, pracował przy materiałach wybu­chowych, a także jako prywatny detektyw. Wykonując ten ostatni zawód stracił lewe ramię. Te liczne umiejętności wykorzystane zostały potem przy budowie Centrum w Hinterschmidruti.

W trakcie swoich wędrówek studiował wszelkie możliwe religie, z jaki­mi się stykał, uzyskując w ten sposób przejrzysty obraz najważniejszych światopoglądów. Aby wzbogacić swoją wiedzę nie wahał się wstępować na krótko do różnych sekt i tajnych zrzeszeń. Przebywał nawet u mędrców w Indiach, których istnienie nie jest znane opinii publicznej świata, bowiem żyją oni w całkowitym odosobnieniu jak eremici.

3 sierpnia 1965 roku w Iskenderunie w Turcji spotkała go tragedia. Stracił wówczas w wypadku autobusowym lewe ramię. Leżał przez trzy godziny nieprzytomny w rowie, gdyż sądzono, że już nie żyje. Gdy później odkryto tę pomyłkę, było już za późno na uratowanie ręki. Amputację przeprowadzono w urągających higienie warunkach, przez co nadal od czasu do czasu odczuwa w pozostałym po niej kikucie silne bóle.

91

25 grudnia tego samego roku poznał w Grecji swoją przyszłą żonę Kalliope i miesiąc później, 25 stycznia 1966 roku, zaręczył się z nią. Z powodu sprzeciwu jej rodziny 25 lutego porwał ją i 25 marca 1966 roku w Korinthos po wielu perypetiach odbył się ich ślub. Mają troje dzieci: córkę Gilgameshę i dwóch synów, Atlantisa i Methusalema. Niestety wraz z zawarciem małżeństwa ich problemy i konflikty nie ustały.

Ktoś, kto zna go pobieżnie lub tylko ze słyszenia, może z rozczarowa­niem stwierdzić, że ani jego pochodzenie, ani wygląd zewnętrzny nie wskazuje na taką osobowość, jaką jest. Nie posiada dóbr materialnych, pozycji społecznej ani wyższego wykształcenia, a co za tym idzie żadnego tytułu naukowego. Jedyną rzeczą tego rodzaju, którą mogę tu wymienić, jest tytuł honorowy szejka Muhammeda Abdulli przyznany mu przez mosze Ahmdiyya z Karaczi w Zachodnim Pakistanie. (Jego żona Kalliope otrzy­mała z kolei tytuł honorowy szejka Aischy Abdulli). Poza tym w sierpniu 1988 roku w imieniu wszystkich japońskich klubów karate nadano mu tytuł Mistrza Piątego Dana Honoris Causa. Billy jest człowiekiem jak każdy i oprócz zalet posiada również wady. Jak wszyscy popełnia błędy, bez których nie byłby możliwy dalszy rozwój. Najgorszą sprawą jest jednak rozczarowanie wielu ludzi, którzy spodziewają się ujrzeć nad jego głową aureolę świętego. Jednak pozory mylą, jak głosi stare przysłowie. Właś­ciwie tylko w niewielkim stopniu poznaliśmy jego wielkość, bowiem jego talenty są w większości ukryte, jako że nie chce ich on prezentować opinii publicznej. Dlatego też między innymi od lat nie udziela już wywiadów (pominąwszy sporadyczne przypadki), aby nie sprawiać wrażenia, że zależy mu na sławie. Kto go zna naprawdę, wie, co on potrafi i jakie tkwią w nim siły. Muszę jednak stwierdzić — i wcale nie jest to przejaw bałwochwalstwa - że pod wieloma względami jest on nadzwyczajną postacią. Już sama wiedza i umiejętności manualne, a przede wszystkim jego wszechstronność, są godne podziwu. Jego największa siła leży jednak gdzie indziej. Nie mam tu na myśli bogactwa materialnego, lecz bogactwo wiedzy, którą zdobył poprzez intensywne studia tak zwanych nauk duchowych. Chodzi tu przede wszystkim o poznanie uniwersalnych praw przyrody lub inaczej mówiąc, praw Kreacji oraz o funkcjonowanie i zastosowanie sił umysłu.

Aby móc przyswoić sobie tę wiedzę i umiejętności, korzystał z pomocy istot pozaziemskich, z którymi kontaktuje się od najmłodszych lat, zarówno osobiście, jak i telepatycznie, oraz z inspiracji płynących ku niemu od bardzo rozwiniętych niematerialnych form bytu (te sprawy są szczegółowo omówione w rozdziale VI).

Biorąc pod uwagę informacje, które łącznicy tacy jak Billy starają się upowszechnić, nie dziwi fakt, że są atakowani -- zwłaszcza Billy. Aby

92

utrudnić mu rozpowszechnianie prawdy, pewne kręgi osób usiłują wszel­kimi sposobami zmusić go do milczenia, nawet próbując wysłać go w za­światy. W latach 1975-76 dokonano trzech podstępnych zamachów na jego życie (patrz rozdziały XIII i XIV).

Jego wrogowie określają go jako osobę pośrednią między Einsteinem i Dylem Sowizdrzałem bądź mówią o nim wprost jako o szarlatanie i kłamcy. Dzieje się tak do dziś. Mimo tych wszystkich intryg i oszczerstw, jakie kierowano pod jego adresem, nieraz z kręgu najbliższych osób, nigdy nie zdołano mu udowodnić żadnej z rzeczy, które mu zarzucano.

28 stycznia 1975 roku rozpoczął się zupełnie nowy etap w jego życiu. Tego dnia Plejadanka Semjase nawiązała z nim pierwszy spośród wielu kontaktów, które trwały potem przez 11 lat. Ten dzień należy traktować jako początek jego misji, bowiem od tej chwili przestał pracować zawodo­wo i całkowicie się jej poświęcił.

Wymienienie wszystkich jego poczynań trwałoby zbyt długo, dlatego ograniczę się tylko do najważniejszych. Wiosną 1977 roku przeniósł się wraz z rodziną z Hinwil do Hinterschmidruti położonego w dolinie Toss na Wyżynie Szwajcarskiej, gdzie do dzisiaj znajduje się jego dom, który nosi nazwę „Semjase-Silver-Star-Center" na cześć jego pozaziemskiej przyjació­łki, która okazała szczególną pomoc w czasie jego adaptacji i rozbudowy. Tam również znajduje się siedziba FIGU założonego przezeń w sierpniu 1975 roku. Oficjalne zebranie założycielskie tego stowarzyszenia odbyło się jednak znacznie później, to jest 17 czerwca 1978 roku. FIGU2 to skrót oznaczający Niezależne Stowarzyszenie do spraw Nauk Pogranicza, Wie­dzy Duchowej oraz Studiów Ufologicznych. Jest to niedochodowa organiza­cja skupiająca poszukiwaczy i badaczy uniwersalnej prawdy. Centrum zajmuje powierzchnię kilku hektarów i składa się z domu i kilku mniejszych zabudowań. Na początku gospodarstwo to było zupełną ruiną otoczoną nieużytkami. Wiele lat ciężkiej pracy wielu ludzi sprawiło, że ten zanie­dbany kawałek ziemi wygląda dzisiaj jak kawałek raju.

 

2. Współczesny prorok

Znamienną cechą naszych czasów jest to, że wiele słów zatraciło swoje pierwotne znaczenie lub nabrało innej wymowy. Jednym z nich jest słowo „prorok", które w obecnych czasach rodzi niestety nie najlepsze skojarze­nia. Co Billy ma z nim wspólnego? Czy stwierdzenie, że jest on współczes-

2 Freie Interessengemeinschaft für Grenz- und Geisteswissenschaften und Ufologiestudien.

93

nym prorokiem, rzeczywiście pochodzi od niego? Prawdę mówiąc, mnie samemu niełatwo było się z tym oswoić. Jak wiele innych osób najpierw potrzebowałem nieco czasu na oswojenie się z myślą, że jest łącznikiem, a dopiero potem zacząłem przyzwyczajać się do faktu, że jest prorokiem. Jak się okazuje, to określenie nie pochodzi od niego. Nazwany tak został podczas pierwszych inspiracji, które otrzymał od bardzo wysoko rozwinię­tej niematerialnej formy bytu zwanej Arahat Athersata (patrz podrozdział „Inspiracje"). Bardzo się bronił przed tym określeniem.

W czasie rozmowy z Ptaahem powiedział:

- [Arahat Athersata] nazwał mnie wielkim prorokiem, jak gdybym zjadł wszystkie mądrości świata. Jest to zbyt wyolbrzymione określenie, nie jestem żadnym prorokiem. To patetyczne określenie Arahat Athersaty bardzo mnie denerwowało i dlatego między innymi zrezygnowałem z kon­taktów z nim. Musiałem się zastanowić, czy w ogóle chcę wziąć na siebie tę misję. Gdybym zaczął nazywać się prorokiem, ludzie zarzuciliby mi zarozu­miałość i zaczęli traktować jak oszusta.

Ptaah zwrócił mu uwagę, że ludzie mają całkowicie fałszywy obraz proroka. Prawdziwy prorok jest bowiem taką samą istotą jak inni. Oświad­czył mu, że powinien zachować swoją skromność uznając jednocześnie swoją wiedzę i związaną z tym mądrość. Mimo tych pouczeń Billy z wielkimi oporami przyzwyczajał się do narzuconej mu roli.

W dzisiejszych czasach tak wielu ludzi podaje się za proroków, że nie sposób osądzić, co jest prawdą a co kłamstwem. Rynek ezoteryczny przypomina dżunglę, w której łatwo zabłądzić, jeśli nie trzyma się wytyczo­nego kierunku, który wyznacza nam właśnie prorok. Zgodnie z prawami Kreacji każda zamieszkała planeta wydaje od czasu do czasu jedną lub kilka nadzwyczaj wysoko rozwiniętych form życia, z którymi mogą porozumieć się wyższe inteligencje, aby wspomóc ewolucję. Ludzie ci nazywani na Ziemi prorokami często są szkalowani i wyśmiewani. Zarzuca, się im głoszenie kłamstw, szarlatanerię i wybujałą fantazję.

Prorok—w danym momencie czasowym zawsze istnieje tylko jeden —jest szkolony i uczony przez istoty pozaziemskie, dzięki czemu jego wiedza i mądrość zawsze wykracza ponad przeciętną. To on odbiera i upowszechnia przełomowe, wybiegające w przyszłość informacje. Ponieważ mają one charakter proroczy, stąd też nazwa prorok. On to przekazuje ludziom prawa Kreacji, aby mogli oni przy ich pomocy dążyć do prawdy. Współcześni prorocy muszą stosować zupełnie inne metody działania niż dawni. Tamci mieszkali w dzikich i niedostępnych miejscach i tylko od czasu do czasu zjawiali się wśród ludzi. Wszelkiego rodzaju nauki przekazywali wyłącznie ustnie, bowiem ludzie nie potrafili wówczas zarówno pisać, jak i czytać. Te czasy należą już jednak do przeszłości, ponieważ

94

możliwości upowszechniania prawdy zmieniły się znacznie dzięki nowoczesnym technikom przekazu. Prorok lub jak kto woli, głosiciel prawdy, zostaje przydzielony do tej misji jeszcze przed swoimi narodzinami. Niestety coraz częściej pojawiają się prorocy-samozwańcy. Prawdziwy prorok od momentu narodzin jest pod kontrolą wyższej formy życia. W przypadku Billy'ego rolę tę pełnił Sfaath — dziadek Semjase. Jego zadaniem była ochrona i nauczanie Billy'ego.

Zgodnie z tą regułą wszyscy dotychczasowi prorocy, jacy kiedykolwiek pojawili się na Ziemi, już na długo przed swoimi narodzinami, a niekiedy i we wcześniejszym życiu byli przygotowywani do pełnienia swoich misji. Jest to zgodne z prawem Kreacji, którego nikt nie może ignorować. Z jednej strony ich wyboru dokonują wyższe pod względem rozwoju duchowego formy bytu (na przykład z poziomu Petale lub Arahat Athersata), z drugiej zaś ów wybór jest świadomie akceptowany z poczucia obowiązku, w związ­ku z czym nie występuje tu jakikolwiek przymus.

Życie tych ludzi już od chwili narodzin ukierunkowywane jest na pełnienie tej misji. Jest ono z reguły bardzo ciężkie i gorzkie. Mimo ofiarnej pomocy ze strony pozaziemskich mistrzów, swoją wiedzę muszą zdobywać w pocie czoła. Sami muszą dochodzić do swoich poglądów — obce im jest beztroskie, przyjemne życie. Jeśli gdzieś pojawia się rzekomy głosiciel prawdy, którego życie nie jest usłane cierniami, to należy przypuszczać, że nie jest to prawdziwy prorok. Ludzie tacy głoszą zwykle fałszywe nauki wymagające stałych korekt, podczas gdy prawdziwi prorocy głoszą nauki, które są zawsze aktualne i nie wymagają żadnych zmian. Ku zmartwieniu wielu ludzi prorok zwykle otwarcie piętnuje zło, nieraz używając ostrych słów i nie oszczędzając przy tym nikogo i niczego. Wielu ludziom się to oczywiście nie podoba. W dzisiejszych czasach nie da się na Ziemi piętnować zła używając gładkich i miłych słów. Każdy, kogo to razi, musi sobie uzmysłowić, że taki ostry język jest niezbędny do „spulchnienia ziemi, aby mogło zakiełkować na niej nowe ziarno!" Szczególnego znacze­nia nabiera w tym kontekście zdanie z OM, kanon 23, wers 10:

To tylko słowa fałszywych proroków i oszczerców, którzy starają się przy pomocy pochlebstw i obietnic ukryć prawdę.

Prawdziwych proroków poznajemy po ich jasnym, zrozumiałym języku, za pomocą którego trudno jest ukryć kłamstwo.

Billy już w wieku 5 lat rozpoczął naukę pod nadzorem istot pozaziems­kich i z biegiem czasu przyswoił sobie niezwykłą wiedzę w wielu dziedzi­nach. Bez niczyjej pomocy nauczył się odnajdywać prawdę, co oznaczało

95

nad wyraz uciążliwe życie. Zwykły człowiek nie byłby w stanie prowadzić takiego życia — nie wytrzymałby go tak psychicznie, jak i fizycznie.

Aby móc sobie poradzić z tym brzemieniem, Billy otrzymywał ze wszystkich stron pomoc, której normalny człowiek jest pozbawiony. Na przykład z Asket odbywał podróże w czasie w przeszłość, co dla przecięt­nego śmiertelnika pozostanie w sferze marzeń zapewne jeszcze przez wiele tysięcy lat.

Głoszenie prawdy jest powinnością Billy'ego. Po raz pierwszy zaczęło się to na Ziemi przed 10.000 łaty i kontynuowane jest do dzisiaj. Billy nie bez wahania zdecydował się na pełnienie tego trudnego posłannictwa. Jak każdy człowiek miał wolny wybór. Pozostaje jedynie się cieszyć, że zdecydował się kroczyć tą ciernistą drogą.

3. Gorzkie słowa prawdy

Prawie z regularnością zegara poddaje się w wątpliwość chropawy i oschły język Billy'ego. Większość ludzi woli sięgać po inne książki, których treść nie atakuje psychiki w takim stopniu i działa raczej jak balsam. O wiele łatwiejsze bowiem jest hołdowanie potocznym poglądom niż konfrontacja z całkiem nowymi faktami, które mogą być często bardzo bolesne. Rzecz w tym, że prawda z zasady bywa gorzka, zwłaszcza gdy dotyczy kogoś osobiście, bowiem niczym krzywe zwierciadło pokazuje nam naszą niedoskonałość i błędy, które nieustannie popełniamy. Tak zwany język dyplomatyczny służy przede wszystkim kłamstwu i temu, by kosztem innych uzyskać jak najwięcej korzyści. Prawdy nie wolno nigdy upowszech­niać w sposób dyplomatyczny, lecz nazywać rzeczy po imieniu, takimi jakimi są, bez ogródek. Zdaniem Semjase piękne słówka i inne pokrętne sformułowania wywołują fałszywe wrażenia, które z kolei prowadzą do błędów. Język prawdy zawsze był ostry i zawsze taki być powinien. Każdy, kto próbuje go zmienić, szybko zatraca jej właściwy sens. W głoszeniu prawdy nie może pobrzmiewać jakakolwiek fałszywa nuta, bowiem chodzi tu o ponadczasowe prawa i nakazy Kreacji sięgające wieczności, przeto nie wymagające żadnych zmian.

Ludzie zaawansowani w rozwoju duchowym zawsze zrozumieją ów oschły styl języka Billy'ego. Oczywiście dany fakt zawsze można przed­stawić w inny sposób, w zależności od tego, do kogo jest kierowany. Lecz Billy celowo preferuje ów oschły styl, bowiem tylko on jest w stanie naprawdę pobudzić ludzi do jasnych i szczerych przemyśleń.

Zdaniem Plejadan uzmysłowienie tego Ziemianom na ich obecnym etapie rozwoju wcale nie jest takie łatwe, ponieważ za bardzo oddalili się od

96

tego, co jest prawdą. Dlatego każdy powinien zrozumieć ów oschły styl języka prawdy — wartość, jaką z sobą niesie, gdyż tylko wtedy będzie mógł wkroczyć na właściwą drogę do prawdziwej ewolucji, w przeciwnym razie bowiem zaczną się przed nim piętrzyć liczne przeszkody.

4. Kto finansuje Billy'ego?

Słysząc lub czytając informacje o sytuacji finansowej Billy'ego, które wygadują lub wypisują różni ludzie, nieraz włosy stają mi na głowie dęba ze zdziwienia.

Na przykład w pewnym artykule prasowym napisano, że Billy jest jednym z wodzów sekty gromadzącej jego zaślepionych zwolenników wiodącym ich kosztem łatwe i dostatnie życie. Jego rzekomo podejrzana organizacja służy do wykorzystywania ludzi i wyłudzania od nich pieniędzy do ostatniego grosza. Dosłownie brzmi to tak:

Billy nie byłby Billym, gdyby nie wykorzystywał robotników, każe bowiem członkom swojej sekty oraz tym, którzy pragną nimi zostać, pracować kilka dni lub tygodni bez zapłaty —jedynie za jedzenie i nocleg.

Punkt 10 statutu FIGU mówi natomiast:

Jeśli szczęśliwym zrządzeniem losu, zechcesz pracować kilka dni lub nawet tygodni w Centrum, wówczas jego współmieszkańcy będą Ci za to wdzięczni. Zgodnie z punktem 2, 3 i 4 statutu nie możemy niestety zaoferować Ci wynagrodzenia i noclegu u siebie. Możemy jedynie zaoferować Ci zakwaterowanie i wyżywienie w restauracji Freihof w Schmidruti.

Co się tyczy pierwszej sprawy, to chciałbym podkreślić, że Wolna Wspólnota Zainteresowanych nie jest żadną sektą, chociaż tak może się komuś wydawać. Jeżeli zaś chodzi o drugą, to zdecydowanie odrzucam wszelkie pomówienia, że Billy jest wyzyskiwaczem.

Komentując przytoczony fragment artykułu, należy zaznaczyć, że pod względem treści nie odbiega on zbytnio od punktu 10 statutu, niemniej jego wydźwięk jest całkowicie fałszywy, ponieważ nie uwzględnia punktów 2, 3 i 4, które są bardzo istotne. Punkt 2 Statutu brzmi:

Każda Twoja praca wykonywana u nas i na naszą rzecz, wykony­wana jest dobrowolnie i bez jakiegokolwiek wynagrodzenia.

97

Punkt 4 mówi zaś:

 

Zgodnie z obowiązującym ustawodawstwem nie jesteśmy restaura­cją i w związku z tym nie wolno nam żywić ludzi w zamian za pracę, o ile nie są oni bezpośrednimi członkami rodzin, krewnymi lub też bliskimi przyjaciółmi mieszkańców Centrum.

 

Punkt 3 z kolei:

 

Z powodu nieustannego wzrostu kosztów utrzymania oraz z uwagi na obowiązujące przepisy prawa nie jesteśmy w stanie płacić Ci pieniędzmi za Twoją pracę.

Nie płacimy nikomu za pracę nie tylko dlatego, że popadlibyśmy w kolizję z prawem, ale przede wszystkim dlatego, że nie stać nas na to. Dotyczy to również wszystkich członków naszego stowarzyszenia. Nasz nieoceniony członek grupy, Silvano, pracuje na przykład od lat na gospodarstwie jako rolnik i pomoc do wszystkiego całkowicie do­browolnie, otrzymując w zamian jedynie wyżywienie i zakwaterowanie. Uzupełnieniem tego skromnego wynagrodzenia jest kilkaset franków kie­szonkowego, które otrzymuje co miesiąc od innych osób posiadających pieniądze. Jesteśmy zadowoleni, że cały czas radzimy sobie finansowo. Dlatego też mile witamy wszelką pomoc, pod warunkiem że jest do­browolna. Wszyscy, którzy decydują się na nią, robią to oczywiście świadomie, mając na względzie dobro sprawy. My wszyscy, to znaczy główni członkowie FIGU oraz bliżsi i dalsi współpracownicy, pracujemy w ten sposób od lat mając na celu jak najlepsze spełnienie misji przez Bilły'ego. Mimo tych wyjaśnień, wciąż jeszcze nie odpowiedziałem na pytanie: „Kto finansuje Billy'ego i z czego żyje on i jego rodzina?" Prawdę powiedziawszy, to jego prywatna sprawa, niemniej aby rozwiać błędne wyobrażenia na ten temat, omówię to pokrótce.

Billy pobiera skromną rentę inwalidzką oraz otrzymuje pieniądze za sprzedane publikacje. Poza tym ma prawo wraz ze swoją rodziną do mieszkania w Centrum do końca życia, podobnie jak każdy inny jego mieszkaniec. Billy i jego rodzina nie dysponują żadnym majątkiem, zarów­no na terenie Centrum, jak i gdzie indziej. Innymi słowy cała posiadłość Semjase-Silver-Star-Center oraz jej kapitał jest własnością całej grupy. Zadaniem wszystkich członków owej społeczności jest stała rozbudowa Centrum, aby było ono miejscem spotkań jak największej liczby ludzi pragnących poznawać prawdę. Sytuacja finansowa Billy'ego z biegiem lat

98

ustabilizowała się, lecz mimo to nadal nie może on sobie pozwolić na większe wydatki. W pierwszych latach budowy Centrum, już na samym początku swojej działalności misyjnej, która zainicjowana została w roku 1975, przeznaczył na ten cel całe swoje oszczędności. Jeszcze dzisiaj finansuje FIGU. Najwyższy już jednak czas, aby zaczął myśleć o swojej rodzinie, bowiem każdy powinien posiadać pewną rezerwę pieniędzy na nieprzewidziane wydatki, na przykład nieszczęśliwy wypadek. Jak już wspomniałem, pełnienie misji proroka w naszych czasach pochłania mu dużo czasu, przez co nie ma go na normalne zajęcia. Z powodu swojego antymaterialistycznego nastawienia popadł w wewnętrzny konflikt, bowiem z jednej strony stale potrzebował pieniędzy, których mu zawsze brakowało, na utrzymanie rodziny, a z drugiej musiał przestrzegać zasady, którą mu wpoił Sfaath, że wiedzy nie wolno sprzedawać za pieniądze. W końcu pojął, że w tym materialistycznym świecie nie można bez nich egzystować. Niezmordowanie pracuje z wszystkich sił dla dobra FIGU, nie bacząc na swoje zdrowie. Jesteśmy mu za to bardzo wdzięczni, zaś o rzekomym zysku finansowym i wykorzystywaniu innych w ogóle nie może być tu mowy. I wszyscy powinni o tym pamiętać.

5. Demonstracje siły duchowej Billy'ego

W dawnych czasach prorocy wędrowali wzdłuż i wszerz kraju rozpo­wszechniając wśród ludzi wiedzę i w różny sposób demonstrując swoją siłę duchową. Z uwagi na nierozumienie istoty tych pokazów nazywano je cudami i w tej postaci przeszły one do historii. Współczesny prorok nie musi dokonywać tego rodzaju demonstracji, bowiem obecnie każdy czło­wiek ma określoną wiedzę i kieruje się intelektem a nie wiarą w po­szukiwaniu prawdy. Dlatego między innymi Billy wykorzystuje swoją siłę duchową tylko wtedy, gdy nie ma widzów. Mimo to jednak kilku członkom stowarzyszenia dane było przekonać się o niej na własne oczy. Poniżej przedstawiam kilka krótkich relacji ze zdarzeń, których byli oni świadkami.

5.1. Wpływanie na ludzi impulsami myślowymi

(według relacji Bernadetty Brand)

Bernadetta mieszka w Hinterschmidruti i codziennie jeździ do pracy do Zurychu. 11 stycznia 1979 roku jak zwykle wyszła około godziny 16. ze swojego zakładu pracy z zamiarem powrotu prosto do domu. Wiedziona jakimś dziwnym impulsem postanowiła jednak pojechać tym razem inną niż zwykle, okrężną drogą. Z powodu złej orientacji w terenie przegapiła właściwe skrzyżowanie i pojechała w zupełnie innym kierunku. W końcu

99

znalazła odpowiednie miejsce do zawrócenia i ustawienia się na właściwym pasie jezdni. W tym momencie opanował ją nagły niepokój i zwątpienie. Jej myśli zaczęły krążyć wokół osoby Billy'ego — początkowo bez konkretnej przyczyny, ale potem przypomniała sobie, że Billy dzień wcześniej mówił jej, że w pewnym sklepie w Dübendorfie są dwa urządzenia, które chciałby kupić. Poddając się temu impulsowi zawróciła i pojechała w kierunku Dübendorfu. Po dotarciu na miejsce zjechała na prawą stronę jezdni i ku swemu zdziwieniu ujrzała przed sobą Billy'ego z jednym ze swoich synów. Zatrzymała się i pozdrowiła ich wyrażając swoje zdziwienie spotkaniem ich w tym miejscu.

Okazało się, że Billy czekał na Jacobusa, z którym miał się udać na umówione spotkanie do Zurychu. Ponieważ Jacobus spóźniał się, Bernadet-ta zaproponowała mu podrzucenie go tam. Odjechali zostawiając Jacobuso-wi wiadomość.

Spotkanie odbyło się mimo piętnastominutowego spóźnienia. Gdy w końcu Jacobus dotarł na miejsce, rozmowa Billy'ego była już za­kończona. Nazajutrz Bernadetta poprosiła Bilły'ego, aby wyjawił jej, jak doszło do tego ich rzekomo przypadkowego spotkania. W odpowiedzi Billy wyznał jej:

- Miałem przeczucie, że Jacobus nie będzie mógł przybyć na czas i przypomniałem sobie, że właśnie o tej porze wracasz zwykle z pracy do domu. Skoncentrowałem się na tobie i zwabiłem cię do siebie przy pomocy tak zwanego wpływania na ludzi impulsami myślowymi. Jest to nic innego jak przekazywanie określonej osobie impulsu wywołującego u niej pożąda­ne myśli i działanie.

Zdaniem Bernadetty impulsy Billy'ego były tak silne, że nie mogła w żaden sposób się im oprzeć. Nie ma tu mowy o jakimkolwiek przypadku.

5.2. Umysłowy telefon Billy'ego

Gdy przed wypadkiem w 1982 roku Billy był jeszcze w pełni sił duchowych, od czasu do czasu przywoływał do siebie telepatycznie ludzi, których pilnie potrzebował. Jako przykład chciałbym przytoczyć zdarzenie z maja 1979 roku dotyczące pewnej młodej kobiety mieszkającej w Mona­chium. Przekazał jej telepatycznie, aby załatwiła pewną sprawę i przyjecha­ła na najbliższy weekend do Hinterschmidrüti. Po tym myślowym przekazie wziął do ręki książkę Prorok, która akurat leżała na stoliku i przewertował ją pobieżnie, nie mając pojęcia, do kogo należy i kto ją tam położył. Pomyślał przy tym: „To byłoby coś dla naszego członka grupy, Elsi Moser".

Młoda kobieta z Monachium przybyła zgodnie z prośbą Billy'ego i przekazała niczego nie spodziewającej się Eli Moser małą paczuszkę,

100

dodając, że wypożyczyła tę książkę w bibliotece i przywiozła ją zgodnie z życzeniem.

Jak to się stało?

Otóż owa młoda kobieta odebrała telepatyczne wezwanie Billy'ego, a następnie myśl, że Elsi poprosi ją o tę właśnie książkę. W ten sposób spełniony został właściwy cel telepatycznego „telefonu".

Oprócz tej stosunkowo prostej formy komunikacji Billy opanował także telepatię duchową, za pomocą której dokonuje wymiany poglądów z is­totami pozaziemskimi. Ich wzajemne kontakty odbywają się prawie wyłącz­nie w tej postaci (patrz podrozdział „Telepatia duchowa" w rozdziale VI).

5.3. Niesamowite siły

(według relacji nieznanej z imienia osoby)

Poniższa historia wyda się zapewne osobom postronnym niewiarygodna i fantastyczna, niemniej jest wielu świadków, którzy mogą zaręczyć, że to, co opisuję, wydarzyło się naprawdę. Dotyczy ona jednej z niezwykłych sztuczek, którą Billy zademonstrował w noc sylwestrową z 1977 na 1978 rok. Podczas spotkania, jakie miało wówczas miejsce, jeden z obecnych na nim wpadł na pomysł, aby Billy zademonstrował wszystkim jeszcze raz zginanie łyżki.

Elsi Moser podała mu łyżeczkę od herbaty, którą Billy ujął między kciuk i palec wskazujący, po czym na oczach wszystkich zaczął ją powoli zginać, aż w końcu upuścił na stół.

Widać zgromadzonym (około 20 osób) było tego za mało, bo zaczęli prosić go o dalsze sztuczki. Odmówił, ale na nic się to nie zdało. Zgroma­dzeni nie dawali za wygraną. Był zawiedziony, że tak bliskie mu osoby domagają się od niego takich dowodów jego „siły duchowej". Mocno rozczarowany wziął do ręki monetę dziesięciocentymową i spytał: „Co mam z nią zrobić?" Ktoś zawołał, żeby „odcisnął na niej swoje linie papilarne". „Dobrze" - - odrzekł i mocno ścisnął monetę palcami, po czym uderzył pięścią z dużą siłą o blat stołu, aż wszyscy podskoczyli prze­straszeni, sądząc, że właśnie wpadł w złość. Moneta wyślizgnęła się z jego palców - - jej powierzchnia pokryta była wyraźnie widocznymi, odciś­niętymi na niej liniami papilarnymi.

Lecz i ta demonstracja nie wystarczyła niektórym, bowiem zaczęli oni coraz głośniej krzyczeć domagając się dalszych sztuczek. Billy wyjął wówczas dwie monety, jednofrankówkę i dwufrankówkę, i położył je na stół, pytając, co ma z nimi zrobić. Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, Wziął jednofrankówkę do prawej ręki i zacisnął pięść. Gdy potem ją otworzył, moneta była zgięta. To samo zrobił z dwufrankówką.

101

Kilka osób wciąż było nienasyconych. Ktoś podał Billy'emu następną monetę — dwufrankówkę. Billy wziął ją z grymasem niechęci na twarzy, przesunął po dłoni i następnie zacisnął wokół niej palce. Zmęczonym głosem powiedział, że to już ostatnia sztuczka tej nocy. Uniósł gwałtownie rękę na wprost Haralda Procha i skrzywił się z grymasem bólu na twarzy. Jego twarz przybrała dziwnie obcy wyraz, skóra stała się przezroczysta, a z oczu pociekły łzy. Całe jego ciało zaczęło drżeć. Wzrok miał utkwiony gdzieś w oddali. W pomieszczeniu zapadła martwa cisza. Wszystko to trwało 10-15 sekund. Zatrząsł się mocno blady jak kreda i powoli otworzył dłoń, z której wypadła na stół ku zdziwieniu wszystkich całkowicie zdefor­mowana dwufrankówka.

Zupełnie wycieńczony przywarł do ramienia Elsi. Minęło kilka minut, zanim zaczął mówić. Jego usta były sinoblade, a na dłoni widniał ślad po oparzeniu. Dlaczego? Z niedowierzaniem oglądaliśmy tę monetę, podając ją sobie z ręki do ręki. Była zdeformowana i przepalona. Wyłącznie siłą umysłu Billy wytworzył w swojej dłoni temperaturę 1500 stopni Celsjusza.

Siad oparzenia na dłoni powstał na skutek nagłego spadku koncentracji wywołanego silnym zmęczeniem, który spowodował chwilowy brak kon­troli temperatury i częściowe poparzenie dłoni przez rozgrzaną dwu­frankówkę.

Jeden ze świadków tego pokazu powiedział potem: „Nikt z nas nie będzie więcej prosił Billy'ego tego rodzaju sztuczki. Ujrzeliśmy to wszyst­ko na własne oczy, więcej nie ma potrzeby".

Cóż można o tym powiedzieć? Z pozoru Billy wygląda jak każdy z nas, jednak w środku różni się od nas diametralnie. Jakże wielkiego ducha musi być człowiek, który posiadając takie możliwości, nie wykorzystuje ich w celach materialnych.

5.4. Piec

(według relacji Bernadetty Brand)

30 kwietnia 1977 roku Billy, Kalliope, Engelbert Wachter, Hans Schutz-bach, Dolf Berroth, Jacobus Bertschinger i Bernadetta Brand usiedli póź­nym wieczorem po wyczerpującym dniu przy stole, rozmawiając o różnych sprawach. Byli w dobrym nastroju, do którego przyczynił się również wermouth, po lampce którego wypili. Jedynym ich zmartwieniem, które mąciło ich dobry nastrój, był ciężki, ważący blisko 500 kg żeliwny piec stojący na drodze przed wozownią, który należało przesunąć o przynajmniej jeden metr, na jej skraj.

Na pytanie Billy'ego, czy są chętni pomóc mu w tym, nikt nie od­powiedział, co nie było aż takie dziwne, biorąc pod uwagę ogólne zmęcze-

102

nie wszystkich. Niektórzy zaczęli nawet żartować, jak to dobrze byłoby, gdyby ktoś usunął go z drogi za pomocą telekinezy. Nikomu poza Billym nie przyszło na myśl, że to jest możliwe. Nagle zamilkł i w zamyśleniu zaznaczył jakiś punkt na blacie stołu. Po chwili oznajmił wszystkim, jak gdyby nigdy nic: „Jest już przesunięty". Nieco zdziwieni i zaskoczeni spojrzeli na niego i zapytali, jakby nie bardzo wiedząc, czy myślą o tym samym: „Co, piec?" Billy skinął twierdząco, po czym wyjaśnił, że przesunął go telekinetycznie. Z powodu zmęczenia nie był niestety w stanie przenieść go w inne miejsce unosząc go w górę.

Gdy już się ściemniło, wszyscy zgromadzeni przy stole wzięli latarki i poszli to sprawdzić. Kiedy stwierdzili, że nie kłamał, ich radość była ogromna, zaś Billy po raz kolejny pokazał, jaka drzemie w nim siła i że może być ona wykorzystywana, nawet gdy człowiek jest zmęczony.

5.5.  Potęga sił umysłu

(według relacji Hansa Schutzbacha)

W niedzielę 5 listopada 1977 roku pobudzony dyskusją o sile duchowej Billy udzielił zgromadzonym lekcji poglądowej za pomocą siedmiokilog-ramowego krzesła kuchennego, która miała pokazać im, jaka jest różnica, kiedy się z niej korzysta i kiedy nie używa się jej.

Najpierw zademonstrował zły przykład, a mianowicie marnowanie sił, które ma miejsce, kiedy do wykonywania pracy używa się wyłącznie siły fizycznej. W tym celu wsunął palec ręki pod oparcie krzesła i uniósł je. Wskutek wysiłku żyły na jego szyi nabrzmiały, a palce zbielały. Po chwili ciężko oddychając opuścił krzesło na podłogę.

Następnie przedstawił właściwy przykład. Tym razem do podniesienia krzesła użył dodatkowo siły duchowej. Skoncentrował się i jak poprzednio uniósł krzesło do góry. Lekkość, z jaką to wykonał, była zdumiewająca. Bez widocznego wysiłku trzymał je w górze, jak gdyby było lekkie jak piórko.

Ten przykład pokazuje, jak korzystne jest wspieranie siły fizycznej siłą duchową.

5.6.  Z początku pomyślałem, że śnię...

(według przeżycia Freddy 'ego Kropfa)

Czas budowy Centrum w Hinterschmidrüti był bardzo trudny dla wszyst­kich. Z jednej strony jego członkowie musieli pracować zawodowo, aby zarobić na swoje utrzymanie, z drugiej zaś pomagać w nim w różnych pracach, przez co byli obciążeni podwójnym wysiłkiem. W tej sytuacji zdarzało się, że Billy używał swojej siły duchowej, aby odciążyć siebie i innych od ciężkiej pracy fizycznej, a także zaprezentować szczególnie

103

pilnym pracownikom jedną z swoich sztuczek, chcąc w ten sposób poprawić im humor lub wynagrodzić ich za ciężką pracę.

Oto, co wiosną 1983 roku przeżył Freddy, Silvano i Thomas, gdy jechali traktorem z Hinterschmidrüti do Pfaffikon. Za kierownicą siedział Billy, który prowadził pojazd wzdłuż całej, pełnej zakrętów trasy z Centrum do Wiły i stamtąd dalej na południe. Wszyscy trzej siedzieli z tyłu na przyczepie i dyskutowali.

Nagle Freddy zaniemówił patrząc ze zdziwieniem na kabinę kierowcy. Nie wierzył własnym oczom. Billy siedział sobie w niej wygodnie rozparty nie dotykając przyrządów sterowniczych. Traktor poruszał się całkowicie samoczynnie — skrzynia biegów, hamulec, sprzęgło i pedał gazu działały same. Czy coś takiego jest możliwe? Wszyscy trzej odnieśli wrażenie, że śnią, że to jakiś senny pojazd sterowany zdalnie lub automatycznie. W ten sposób dotarli do Pfaffikon, załatwili co trzeba i w ten sam sposób wrócili do Hinterschmidruti. Po około 40 kilometrach jazdy Billy wysiadł z kabiny traktora i uśmiechnął się do całej trójki, jak gdyby nic się nie stało.

Freddy wyznał, że z początku poczuł się nieswojo, ale gdy zobaczył, że jazda jest bezpieczna i przebiega bez komplikacji, zaczęło mu to nawet sprawiać przyjemność. Był to kolejny przykład na potęgę siły duchowej i jej możliwości.

5.7. Wiadomo, jak...

(obserwacje Ewy Bieri, Bernadetty Brand i Guido Moosbruggera) Jeżeli chcemy dowiedzieć się czegoś konkretnego, zwykle sięgamy po leksykon lub encyklopedię i szukamy objaśnienia danego pojęcia,  ale w przypadku błędnej jego nazwy nasze poszukiwania często są bezskutecz­ne i wówczas często cenna okazuje się czyjaś rada.

W rzeczywistości istnieje coś takiego jak uniwersalna pamięć, w której gromadzone jest wszystko. Ludzie obeznani z ezoteryką wiedzą zapewne,

0 czym mówię. Mam tu oczywiście na myśli tak zwaną Pamięć Kosmiczną nazywaną także Blokiem lub Bankiem Pamięci. (Oprócz Pamięci Kosmicz­nej każda zamieszkała planeta posiada własną pamięć planetarną znaną w kręgach ezoterycznych jako Kronika Akaszy). Owa Pamięć Kosmiczna nie jest jednak uchwytna ani widoczna, jest to swego rodzaju blok ener­getyczny odpowiedzialny za cały wszechświat. Gromadzone są w niej wszelkie impulsy myślowe wszystkich form życia z całego wszechświata

1  przechowywane na zawsze. Zmagazynowane są tam wszystkie istotne dane na temat przeszłych, teraźniejszych i przyszłych wydarzeń, które nigdy nie giną. Wszystkie te dane można wywołać, jeśli wie się, jak się do niej podłączyć. W ten sposób można otrzymać wyczerpującą odpowiedź na

104

swoje pytanie. Warunkiem jest jednak umiejętność absolutnie logicznego myślenia, czego niestety większość Ziemian jeszcze nie potrafi. Logiczne myślenie oznacza bowiem rozumowanie zgodnie z prawami Kreacji oraz działanie i życie zgodnie z nimi. Bez tej umiejętności niemożliwe jest świadome wywołanie czegokolwiek. Jeżeli jakieś działanie podjęte zostanie podświadomie, to dotarcie do tej pamięci jest możliwe, bowiem pod­świadomość posiada tę niezbędną umiejętność. Pamięć Kosmiczna od­mawia jednak odpowiedzi, w przypadku gdy pytający nie powinien jej znać, z uwagi na to, że może być ona dla niego za trudna do strawienia lub gdy mogłaby spowodować zbyt duży skok w rozwoju. Krótko mówiąc, człowiek może korzystać z niej, zarówno świadomie, jak i podświadomie, ale pod określonymi warunkami.

Jak nam wiadomo, Billy może świadomie podłączać się do niej, lecz czyni to rzadko i z reguły tylko wtedy, gdy nie ma czasu na poszukiwania istotnych danych do swoich artykułów gdzie indziej. Jednym ze świadków tego typu zdarzenia była Ewa. Było to 6 października 1983 roku. Billy zawołał ją wtedy do swojego gabinetu. Siedział przy biurku z długopisem w ręce. Powiedział jej, aby zamknęła drzwi, zasłoniła zasłony i zgasiła światło. Po chwili zaczął pośpiesznie coś notować. Nie trwało to jednak długo i zaraz potem mogła znowu zapalić światło. Billy podłączył się właśnie do Pamięci Kosmicznej i zapisał otrzymaną odpowiedź na przygotowanej kartce.

Jeśli się chce, wszystko może być proste. Nic nie jest u nas tajemnicą i razem z Bernadettą mogliśmy się przyglądać, jak Billy korzystał z Pamięci Kosmicznej. Bezpośrednią przyczyną sięgnięcia do niej w naszym przypad­ku był artykuł „Iloraz mózgu Ziemian", który Billy pisał do swojego pisma Czas Wodnika, numer 4 (patrz definicja iloraz mózgu na końcu rozdziału).

Przy ustalaniu wartości procentowych za rok 1844, w którym liczba mieszkańców Ziemi wynosiła około 1,4 miliarda, wkradł się błąd liczbowy i nie zgadzał mu się rachunek. Nie mogąc sobie z tym poradzić zawołał mnie i Bernadettę do swojego gabinetu, mając nadzieję, że pomożemy mu rozwiązać ten problem. Lecz i my nie wiedzieliśmy, jak to rozwikłać. W końcu Billy postanowił podłączyć się do Pamięci Kosmicznej. Położył w tym celu głowę w poprzek kikuta lewej ręki, zaś do prawej wziął długopis. Następnie skoncentrował się i wywołał z niej wartości procen­towe, które —• mając cały czas zamknięte oczy — zapisał jedna pod drugą na kartce papieru formatu A4. Gdy je potem podliczyliśmy, otrzymaliśmy sumę wynoszącą dokładnie 100%. W ten sposób znaleźliśmy przeoczone poprzednio 1,8%.

Na kartce papieru były następujące wartości procentowe: 60 — 24,08 - 9,007 — 5,1 — 0,008 — 0,003 — 0,002 i brakujące 1,8.

105

Wartości te pokazują, ile wynosił materialny iloraz mózgu ludności Ziemi w roku 1844:

1,800% =

25.200.000

Ziemian poniżej

10,0%

60,000% =

840.000.000

Ziemian między

10,0-11,0%

24,080% =

337.120.000

Ziemian między

11,0-14,5%

9,007 % =

126.098.000

Ziemian między

14,5-16,0%

5,100% =

71.400.000

Ziemian między

16,0-18,0%

0,008 % =

112.000

Ziemian między

18,0-20,0%

0,003 % =

42.000

Ziemian między

20,0-24,0%

0,002 % =

28.000

Ziemian powyżej

24,0%

Był to kolejny dowód niezwykłych umiejętności Billy'ego.

5.8. Drzwi

(relacja Bernadetty Brand skrót)

Jesienią 1978 roku weszłam do kuchni z zamiarem pójścia na podwórze. Było tam czworo drzwi. Dwoje z nich znajdowało się obok siebie — jedne w rogu pół metra na prawo prowadzące na korytarz i obok nich drugie wychodzące na podwórze. Wewnątrz przebywał Billy, z którym wymieniłam kilka zdań.

Właśnie miałam otworzyć drzwi na podwórze, kiedy stojąc w rogu Billy zapytał mnie, czy chcę, żeby mi pomógł. Odpowiedziałam, że nie ma potrzeby, i sięgając po klamkę zerknęłam przez ramię za siebie. Zobaczyłam, że drzwi na korytarz zamknęły się za nim i w niemal w tej samej chwili, w momencie gdy wyciągałam rękę w kierunku klamki drzwi na podwórze, te nieoczekiwanie otworzyły się. Uniosłam nogę robiąc krok do przodu i zamarłam w bezruchu jak rażona piorunem — na wprost mnie stał uśmiechający się do mnie Billy. W pierwszej chwili nie wiedziałam, co się dzieje, i z trudem złapałam oddech. Zaraz potem usłyszałam dochodzący jakby z oddali jego głos mówiący: „No, przechodź".

Jak w transie przeszłam obok niego wychodząc na podwórze, on zaś wszedł do kuchni. Miałam zamęt w głowie i rozpaczliwie za­stanawiałam się, jak to możliwe, żeby w ciągu ułamka sekundy udało mu się obiec cały dom dookoła. Brałam pod uwagę wszystkie moż­liwości, aż w końcu stwierdziłam, że musiał po prostu teleportować się zza drzwi prowadzących na korytarz na zewnątrz domu w pobliże drzwi prowadzących z podwórza do kuchni.

Jeszcze tego samego dnia, wieczorem, to przypuszczenie stało się pewnością, kiedy przeprowadziliśmy odpowiednią próbę. (Po raz

106

pierwszy umiejętność tego typu Billy zademonstrował 21 sierpnia 1977 roku w dzień urodzin Marii Wachter. Świadkami tego pokazu byli wtedy ponadto oprócz Kalliope, Engelbert, Conny i Rolf Wach-terowie, Herbert Runkel, jego przyjaciółka Ingrid, Amata Stetter, Margareth Flammer, Olgi Walder, Hans oraz Konni Schutzbachowie, Eli Moser i kilka innych osób). Trasa, którą musiałby pokonać Billy, gdyby chciał ją odbyć pieszo, wynosiła 63 metry. Nasz najszybszy sprinter, Silvano, potrzebował na jej przebiegnięcie 22 sekundy - czas mierzył Freddy. Z kolei dobrze wytrenowany biegacz po­trzebowałby na to z uwagi na przeszkody 10-15 sekund.

Aby móc otworzyć od zewnątrz drzwi kuchenne wychodzące na podwórze, Billy miał do wyboru dwie możliwości: obiec dom dookoła albo teleportować się zza drzwi prowadzących na korytarz. Ta druga możliwość jest jedyną, która wyjaśnia to zdarzenie.

Dla mnie i pozostałych osób, tego rodzaju zdarzenia są inspiracją do przemyśleń nad możliwościami siły ducha. Poza tym są one dowodem na to, że Billy nie jest jakimkolwiek szarlatanem bądź kłamcą, lecz mistrzem.

5.9. Zdarzenie w Semjase-Silver-Star-Center

(relacja Christiny Gasser)

Było to wieczorem 28 kwietnia 1990 roku. Mający wówczas 10 lat Atlant Bieri otrzymał w prezencie teleskop. Z miejsca postanowił go wypróbować, w związku z czym poprosił mnie, abym pomogła mu go zanieść w odpowiednie miejsce i ustawić. Po jego ustawieniu nie zwlekając ani chwili przystąpił do obserwacji nieba. Noc była jasna i gwiaździsta; była prawie pełnia Księżyca.

Ustawienie teleskopu wcale nie było takie proste i zajęło nam trochę czasu. Pomogłam mu jednak chętnie, ponieważ sama chciałam przezeń popatrzeć. Lecz Atlant za nic w świecie nie chciał nikogo do niego dopuścić. W międzyczasie nadeszła Edith Beldi zwabiona jego krzykiem. Ona również miała ochotę popatrzeć przez teleskop, lecz i jej prośba została odrzucona. Nie pozostało nam więc nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość.

Wkrótce nadszedł także Christian Krakowski oraz Adrian Fischer, którzy tej niedzieli pracowali w Centrum i właśnie szykowali się do powrotu do domu.

Nagle rozległ się krzyk Atlanta wołającego, że odkrył nowy księżyc. Billy, który akurat wyszedł z domu, wyjaśnił mu, że to jego „nowe odkrycie", to tylko odbicie światła w soczewkach. W końcu

107

zostaliśmy dopuszczeni do teleskopu i też mogliśmy popatrzeć na ten księżyc. Następnie wyszukiwaliśmy na niebie znane nam gwiazdo­zbiory i kierowaliśmy na nie teleskop. W pewnym momencie do­strzegliśmy NOLa wielkości gwiazdy wolno przemieszczającego się nad Centrum. Uważnie śledziliśmy jego lot, gdy nagle Billy spytał Atlanta, czy chce, aby on zabłysł. Chłopiec przytaknął z zachwytem. Wszyscy spoglądaliśmy w oczekiwaniu w niebo i po chwili ujrzeliś­my, jak obiekt zwiększył trzykrotnie swoje rozmiary i rozbłysł jasnym światłem. Wszyscy zamilkliśmy zachwyceni tym widokiem, zaś chło­piec chciał koniecznie dowiedzieć się, jak to działa i jak można to zrobić. Billy wyjaśnił mu, że jest to bezzałogowe urządzenie telemet­ryczne i że musi się mocno skoncentrować, jeżeli chce, żeby znowu zabłysło.

Tej nocy odkryliśmy na niebie jeszcze wiele innych urządzeń telemetrycznych. Na koniec rozeszliśmy się i każdy z nas ruszył w swoją drogę. Jestem przekonana, że to zdarzenie pozostanie w nas na zawsze.

6. Wypadek Billy'ego i jego następstwa

Brak logiki oraz niekiedy niechętna postawa członków stowarzyszenia, a także inne negatywne sprawy nieraz doprowadzały Billy'ego wręcz do rozpaczy, sprawiając, że za każdym razem w takich sytuacjach zastanawiał się, czy nie rzucić tego wszystkiego. Mimo tych przeciwności trwa jednak nadal przy swojej misji. Któregoś razu w czasie takiej chwili zwątpienia Semjase powiedziała mu: - Spełnianie twojego zadania zależy wyłącznie od ciebie. Jeśli je porzucisz, nie będzie to z korzyścią dla mieszkańców Ziemi. Nie zamierza­my jednak wymuszać na tobie jakichkolwiek decyzji. Rozważając to, weź jednak pod uwagę, że jedynie od ciebie zależy, czy Ziemianie będą w stanie osiągnąć pewne korzyści i wkroczyć na lepszą drogę. Wiem dobrze, że uważasz, iż każdy człowiek musi sam odpowiadać za siebie. Wiedz jednak, że tylko bardzo niewielu Ziemian dysponuje takimi umiejętnościami, jak ty, i że ci ludzie nie mają nawet odwagi ich ujawnić. Jako człowiek masz obowiązek pomagać innym, co w twoim przypadku polega na przekazywa­niu im swojej wiedzy. Przecież od początku wiedziałeś, że to zadanie będzie trudne. Dlatego też uważam, że zbyt pochopnie decydujesz się to wszystko rzucić. Widzę, że jesteś zły, iż nie możesz liczyć na pomoc swoich współziomków. Nie zapominaj jednak, że oni są daleko z tyłu za tobą w rozwoju duchowym. Powinieneś najpierw to wszystko rozważyć w spo­koju i dopiero wtedy podjąć decyzję. Pamiętaj, że ludzkość potrzebuje twojej pomocy i że ty możesz jej pomóc w większym stopniu, niż jakikol-

108

wiek inny prorok. Od około 2000 lat żaden inny Ziemianin nie był przeznaczony do kontaktowania się z bardzo wysoko rozwiniętymi formami bytu. Pomyśl tylko, jak bardzo jesteś ceniony przez nas i Arahat Athersatę. Przecież to uznanie nie bierze się z niczego. Jesteś pierwszym współczesnym prorokiem i w ten sposób najważniejszą osobą waszego świata, albowiem to ty torujesz drogę do nowych czasów. Musisz wykonać tę mozolną pracę, wytyczając drogę swoim następcom. Przemyśl to wszystko jeszcze raz i nie podejmuj decyzji kierując się gniewem. Doskonale rozumiemy tę złość tkwiącą w Was Ziemianach, gdyż zawsze mieliśmy z wami kłopoty z tego powodu. Bądź więc sprawiedliwy i porzuć złość.

Billy wytrwał na swoim posterunku, mimo iż czasami było mu niezwykle ciężko. Był w stałym stresie, uskarżał się na przepracowanie i bezsenność. Od swojego ciała wymagał więcej, niż to było możliwe. W końcu musiał więc nadejść moment, w którym jego organizm nie był już w stanie znieść stałego przemęczenia. Z jednej strony bowiem Billy obarczony był ciężką pracą fizyczną przy przebudowie i rozbudowie Centrum w Hinterschmidrüti, z drugiej zaś wysiłkiem umysłowym związanym z pełnieniem misji (przygotowywanie różnych publikacji, przyjmowanie informacji, sporzą­dzanie sprawozdań z kontaktów, nauczanie etc.). Na domiar złego nieustan­nie obrzucany był kalumniami i pomówieniami, które pozbawiały go snu i nadwyrężały nerwy. Nie ulega wątpliwości, że ogromną część winy za jego wypadek ponoszą głosiciele tych kłamstw.

Wypadek miał miejsce 4 listopada 1982 roku, w czasie gdy zemdlał w łazience i upadł na podłogę. Padając na twardą posadzkę doznał tak ciężkich obrażeń głowy, że uszkodzone zostały nawet pewne części jego mózgu. Oto, co powiedział na ten temat Quetzal:

Istocie rozumującej wyłącznie logicznie nie sposób pojąć niezwykłości nielogicznego rozumowania Ziemian. Jest to po prostu niemożliwe. I ponie­waż codziennie masz do czynienia z tym brakiem logiki, nie masz nawet chwili na wypoczynek. Taka sytuacja powoduje wzrost potencjału elektrycz­nego prądów mózgowych, które tworzą zgrupowaną formę energii mogącą doprowadzić w trakcie przesileń do wyłączenia świadomości, czyli do spięcia, co przejawia się czasowym omdleniem, jak to, które ci się przytrafi­ło, pomijając fakt, że podczas tego wypadku potłukłeś niebezpiecznie głowę.

Chwilę przed tym wypadkiem Erranie przeprowadzili na androidzie jego symulację, aby zobaczyć, jakie mogą być jego następstwa i w związku z tym w jaki sposób będą mogli pomóc Billy'emu. Rezultat tego eksperymentu był szokujący, bowiem android nie znalazł z tej sytuacji innego wyjścia jak samoeliminację.

Skutki tego nieszczęśliwego wypadku Billy będzie odczuwał do końca życia. Pomijając wstrząs, jego mózg został w znacznym stopniu uszkodzo­ny, przez co jego sprawność spadła o 27,2 procenta. Zachwianie równowagi,

109

występujące sporadycznie bóle głowy oraz częste uczucie strachu to naj­częściej występujące jego następstwa. Poza tym Billy nie był już w stanie wykonywać należycie pewnych czynności fizycznych, przez co nie mógł sobie pozwolić na dłuższą jazdę samochodem czy pociągiem. Telepatyczne kontakty z jego pozaziemskimi przyjaciółmi również musiały zostać ograni­czone z uwagi na jego trudności z dłuższą koncentracją.

Te nieprzyjemne dolegliwości nękały go przez blisko 7 lat, ale nawet z tej beznadziejnej sytuacji Billy usiłował wydobyć to co najlepsze. W minionych latach udało mu się dzięki ogromnej sile woli i pełnej mobilizacji wszystkich rezerw organizmu odzyskać większą część utraconych umiejętności. Istoty pozaziemskie nie mogły się nadziwić, że jego pamięć znowu funkcjonuje wspaniale, jak gdyby jego mózg nigdy nie uległ uszkodzeniu. Mimo tego sukcesu w poprawie zdrowia od czasu do czasu zdarzają mu się nawroty tych dolegliwości, którym towarzyszą czasami nowe, wobec których lekarze są całkowicie bezradni. Chcąc nie chcąc musi z tym żyć, po prostu przyzwy­czaić się do tych objawów, a także do stałego zażywania leków.

Olbrzymim jego sukcesem po tym ciężkim wypadku było opracowanie prawie czterystupięćdziesięciostronicowego dzieła OM określanego jako Księga Ksiąg lub Księga Prawdy.

Kończąc ten rozdział, chciałbym zamknąć go jego słowami: — Nazywam siebie tworem Kreacji, kreacją Kreacji. Jestem także wędrowcem przemierzającym przestrzeń i czas w dosłownym tego słowa znaczeniu, wędrowcem podróżującym przez światy. Wiem o tym oraz to, że wszędzie jestem obcym przybyszem, który po spełnieniu swojej misji rusza w inne miejsce. Ani przestrzeń i czas, ani świat, jak również życie w nim nie odgrywają żadnej roli, albowiem w wędrówkach tych jestem misjonarzem, dla którego liczy się tylko spełnienie misji.

Moim zdaniem Billy jest człowiekiem takim jak każdy z nas, ale jednocześnie niezwykłym dzięki swej niespotykanej wiedzy oraz umiejęt­nościom, którymi nie chwali się publicznie. Jak wszystkim prorokom przed nim jemu również nie wiedzie się najlepiej. Wszyscy wątpiący w jego umiejętności oraz jego przeciwnicy miast występować przeciw niemu, winni w końcu zacząć starać się zrozumieć fakty. Najwyższy już bowiem czas, aby zaczęto go widzieć takim, jakim jest naprawdę.

7. Iloraz mózgu

Każdy człowiek posiada świadomość materialną i duchową, w związku z czym materialny i duchowy iloraz mózgu wyrażany jest w wartościach procentowych.

110

7.1.  Materialny iloraz mózgu

Materialny iloraz mózgu (materialny iloraz świadomości, iloraz osobo­wości) składa się z dwóch nierozerwalnych składników — wartości wyko­rzystywania mózgu oraz wartości inteligencji.

Wartość wykorzystywania mózgu mówi, ile procent potencjału mózgu jest w stanie wykorzystywać człowiek (na przykład materialny iloraz mózgu rzędu 14 procent oznacza, że do pracy w zakresie materialnym wykorzys­tywanych jest 14 procent jego potencjału).

Materialna wartość inteligencji odpowiada zwykle liczbowo wartości wykorzystywania mózgu. Różnice między tymi wartościami procentowymi powstają tylko w przypadku zakłóceń świadomości.

W czasie swojego rozwoju człowiek uczy się coraz lepiej wykorzys­tywać potencjał swojego mózgu, dzięki czemu jego materialny iloraz mózgu stale rośnie. Teoretycznie wartość ta wzrasta w ciągu 1000 lat o l procent, co w przypadku przytoczonego przykładu oznaczałoby, że materialny iloraz mózgu wynoszący 14 procent powinien osiągnąć wartość 100 procent po 86.000 latach. W praktyce jednak wygląda to niestety zupełnie inaczej, bowiem zależność ta odpowiada ewolucji dokonującej się bez zakłóceń, to znaczy bez regresów, co jest praktycznie niemożliwe. W związku z tym rzeczywisty wzrost wykorzystywania potencjału mózgu dokonuje się znacz­nie wolniej i przypomina krzywą wzrostu wartości akcji, która raz wznosi się, a raz opada, stale jednak pnąc się w górę. Dlatego też trzeba miliardów lat, aż ten iloraz osiągnie wartość 100 procent.

7.2.  Duchowy iloraz mózgu

Duchowy iloraz mózgu (duchowy iloraz świadomości) jest miernikiem duchowego potencjału człowieka lub jego duchowego poziomu ewolucji. Wartość procentowa duchowego ilorazu mózgu bywa w zasadzie zgodna z jego materialnym ilorazem, co jednak w przypadku Ziemian ma miejsce tylko w niewielu przypadkach. Im niższy jest stan ewolucji ducha, tym niższa jest ta liczba. Jak wynika z poniższego zestawienia odpowiadającego stanowi na rok 1978, największa różnica wynosi aż 7 procent.

Górna granica wartości procentowej jest jednak ściśle ograniczona i nie może przekraczać wartości materialnego ilorazu mózgu o więcej niż l pro­cent. Jest to bariera, która chroni ludzkie formy życia przed przewymiaro­waniem. Rozwój duchowy nie może wzrastać zbyt gwałtownie, ponieważ byłoby to ze szkodą dla rozwoju materialnego — w przeciwnym przypadku

111

dany człowiek nie byłby zdolny do życia, gdyż nie widziałby konieczności utrzymywania swojego ciała przy życiu.

 

Zestawienie materialnych i duchowych ilorazów mózgu za rok 1978

l

człowiek

25,70%  m.i.m.

25,80%  d.i.m.

2

ludzi

25,01%  m.i.m.

24,06%  d.i.m.

14

ludzi

20,00-24,00%  m.i.m.

17,60%  d.i.m.

1.246

ludzi

18,00-20,00%  m.i.m.

16,04%  d.i.m

456.021

ludzi

16,00-18,00%  m.i.m.

15,06%  d.i.m.

30%

pozostałej części ludzkości

14,50-16,00%  m.i.m.

13,80%  d.i.m.

62%

pozostałej części ludzkości

11,00-14,50%  m.i.m.

10,90%  d.i.m.

4%

pozostałej części ludzkości

10,00-11,00%  m.i.m.

9,60%  d.i.m.

4%

pozostałej części ludzkości

poniżej 10,00%  m.i.m.

3,00-6,00%  d.i.m.

Oznaczenie skrótów:

m.i.m. — materialny iloraz mózgu,

d.i.m. — duchowy iloraz mózgu.

112

VI KONTAKTY BILLY’EGO Z POZAZIEMSKIMI INTELIGENCJAMI

Życiorys Billy'ego jako łącznika rozpoczął się w roku 1942, kiedy miał zaledwie 5 lat. Pierwszą istotą pozaziemską i równocześnie pierwszym jego mentorem był dziadek Semjase, sędziwy rodowity Erranin imieniem Sfaath, który jak każdy śmiertelnik musiał w końcu odejść z tego świata. Po jego śmierci kontakty z Billym przejęła kobieta o imieniu Asket, która po raz pierwszy skontaktowała się z nim 3 lutego 1953 roku. W naszym posiadaniu znajduje się jej zdjęcie, które wielokrotnie było publikowane w prasie (patrz zdjęcie nr 5) — czasami mylnie jako zdjęcie Semjase.

Asket pochodzi z sąsiedniego wszechświata DAL, który jest równoległy lub jak to woli, bliźniaczy w stosunku do naszego zwanego przez nich DERN. Oba powstały mniej więcej w tym samym czasie. W tym miejscu nasuwa się pytanie, co ma ona wspólnego z Plejadanami. Otóż Plejadanie oraz cywilizacja, do której należy Asket, mają wspólnych przodków, którzy wywodzą się z systemu Wegi w gwiazdozbiorze Lutni. W czasie minionych milionów lat starożytni Weganie-Liranie rozprzestrzenili się po kosmosie docierając nawet do sąsiedniego wszechświata nazwanego przez nich DAL (nie ominęli również Ziemi, gdzie część z nich osiedliła się przed dziesiąt­kami tysięcy lat; ich potomkowie żyją wśród nas po dziś dzień). Po 11 latach, w roku 1964, kontakty te — przeważnie osobiste — ustały.

Życie w tym czasie było dla Billy'ego ciężkim okresem nauki, podczas którego musiał zdobyć mnóstwo doświadczeń i poszerzyć swoją wiedzę. Po

113

przyswojeniu sobie różnych umiejętności oraz ogromnej wiedzy, zajął się doskonaleniem telepatii duchowej oraz własnym rozwojem duchowym.

Po jedenastoletniej przerwie w jego życiu pojawiła się kolejna kobieta z gwiazd — Semjase — która zapoczątkowała nową fazę kontaktów. Było to 28 stycznia 1975 roku. Dzień ten może być traktowany jako właściwy początek jego misji. W tym trwającym również 11 lat okresie oprócz Semjase kontaktowali się z nim także inni Plejadanie z planety Erra: Quetzal, Ptaah, Pieją, Elektra, Hjlaara, Solar i Jsodos — a także od czasu do czasu przedstawiciele innych ras, jak na przykład ciemnoskóra Menara, żółtoskóra Taljda, przyjaciółka Menary Alena, Rala i inni. 28 stycznia 1986 roku kontakty Semjase z Billym zostały zgodnie z planem zakończone.

Dalsze kontakty z nim miały być kontynuowane wyłącznie na drodze telepatycznej przez Asket i jej pomocników, lecz ze względu na jego zły stan zdrowia stało się to niemożliwe. W tym czasie dochodziło do sporadycznych kontaktów osobistych, lecz miały one bardzo ograniczony charakter. Gdy jego zdrowie poprawiło się i ustabilizowało na tyle, że mógł ponownie podjąć kontakty telepatyczne, Plejadanie postanowili nawiązać je na własną rękę w miejsce planowanych kontaktów z Asket. Od tego czasu trwają one nieprzerwanie.

Jego kontakty z istotami pozaziemskimi można podzielić na 3 rodzaje:

1.  Kontakty osobiste.

2.  Kontakty telepatyczne.

3.  Inspiracje ze strony bardzo wysoko rozwiniętych form bytu.

1. Kontakty osobiste Billy'ego

Każdy osobisty kontakt z nim był zawsze zapowiadany telepatycznie. Niezależnie od tego miał on prawo do samodzielnego kontaktowania się z Plejadanami, zarówno w sytuacjach podyktowanych względami osobis­tymi, jak i dobrem misji. Istniało wiele sposobów doprowadzania do tego typu kontaktów, które stosowane były w zależności od okoliczności.

1.1. Możliwość pierwsza

Billy otrzymywał drogą telepatyczną od istot pozaziemskich precyzyjne dane o miejscu i czasie planowanego spotkania. Jeżeli miejsce to znaj­dowało się w niewielkiej odległości od jego domu, to zazwyczaj udawał się tam pieszo. W innym przypadku używał własnego pojazdu (motorower, samochód, traktor) lub prosił kogoś ze znajomych, aby go tam zawiózł. Odcinek od drogi do miejsca lądowania statku kosmicznego pokonywał pieszo. Zgodnie z wolą Plejadan osoby towarzyszące mu musiały czekać na niego do czasu jego powrotu w samochodzie lub w jego pobliżu.

114

1.2.  Możliwość druga

Jeżeli z jakichś względów niemożliwe było wcześniej dokładne ustalenie miejsca spotkania, dokonywany był tak zwany losowy wybór drogi. Przeka­źnik telepatyczny będący elementem wyposażenia statku prowadził go wówczas na miejsce spotkania, przekazując mu po drodze dane dotyczące kierunku jazdy.

Te dwie pierwsze możliwości były najczęściej stosowane w pierwszych latach trwania jego kontaktów z Semjase, gdy mieszkał jeszcze w Hinwil. Plejadanie wybierali wówczas na miejsce lądowania ukryte leśne polany lub trudno dostępne odludne miejsca położone zwykle w niewielkiej odległości od jego domu. Najdłuższy odcinek, jaki przyszło mu w owym okresie pokonać, wynosił aż 70 kilometrów. Najczęściej używanym przezeń środ­kiem lokomocji w tym czasie był motorower.

Lądując statek najczęściej nie osiada na ziemi, lecz unosi się nad nią swobodnie na wysokości 2-3 metrów. Jeżeli dana osoba chce wejść do niego, wówczas staje po prostu pod otwartym lukiem wejściowym znaj­dującym się w środku jego dolnej części, po czym winda grawitacyjna unosi ją do góry. Po wjechaniu do wnętrza statku luk zamyka się automatycznie. Chcąc wydostać się na zewnątrz wystarczy stanąć w obrębie szybu grawita­cyjnego, po czym strumień transportujący opuszcza daną osobę na powierz­chnię ziemi.

Rozmowa podczas trwania kontaktu rzadko miała miejsce na wolnym powietrzu, na przykład na trawie lub podczas spaceru. Zwykle odbywała się wewnątrz statku, który przeważnie unosił się nad ziemią kołysząc się na boki.

1.3.  Możliwość trzecia

Zupełnie inną, stosowaną dość często, a obecnie prawie wyłącznie, metodą przez Plejadan i ich sprzymierzeńców jest kontrolowana teletrans­misja (teleportacja) przy pomocy teletransmitera (teleportera). Wykorzys­tywana jest ona w dwóch wariantach:

a)  Billy jest transmitowany z dowolnego miejsca na pokład statku kosmicz­nego lub odwrotnie w wybrane miejsce na łące, ulicy lub bezpośrednio do swojego gabinetu.

b)  Plejadanie sami transmitują się do gabinetu Billy'ego lub w inne miejsce ze swojego statku, który niewidoczny unosi się w pobliżu. Powrót odbywa się tą samą drogą. Jest to zdecydowanie najprzyjemniejsza metoda przemieszczania się, bowiem Billy nie musi odbywać długich wędrówek, aby spotkać się ze swoimi pozaziemskimi przyjaciółmi.

115

(Przykłady tego typu transmisji opisane zostały w rozdziale VII „Dzienne demonstracje Plejadan").

Jeśli chodzi o porę i czas trwania kontaktów osobistych, można je określić przymiotnikami „dowolna" i „nieokreślony". Nigdy też nie było określonego terminarza spotkań, w związku z czym zdarzało się, że przez kilka tygodni nie było ani jednego kontaktu, podczas gdy innym razem w ciągu krótkiego okresu czasu następowało ich kilka. Pozaziemscy goście pojawiali się i pojawiają nadal o dowolnej porze dnia i nocy bez żadnych wcześniejszych ustaleń, w zależności od tego, jak im pasuje. Czas trwania kontaktów wahał się od 15 minut do — najczęściej — l godziny. Niekiedy z uwagi na specyficzne okoliczności trwały one nawet kilka godzin.

Oprócz tych kontaktów Billy uczestniczył w trzech podróżach w głąb wszechświata, z których najdłuższa trwała 5 dni.

2.  Co się dzieje, gdy łącznikowi towarzyszy inna osoba?

Jeżeli łącznikowi towarzyszą inne osoby, wówczas przekaźnik telepatycz­ny rejestruje ich obecność i nie będąc przystosowanym do ustalania, czy są one usposobione przyjaźnie, czy wrogo, wyłącza się automatycznie w odpowied­niej odległości od miejsca kontaktu. Jest to sygnał dla pilota statku, że musi przeprowadzić ogólną analizę myśli tych osób, aby ustalić ich nastawienie. Jeżeli jej wynik jest pozytywny, wówczas przekaźnik telepatyczny kontynuuje prowadzenie łącznika do miejsca lądowania statku, gdzie następuje kontakt. Osoby towarzyszące muszą jednak czekać na jego powrót w odpowiedniej odległości. Poszczególne osoby sprawdza się z reguły tylko raz, ponieważ fale mózgowe człowieka są jak linie papilarne. Ich wzorce wprowadzane są do przekaźnika telepatycznego, który wie dzięki temu od razu, jakiego rodzaju osoba towarzyszy łącznikowi. Czasami osoby badane wcześniej poddawane są ponownej kontroli, kiedy zachodzi podejrzenie zmiany ich nastawienia.

Kiedy za łącznikiem udającym się na spotkanie podążają skrycie nie­znane osoby lub któraś z osób mu towarzyszących nie budzi zaufania, wówczas istoty pozaziemskie odwołują spotkanie lub przenoszą je w inne miejsce. Jeżeli jednak towarzyszą mu osoby przyjaźnie usposobione, wów­czas kontakt z nim jest podejmowany.

3.  Co widzą i słyszą osoby towarzyszące?

Chociaż Plejadanie starają się ukrywać swoją obecność, to jednak od czasu o czasu można usłyszeć odgłos ich statku podczas lądowania lub

116

startu, lecz tylko w chwilach wyłączenia ekranu ochronnego. Czasami można go również w tych momentach dostrzec. Najmniejsza odległość, z jakiej udało się je zaobserwować osobom postronnym, wynosiła 500 metrów. Lądujących nocą statków nie da się zauważyć, nawet jeżeli mają wyłączone ekrany ochronne, ponieważ przyziemiają się zwykle na leśnych polanach lub innych miejscach stanowiących naturalne kryjówki.

4.  Środki bezpieczeństwa stosowane podczas kontaktów

Zapobieganie jest lepsze niż leczenie — to powiedzenie ma zastosowanie również u Plejadan. Nic więc dziwnego, że przyziemiony statek otaczają dwa ekrany ochronne. Jak już wcześniej wspomniałem, ekran zewnętrzny rozpościera się w odległości około 500 metrów od statku i sprawia, że osoba zmierzająca w jego kierunku — świadomie lub nie — zmuszona jest krążyć wokół niego, nie mogąc się w żaden sposób przedrzeć przez tę niewidoczną i niewyczuwalną barierę.

Drugi ekran, wewnętrzny, rozpościera się w odległości około 100 met­rów od statku i stanowi dodatkowe, jeszcze skuteczniejsze, zabezpieczenie, w przypadku gdyby komuś udało się przeniknąć przez ekran zewnętrzny. Jest niczym niewidoczny mur i jest nie do sforsowania nawet przy użyciu ogromnej siły. Wystrzeliwane w jego kierunku różnego rodzaju pociski wnikają weń najdalej na głębokość 30 metrów, po czym są odrzucane z powrotem, jak gdyby odbijały się od gumowej ściany.

Statki Plejadan wyposażone są również w specjalne ekrany ochronne chroniące je przed wybuchami bomb jądrowych.

Statki te są w stanie latać również całkowicie bezdźwięcznie oraz być całkowicie niewykrywalne przez jakiekolwiek ziemskie urządzenia lokali­zacyjne, jeżeli wokół nich włączone są odpowiednie ekrany ochronne.

5.  W jakim języku prowadzone są rozmowy podczas kontaktów?

Wszystkie rozmowy Billy'ego z jego pozaziemskimi przyjaciółmi pro­wadzone są w języku niemieckim i to niezależnie od tego, czy jego partner zna ten język, czy nie. Nieznajomość tego języka przez któregokolwiek z Plejadan nie jest żadną przeszkodą w porozumiewaniu się z nim, ponieważ w takich sytuacjach używają oni translatora. To urządzenie tłumaczące umożliwia bezbłędne porozumiewanie się w języku niemiecku lub każdym innym, pod warunkiem że w jego pamięci zakodowane są odpowiednie dane. Ma ono wielkość paczki papierosów i może być noszone przy pasku. Działa bez zarzutu, dzięki czemu jego użytkownik może się skutecznie

117

komunikować w dowolnym języku, o którym nie ma nawet zielonego pojęcia.

6. Przekazywanie zapisów rozmów

Większość rozmów, które Billy prowadził z Plejadanami i ich sprzymie­rzeńcami, a także innymi formami bytu, zarówno osobiście, jak i telepatycz-nie — począwszy od 28 stycznia 1975 roku do chwili obecnej — zebranych jest w tak zwanych Sprawozdaniach ze spotkań. Pominięto w nich tylko te, które nie są przeznaczone do wiadomości opinii publicznej, że względu na to, że dotyczą spraw wewnętrznych lub osobistych. Od 1978 roku są one drukowane i udostępniane szerszemu ogółowi.

Sposób, w jaki są sporządzane, jest bardzo nietypowy i nie ma swojego odpowiednika na naszej planecie. Każdy zapewne w tym miejscu pomyśli, że ustna rozmowa podczas osobistego kontaktu była nagrywana na jakimś urządzeniu magnetofonopodobnym, a następnie utrwalana dodatkowo w formie pisemnej. Nic z tych rzeczy. Aby zapewnić absolutną wierność, Plejadanie używają przyrządu przekazującego, który z materialnej pod­świadomości pozaziemskiego partnera rozmowy wywołuje dokładną jej treść i następnie przekazuje ją telepatycznie Billy'emu. Aparatura ta przekazywała mu owe telepatyczne impulsy tylko wtedy, gdy pozaziemski partner, z którym prowadził wcześniej rozmowę, znajdował się w jego pobliżu, w związku z czym stale musiał przestrzegać rozkładu zajęć istot pozaziemskich.

Nieco później Quetzal skonstruował znacznie lepsze urządzenie przekaź­nikowe, które pozwalało Billy'emu rejestrować rozmowy niezależnie od obecności jego partnerów w jego bliskim sąsiedztwie. Nie muszę chyba wyjaśniać, że było to znaczące usprawnienie, gdyż Billy mógł teraz w do­wolnym momencie wywoływać z ich pamięci zgromadzone w nich treści rozmów, niczym z pamięci komputera, niezależnie od tego, czy mieli oni w danym momencie czas, czy nie.

Przesyłane telepatycznie impulsy Billy odbierał początkowo w formie obrazów, które następnie tłumaczył na zwykły język i zapisywał na maszy­nie do pisania. Początkowo używał do tego celu zwykłej maszyny mechani­cznej, ale później otrzymał elektroniczną i „przesiadł" się na nią. Właśnie wtedy Quetzal dokonał kilku zmian w urządzeniu przekaźnikowym oraz maszynie. Od tego momentu prędkość przekazu telepatycznego mogła być zwiększana lub zmniejszana w zależności od woli Billy'ego. Wraz z tym usprawnieniem jego wydajność wzrosła do 100 procent, co oznacza, że mógł pisać z prędkością, na jaką pozwalała konstrukcja maszyny. Szybkość,

118

z jaką pisał, dochodziła do 1200 uderzeń na minutę (20 na sekundę) i to palcami jednej ręki, co z całą pewnością kwalifikuje go do zapisu w Księdze Rekordów Guinessa! To niezwykłe tempo pisania było możliwe dzięki wspaniałemu urządzeniu skonstruowanemu przez Quetzala. Poza tym nale­ży zauważyć, że Billy nie pisze, tak jak się to robi normalnie, gdyż kryje się za tym pewien trik polegający na tym, że cały ten proces znajduje się pod kontrolą materialnej podświadomości, która zgodnie ze swoją naturą reagu­je znacznie szybciej niż świadomość materialna. To ona steruje ruchami palców podczas pisania. Ten superszybki sposób pisania ma jednak również dość istotne wady. Zdaniem Quetzala l minuta telepatycznego przekazu i pisania na maszynie odpowiada 23 minutom normalnego pisania z udzia­łem świadomości, czyli ł godzina — 23 godzinom. Przeciętny człowiek nie byłby w stanie znieść tak ogromnego wysiłku, lecz w przypadku Billy'ego nie jest to problemem ze względu na jego ogromne zdolności regeneracyjne. Wypowiadając się na ten temat, Quetzal powiedział:

- Tak intensywna praca niszczy nie tylko system nerwowy, lecz również siły fizyczne i psychiczne, czego objawem jest silne zmęczenie, apatia, zmiana karnacji oraz marszczenie się skóry na twarzy. Bardzo często, zwłaszcza w przypadku bardzo długiego przekazu, po około 2 godzi­nach mogą pojawić się objawy wycieńczenia.

Prawdziwość   tej   wypowiedzi   może   poświadczyć   wielu   świadków - przede wszystkim członkowie rodziny Billy'ego.

Ze względu na nadwyrężenie jego zdrowia 31 października 1984 roku musiano przerwać normalne przekazywanie rozmów, które wznowiono dopiero po pięciu latach, 17 listopada 1989 roku, kiedy jego stan znacznie się poprawił. W międzyczasie Billy rejestrował je jedynie sporadycznie.

Obecnie rejestrowanie jego rozmów odbywa się jednak z pewnym ograniczeniem, to znaczy bez owego dodatkowego urządzenia przy maszy­nie do pisania.

7. Dlaczego teksty przekazywane telepatycznie zawierają nawyki językowe Billy'ego?

Odpowiedź na to często stawiane pytanie znajduje się w poniższej wypowiedzi Quetzala:

- Rozmowy ze spotkań przekazywane są Billy'emu w postaci symboli, które tłumaczy on następnie na język niemiecki, co sprawia, że każdy taki zapis przesiąknięty jest jego stylem wypowiedzi.

Gdy pozaziemska istota wypowiada na przykład zdanie: „Zdarzenie to było, przed wieloma laty które się rozegrało" — to w tłumaczeniu Billy'ego

119

brzmi ono: „Było to zdarzenie, które rozegrało się przez wieloma laty". Ten przykład pokazuje, że w trakcie przekładu nigdy nie można oddać dosłowne­go znaczenia danego słowa bądź zwrotu. Przekład z jednego języka na inny oznacza logiczne przekształcanie słowa lub zdania, to znaczy przekształca-nie-tłumaczenie pojęciowe. Właśnie na tym polega praca Billy'ego jako translatora. Jej należyte wykonywanie jest możliwe tylko dzięki temu, że posiada on logicznie myślący umysł i właściwie rozpoznaje fakty i zdarzenia.

8.  Mechanizmy niszczące

Wybierając się w podróż Plejadanie zabierają ze sobą różne narzędzia i przedmioty. Niektóre z nich pozostawione na planetach zamieszkałych przez istoty stojące na niższym poziomie rozwoju mogłyby stanowić dla nich zagrożenie, w związku z czym wszystkie one wyposażone są w mecha­nizm niszczący.

Jeżeli podczas ich pobytu na przykład na Ziemi trafią one w niepowołane ręce lub po prostu zginą, wówczas zainstalowane w nich specjalne mechani­zmy spalają je na popiół. Ich zapłon jest włączany zdalnie przez tak zwane nośniki impulsów. Powód instalowania tych urządzeń zabezpieczających jest bardzo prosty. Chodzi mianowicie o to, aby te przedmioty nie trafiły do rąk przedstawicieli cywilizacji stojących na niższym poziomie rozwoju ewolucyjnego, gdyż posługiwanie się nimi mogłoby być dla nich tragiczne w skutkach.

Ewolucja ludzkości i innych cywilizacji nie powinna postępować zbyt szybko, gdyż mogłoby to doprowadzić do pominięcia bardzo istotnych jej etapów. Można to porównać na przykład do próby przeskoczenia przez ucznia jakiegoś okresu nauki, co z cala pewnością przyniosłoby szkodę dla całej jego edukacji. My, Ziemianie, powinniśmy być szczególnie wyczuleni na wszelkie nowe wynalazki ze względu na naszą skłonność do wykorzys­tywania ich w pierwszej kolejności do celów wojennych. Mając to na uwadze, nietrudno zrozumieć intencje Plejadan, aby nie udostępniać nam i innym prymitywnym cywilizacjom swoich zaawansowanych narzędzi.

Większość urządzeń wyposażonych w mechanizm niszczący wykonana jest z tworzyw sztucznych jak na przykład urządzenie ostrzegawcze.

9.  Urządzenie ostrzegawcze

Oto fragment 62 rozmowy Billy'ego z Semjase:

BILLY: Co to za biała rzecz?

120

SEMJASE: To urządzenie ostrzegawcze.

BILLY: To znaczy...?

SEMJASE: Jest to urządzenie, które cichym dźwiękiem sygnalizuje nam, że ktoś się do nas zbliża.

BILLY: Domyślam się, że jeśli je zgubisz, to jesteś załatwiona, tak?

SEMJASE: W żadnym wypadku, ponieważ zawsze mamy przy sobie drugie, o tutaj w pasie... widzisz?

BILLY: W porządku, zażyłaś mnie. Czy mogłabyś mi pokazać, jak je niszczysz?

SEMJASE: Oczywiście, jeżeli to ma posłużyć poszerzeniu twojej wie­dzy. Spójrz, rzucam je na ziemię... stań tutaj z boku! A teraz tu... widzisz ten pas... jeśli przyciśniesz te przyciski, to urządzenie ostrzegawcze spali się samoistnie zmieniając się w brejowatą brunatnoczarną masę. Patrz na nie i naciśnij te dwa przyciski.

BILLY: [Naciskając je] Bajeczne. Ta rzecz faktycznie się pali. Czy naprawdę zamieni się w popiół?

SEMJASE: Oczywiście!

BILLY: Czy mogę dostać te resztki? Chciałbym je poddać analizie.

SEMJASE: Oczywiście, ale potem zniszcz wszystko. Jednak nie dotykaj tego przed upływem półtorej godziny, ponieważ przez ten czas działa jeszcze promieniowanie niszczące.

BILLY: W porządku. Czy nie boisz się, że nasi naukowcy mogliby znaleźć w tej pozostałości coś ważnego?

SEMJASE: Takie prawdopodobieństwo jest znikome. To tworzywo, to znaczy jego skład, nie jest znane na Ziemi. Musimy się już pożegnać, właśnie słyszę na ulicy czyjeś głosy.

BILLY: Zdaje mi się, że i ja je słyszę. Cześć i wracaj jak najprędzej.

SEMJASE: Postaram się. Powodzenia, przyjacielu, i pozdrów wszyst­kich ode mnie.

Podobnie jak w przekaźniku telepatycznym również w tym urządzeniu można zakodować wzorce fal mózgowych zaprzyjaźnionych osób. Osoby, które się do nich zbliżały, zostały właśnie zidentyfikowane jako przyjaciele.

10. Kontakty telepatyczne

Oprócz kontaktów osobistych między Billym i jego pozaziemskimi przyjaciółmi od czasu do czasu mają również miejsce rozmowy za pośred­nictwem telepatii, lecz nie tej zwykłej, ale duchowej, która jest znacznie trudniejsza. Obecnie na Ziemi potrafi się nią posługiwać bardzo niewielu

121

ludzi, którzy jednak nie ujawniają nikomu tej umiejętności. Nic więc dziwnego, że opanowanie tej skomplikowanej formy komunikacji zabrało Billy'emu kilkanaście lat, to znaczy przypomnienie jej z poprzednich inkarnacji.

Do prowadzenia telepatii duchowej niezbędna jest nadzwyczajna kon­centracja, dlatego też Billy zawsze w takiej sytuacji zaszywa się w swoim gabinecie, aby tam oddawać się jej w spokoju i skupieniu. Co ciekawe, absolutnie nie przeszkadza mu w tym muzyka płynąca z radia, nawet głośna, natomiast inne rzeczy uważane normalnie za nie zakłócające spoko­ju, jak na przykład impulsy wysyłane przez ludzi, okazują się bardzo dokuczliwe. Gdy Billy prowadzi kontakt telepatyczny, na drzwiach jego gabinetu zawsze wisi tabliczka: „Proszę nie przeszkadzać". Hałasy o nor­malnym natężeniu zwykle nie przeszkadzają mu, ale gdy przekroczona zostanie określona granica, ich następstwa mogą być czasami niebezpiecz­ne. Na przykład gdy dziecko zastuka w drzwi gabinetu jakimś twardym przedmiotem. Takie zakłócenie wywołuje zwykle przerwę w pracy, ale nie tylko. Pamiętam, jak pewnego dnia Billy wybiegł ze swojego gabinetu jak poparzony uskarżając się na niesamowity ból głowy. Musiał oczywiście natychmiast przerwać kontakt. Jego niedyspozycja trwała przez dwa dni, aż do chwili ustąpienia tego dokuczliwego bólu.

Jak już wspomniałem, inicjatywa przeprowadzenia spotkania z reguły wychodzi od istot pozaziemskich, lecz jak od każdej reguły również i tutaj istnieją odstępstwa i w szczególnych przypadkach inicjatorem może być Billy. Na przykład swego czasu często zastanawialiśmy się nad zorganizo­waniem uniwersytetu dochodząc w naszych rozważaniach do dość dziw­nych wniosków. Nękałem Billy'ego tym problemem przez wiele dni, aż w końcu złamałem go. W niedzielne popołudnie 21 marca 1981 roku postanowił telepatycznie zaaranżować osobisty kontakt z Semjase. Udało mu się od razu i jeszcze tego samego wieczora spotkali się. Wróciwszy ze spotkania z nią odszukał mnie i pokazał mi wykonany własnoręcznie szkic. Moje nagabywanie opłaciło się. Rezultat przeszedł moje oczekiwania. Informacje uzyskane od Semjase wprawiły nas w zdziwienie, przekonując, że nieskończona jest potęga Kreacji! Do dzisiaj czuję zadowolenie, że mi, „ziemskiemu robakowi", dane było dostąpienie zaszczytu skosztowania napoju z kielicha wiedzy. (Patrz „Telepatia duchowa").

11. Inspiracje

Poza kontaktami osobistymi i telepatycznymi Billy otrzymuje ponadto inspiracje od bardzo wysoko rozwiniętych form bytu z poziomu Arahat Athersaty i Petale. Komunikacja z nimi odbywa się tylko jednostronnie, jak

122

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADh]

Rękopis posłania pochodzącego od wysoko rozwiniętych form duchowych spisany podczas przekazu medialnego.

123

ruch na ulicy jednokierunkowej, to znaczy, Billy odbiera informacje nie mogąc nic przekazać w drugą stronę. Nie może więc nawiązywać z nimi kontaktu myślowego i zadawać im jakichkolwiek pytań. Nawet sami Plejadanie nie są w stanie tego robić. Muszą w tym celu za każdym razem zwracać się do Wysokiej Rady składającej się z istot półmaterialnych-półduchowych, które mogą się kontaktować z duchowymi formami bytu.

Przekaz inspiracji następuje za pośrednictwem telepatii duchowej. Billy spisuje je własnoręcznie, przy czym jego ręka prowadzona jest automatycz­nie bez udziału jego świadomości. Zapis taki wolny jest od jakichkolwiek błędów merytorycznych, pomijając występujące w nim niekiedy błędy ortograficzne. Czasami zapis taki wykazuje pewną charakterystyczną cechę, którą jest występowanie w nim kilku różnych charakterów pisma, jak gdyby pisany był przez różne osoby. Często różnią się one nawet od własnego charakteru pisma Billy'ego.

Zdaniem Ptaaha przekazy inspiracji są bardzo wyczerpujące i człowiek potrzebuje tygodni, a nawet miesięcy, aby móc podjąć nowy kontakt. Normalny człowiek nie byłby w stanie znieść takiego wysiłku i mógłby nawet umrzeć wskutek wycieńczenia.

Billy musiał także wprowadzić długie przerwy między tymi przekazami, mimo iż jest zdolny do szybkiej regeneracji sił. Inspiracje tych form duchowych mogą odbierać tylko specjalnie wyszkoleni ludzie.

12. Dlaczego Plejadanie utrzymują kontakt tylko z Eduardem Albertem Meierem?

Jest to bardzo często stawiane pytanie i uważam je za bardzo ważne. Pragnę na wstępie zaznaczyć, że ów przywilej Billy'ego jest dla wielu osób cierniem w oku. Wśród tych ludzi jest wielu takich, którzy uważają, że to oni powinni mieć kontakty z Plejadanami. Ludzie ci ze zwykłej zawiści imają się różnych sposobów, aby oczernić Billy'ego i zająć jego miejsce.

Dawni członkowie jego grupy nie potrafią jakoś pojąć, że po prostu nie mają na to żadnych szans, chyba że w bardzo krótkim czasie dokonają ogromnych postępów w swoim rozwoju duchowym, do czego w gruncie rzeczy żaden normalny człowiek nie jest zdolny. Plejadanie jasno i wyraźnie dali do zrozumienia, że w najbliższych dziesięcioleciach nie będzie możliwy z nimi absolutnie żaden kontakt fizyczny. To, co robią w tej kwestii inne rasy pozaziemskie, jest wyłącznie ich sprawą i nie jest tematem moich rozważań.

Również i tutaj mają miejsce odstępstwa. Do tych bardzo nielicznych wyjątków zaliczają się osoby, które dawniej były nauczycielami Billy'ego.

124

Właśnie z nimi Plejadanie utrzymywali dawniej kontakty, które obecnie nie są już kontynuowane.

Pomijając te wyjątki, Billy jest obecnie jedynym człowiekiem na Ziemi, z którym Plejadanie utrzymują stały kontakt, bez względu na to, czy to się komuś podoba, czy nie. Poniżej przedstawiam najistotniejsze powody, dla których jedynie on może kontaktować się z Plejadanami. Pochodzą one od Semjase, ja zaś je tylko zebrałem i uzupełniłem.

1.  Nawiązując kontakt z Ziemianami, Plejadanie zawsze czynią to za zgodą Wysokiej Rady. Mogliby co prawda zgodnie z zasadą wolnej woli nie konsultować tego z nią, niemniej przestrzegają tej reguły.

2.  Doświadczenie uczy, że zbyt duża grupa ludzi, z którymi utrzymywany jest kontakt, jest niewskazana, gdyż taki układ zawsze rodzi rywalizację, która przynosi w rezultacie więcej szkód niż korzyści, jak w przysłowiu: „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść".

3.  Plejadanie oraz ich lirańscy przodkowie już od zamierzchłych czasów byli nauczycielami Ziemian i zawsze kierowali się powyższą zasadą wybierając do swoich misji najodpowiedniejszych ludzi. Wybór Bil-ly'ego nie był przypadkowy, ponieważ inkarnując po raz pierwszy na Ziemi przed tysiącami lat pełnił już on podobną misję. Tak jak poprzednim razem również i teraz był to jego wolny wybór, lecz dokonał go dopiero po tym, jak go o to poproszono, a nie z powodu jakiegoś  własnego  pragnienia,  bowiem  nie  chodzi  tu  o  czerpanie przyjemności, sławę czy innego rodzaju popularność, ale o niesienie pomocy, spełnienie powinności spoczywającej na każdej wyżej roz­winiętej formie życia.

4.  Biorąc pod uwagę wysoki poziom ewolucji Plejadan, nietrudno zro­zumieć, dlaczego utrzymują oni kontakty tylko z ludźmi, którzy spełniają wszelkie niezbędne wymagania. Właśnie Billy dzięki swoim misjom we wcześniejszych inkarnacjach oraz własnym poszukiwaniom, jak również naukom pozaziemskich przyjaciół osiągnął odpowiednio wysoki stopień rozwoju,  który jest absolutnie niezbędny do skutecznej  współpracy z Plejadanami. Na przekór wszystkim stwierdzeniom degradującym go do poziomu przeciętnego niewykształconego farmera z głębokiej głuszy, to właśnie on osiągnął spośród mieszkańców Ziemi najwyższy poziom ewolucji. Oczywiście nie chodzi tu o wiedzę materialną, jaką zdobywa­my w szkołach i z książek. Ta wiedza nie wystarczyłaby do spełnienia jego zadania. Chodzi tu o inne umiejętności, którymi łącznik taki jak on musi koniecznie dysponować. Należy do nich przede wszystkim sztuka telepatii duchowej, umiejętność kontrolowania własnych myśli i niewy-

125

syłania do otoczenia negatywnych odczuć, wibracji etc. Ponadto absolut­na wiarygodność i gotowość dochowywania tajemnicy. I na koniec bardzo ważna umiejętność polegająca na przyjmowaniu z pokorą i od­pieraniu wszelkich ataków i pomówień.

5. Ostatnim i bardzo ważnym powodem są wibracje emanowane przez Plejadan, które mogą wywoływać następujące skutki:

a)  Wywieranie poprzez swoją intensywność silnego wpływu na ludzi poszukujących prawdy. Osoby poddane ich działaniu stają się bardzo wrażliwe i całkowicie poświęcają się swoim poszukiwaniom, nie bacząc na straty, jakie często ponoszą z tego tytułu, co w naszym zmaterializowanym świecie czyni je wręcz kalekami niezdolnymi do normalnego życia.

b)  Wchodząc bez odpowiedniego zabezpieczenia w obszar wibracji zwykłego Ziemianina Plejadanie doznają uczucia apatii i przemoż­nego strachu. Wynikiem tego jest ich irracjonalne i nie kontrolowane zachowanie. Znalazłszy się 15 grudnia 1977 roku w takiej sytuacji Semjase uległa w Centrum, w siedzibie FIGU, poważnemu wypad­kowi, którego następstwem był groźny uraz głowy. Z tego właśnie powodu Plejadanie muszą zabezpieczać się przed emanacjami Zie­mian, przebywając przede wszystkim wewnątrz swoich statków lub w dobrze ukrytych bazach na terenie Ziemi. Przebywając w bezpo­średniej bliskości człowieka, to jest w odległości poniżej 90 metrów, stosują specjalne urządzenia ochronne, które odpychają od nich nasze wibracje. Najmniejsze z tych urządzeń działa do odległości 0,5 metra i tylko przez 12 minut. Najdłuższy czas działania tego typu urządze­nia wynosi około 3 godzin, lecz ma ono wielkość sporej walizki.

W tym miejscu nasuwa się pytanie, w jaki sposób Plejadanie znoszą wibracje Billy'ego i to bez żadnych zabezpieczeń. Odpowiedź na to jest bardzo prosta i wiąże się z jego wyższym poziomem rozwoju duchowe­go, dzięki któremu potrafi on je kontrolować. Z drugiej strony również dzięki niemu Billy może bez żadnej szkody dla siebie znosić silniejsze od swoich wibracje Plejadan, jak również znacznie słabsze pozostałych Ziemian.

13. Telepatia zwykła

Najprostszą formą telepatii, tak zwaną zwykłą, jest przekazywanie myśli. Ma ona u nas, Ziemian, coraz szersze zastosowanie. W przeciwieństwie do

126

telepatii duchowej przebiega ona w warstwie materialnej naszego umysłu i dlatego jest znacznie prostsza. Polega na tym, że nadawca przesyła odbiorcy strumień myśli w formie zdań i słów. Ów strumień fal odbiorca wychwytuje muszlami usznymi, które pełnią rolę anteny. Brzmi to niewia­rygodnie, ale tak jest!

Ów strumień fal myślowych posiada tak wysoką częstotliwość drgań, że żadne obecnie istniejące urządzenie techniczne nie jest w stanie go wyłapać. Ale człowiek jest do tego zdolny, o ile wykształci w sobie tę umiejętność. Często słysząc taki głos w swojej głowie przypuszcza z powodu swojej ignorancji, że to jakiś jego własny wewnętrzny głos dobywający się z podświadomości, co oczywiście nie jest prawdą. Po prostu człowiek taki odbiera czyjeś myśli, nie wiedząc, kto jest ich nadawcą.

Strumienie fal myślowych są dla naszego nie wyćwiczonego ucha co prawda niesłyszalne, lecz istnieją rzeczywiście. Różnica między przekazem akustycznym a telepatycznym polega na tym, że głos akustyczny odbierany jest przez świadomość materialną, a głos telepatyczny przez materialną podświadomość.

14. Telepatia duchowa

Telepatia duchowa, jak już jej sama nazwa mówi, ma charakter czysto duchowy, w związku z czym posiada nieograniczony zasięg. Jest w pewnym sensie uniwersalnym językiem umożliwiającym porozumiewanie się na nieskończenie duże odległości wewnątrz naszego wszechświata. Jej prze­bieg przedstawia się w uproszczeniu następująco.

Na początku każdy duchowy przekaz telepatyczny poprzedzony jest wysłaniem osobistego kodu odbiorcy, który umożliwia nadawcy połączenie się z nim. Jeżeli odbiorca jest gotowy do dialogu, wówczas nadawca przesyła swoje myśli z materialnej świadomości do materialnej podświado­mości, która przekształca je następnie na symboliczne obrazy i wysyła do odbiorcy w postaci elektromagnetycznych impulsów przemieszczających się z prędkością wielokrotnie przekraczająca prędkość światła. Dotarłszy do podświadomości odbiorcy impulsy te są z powrotem przekształcane na symboliczne obrazy i przekazywane dalej do materialnej świadomości, która z kolei przekłada je na normalny język.

Pewna część tych impulsów odbierana jest w korze mózgowej jako szept, który jako niesłyszalne słowa wnika do materialnej świadomości. Ta praktykowana przez Plejadan forma telepatii opiera się na 50,2 miliona symbolicznych znaków. Kto opanował ten uniwersalny język, może się swobodnie porozumiewać w całym wszechświecie, to znaczy z tymi form-

127

ami życia, które znają go również. Jest to w sumie bardzo skomplikowany proces. Jedynym utrudnieniem w tego rodzaju komunikacji jest duchowa bloka­da, którą wytwarza wokół siebie człowiek.

15. Teletransmisja

Kiedy osoby lub przedmioty znikają nagle z pola widzenia, po czym po jakimś czasie ponownie pojawiają się w tym samym lub innym miejscu, wówczas mamy do czynienia z teletransmisją lub teleportacją.

Teletransmisja nazywana często teleportacją bardzo obrazowo przed­stawiona została w znanym filmie science-fiction Star Trek: The Motion Picture (Gwiezdna wędrówka Film).

15.1. Teletransmisja kontrolowana

Teletransmisja kontrolowana to świadome superszybkie przemieszczanie ciał żywych istot, statków kosmicznych etc. z jednego miejsca na drugie poprzez ich dematerializację i rematerializację za pomocą maszyny teletran­smisyjnej z wykorzystaniem energii naturalnych i sztucznych. (Patrz pod­rozdział „Dematerializacja i rematerializacja").

Przykłady:

a)  Jest to często stosowana przez istoty pozaziemskie metoda kontaktowa­nia się. Przy jej pomocy istoty pozaziemskie często przesyłały swoje ciała oraz ciało Billy'ego z pokładu statku w wybrane miejsce i odwrotnie.

b)  Metoda ta wykorzystywana jest również do przemieszczania różnych przedmiotów. Kilka lat temu Quetzal przetransportował przy jej pomocy worek ziemniaków z Plejad do gabinetu Billy'ego.

c)  Ziemskim przykładem tego typu metody przemieszczania przedmiotów i ciał żywych istot mógłby być osławiony „eksperyment filadelfijski". Nie ma jednak absolutnej pewności, czy miał on rzeczywiście miejsce. Według krążących na ten temat informacji statek amerykańskiej floty wojennej U.S.S. Eldridge został w 1943 roku rzekomo na oczach wielu świadków zdematerializowany w Filadelfii, po czym w chwilę potem pojawił się 640 kilometrów dalej w Norfolk, a następnie ponownie w Filadelfii. Większość załogi rzekomo zaginęła, a ci którzy przeżyli, podobno postradali zmysły i wkrótce potem zmarli.

15.2. Teletransmisja nie kontrolowana

Teletransmisja nie kontrolowana to superszybkie przemieszczenie dane­go obiektu z jednego miejsca na drugie poprzez jego dematerializację

128

i rematerializację za pomocą energii naturalnych lub sztucznych nie wywo­ływane świadomym działaniem ludzkich form życia. Może być ona spowo­dowana przez:

a)  eksplozje, sztormy elektromagnetyczne (bardzo często) powstające we wszechświecie oraz wybuchy na słońcu;

b)  powstawanie dziur w ziemi, jak to miało miejsce w lipcu 1977 roku w Trójkącie Bermudzkim, na Madagaskarze oraz Morzu Japońskim.

16. Teleportacją

Istnieją dwa rodzaje teleportacji — materialna i duchowa.

16.1.  Teleportacją materialna

Teleportacją materialna to superszybkie przemieszczanie ciał żywych istot, przedmiotów etc. z jednego miejsca na drugie poprzez ich demateriali­zację i rematerializację za pomocą materialnych sił świadomości, czyli bez użycia środków technicznych. Może być ona wywołana świadomie za pomocą świadomości materialnej lub podświadomie za pomocą podświado­mości materialnej.

Przykłady teleportacji materialnej wywołanej przez podświadomość:

a)  Pewien mieszkaniec Afryki znalazł się swego czasu w stanie silnego zagrożenia ze strony lwa. Będąc przerażonym do szpiku kości zapragnął znaleźć  w tym momencie  przed  swoją chatą we wsi.  To  uczucie niezwykle silnego strachu sprawiło, że jego życzenie ziściło się i po chwili znalazł się w rodzinnej wiosce, która oddalona była o 3000 kilometrów od miejsca zdarzenia. Skutkiem ubocznym tego zdarzenia było całkowite osiwienie jego włosów, które nastąpiło w ciągu zaledwie jednej nocy.

b)  Teleportacją Kalliopy (żony Billy'ego) w Grecji. Pewnego dnia udała się razem ze swoją klasą na zwiedzanie katakumb. W pewnej chwili dotarli w podziemiach do grobowca pewnego świętego. Każda z uczennic przechodząc obok jego grobu miała pocałować szklaną pokrywę. Gdy przyszła kolej na Kalliopę, nagle ni stąd, ni zowąd znalazła się w ogro­dzie przed drzwiami kościoła. Jak to się stało? Otóż, silna niechęć przed pocałowaniem nagrobka wyzwoliła w jej materialnej podświadomości siły, które przeniosły ją w ułamku sekundy przed drzwi kościoła.

16.2.  Teleportacją duchowa

Teleportacją duchowa to świadome superszybkie przemieszczenie ciała żywej istoty z jednego miejsca na drugie poprzez jego dematerializację

129

i rematerializację za pomocą duchowych sił świadomości, czyli bez użycia środków technicznych.

Są ludzie, którzy potrafią teleportować na duże odległości siebie samych, statki kosmiczne oraz inne większe od siebie przedmioty. Oznacza to, że znajdują się oni na bardzo wysokim poziomie rozwoju duchowego. Częściej jednak w przypadku tak dużych zadań ma miejsce jednoczenie się duchowe wielu form życia w tak zwany blok, co pozwala łatwiej je realizować.

17. Dematerializacja i rematerializacja

Ten z pozoru mistyczny proces dokonuje się w przypadku superszyb-kiego transportu ciał żywych istot lub obiektów materialnych z jednego miejsca na drugie podczas teletransmisji i teleportacji. Przebiega on w trzech etapach:

Pierwszy etap: w trakcie dematerializacji dany obiekt materialny błys­kawicznie przekształca się w substancję podstawową, to znaczy energię.

Drugi etap: powstała z danego obiektu energia tworzy spójny pakiet, którego przemieszczenie się z jednego miejsca na drugie odbywa się tak, jakby stanowił on nieprzenikliwy obiekt materialny, to znaczy, stanowi samodzielną i zwartą całość nie mieszającą się z innymi energiami otoczenia.

Trzeci etap: w trakcie rematerializacji obiekt zamieniony wcześniej w energię błyskawicznie przekształca się z powrotem ciało materialne.

Cały ten proces przebiega niewyobrażalnie szybko, niemal bez upływu czasu. Grube betonowe mury, stalowe ściany i inne przeszkody, a także olbrzymie odległości nie są dla niego jakimkolwiek utrudnieniem. Stosowa­ny jest bądź zachodzi podczas:

1.  teletransmisji kontrolowanej,

2.  teletransmisji nie kontrolowanej,

3.  teleportacji materialnej,

4.  teleportacji duchowej,

5.  podróży kosmicznych (pokonywanie odległości czasoprzestrzennych),

6.  podróży w czasie.

Proces ten przebiega błyskawicznie i automatycznie. Niemożliwa jest w trakcie jego trwania jakakolwiek korekta, dlatego też niezbędne jest jego bardzo precyzyjne zaprogramowanie, aby uniknąć ewentualnych katastrof.

Każde ciało posiada swój własny wzorzec strukturalny, dzięki któremu po jego rozkładzie na pakiet energii może ono zostać następnie precyzyjnie

130

zrematerializowane. Procesy przemiany w energię i jej ponownego prze­kształcenia w materię muszą być ze sobą zsynchronizowane w czasie. Jakiekolwiek błędy mogą spowodować, że na przykład osoba przemiesz­czająca się w czasie może stracić całkowitą orientację i zagubić się na zawsze w czasie i przestrzeni.

Należy wiedzieć, że nie jest to proces fizyczny, to znaczy odnoszący się wyłącznie do materialnej rzeczywistości, w związku z czym jego istotę można przedstawić jedynie w pewnym przybliżeniu i to posługując się analogiami do znanych zjawisk fizycznych. Proces dematerializacji i rema­terializacji nie oznacza jednak w żadnym przypadku jakiejkolwiek implozji lub eksplozji. Gdyby to była forma eksplozji, wówczas dany obiekt zostałby rozerwany na niezliczoną ilość części i bezpowrotnie zniszczony, gdyż jego zestawienie w całość nie byłoby możliwe.

Nie jest to więc ani eksplozja, ani implozja wytwarzająca próżnię. Problem w tym, że nie posiadamy jeszcze odpowiedniego aparatu pojęcio­wego, aby móc dokładnie i jasno wyjaśnić istotę tego zjawiska.

131

VII DZIENNE DEMONSTRACJE PLEJADAN

1. Statki kosmiczne i ślady ich lądowań

W kręgach urologicznych już od dawna wiadomo, że statki kosmiczne istot pozaziemskich od czasu do czasu lądują na ziemi i pozostawiają po sobie różne ślady. Mogą to być odciśnięte w gruncie ślady podpór, wypalo­na roślinność, połamane gałęzie, promieniowane etc.

Ślady takie stanowią doskonały dowód istnienia istot pozaziemskich, ponieważ można je badać metodami fizyczno-chemicznymi, czyli w sposób akceptowany przez świat nauki. Niekiedy przy ich pomocy udaje się nawet przekonać sceptyków, że takie odwiedziny są możliwe.

Pozaziemscy przyjaciele Billy'ego zadeklarowali chęć dostarczenia mu tego rodzaju dowodów. Właściwie rzecz biorąc Plejadanie nie mają zwycza­ju lądowania bezpośrednio na ziemi, nawet wtedy gdy załoga statku chce z niego wysiąść. Zwykle po przyziemieniu unosi się on cały czas tuż nad ziemią. Właśnie dlatego Erranie nie pozostawiają po sobie jakichkolwiek śladów.

Wiele śladów ich lądowań, które mogliśmy oglądać na Wyżynie Szwaj­carskiej w pobliżu Zurychu, powstało właśnie jako efekt ich świadomego działania, którego celem było dostarczenie nam owych dowodów.

Wygląd oraz struktura śladów lądowania zależą zasadniczo od systemu napędowego danego statku kosmicznego. Ślady w pobliżu Zurychu były dwojakiego rodzaju, które dla ich łatwiejszego rozróżniania nazwać będę w dalszej części śladami lądowania pierwszego i drugiego rodzaju.

132

1.1.  Ślady lądowania pierwszego rodzaju

(zdjęcia od 33 do 38)

Ślad lądowania pierwszego rodzaju pochodzi ze statku Menary, Jest to kolista powierzchnia o średnicy około 3,5 metra. (Menara jest ciemnoskórą kobietą z gwiazdozbioru Lutni należącą do jednej z najbardziej zaprzyjaź­nionych z Plejadanami ras, która w latach 1975-1986 przebywała na Ziemi często zastępując Semjase i Quetzala).

Latem 1976 roku na łące w pobliżu Hinwil (Ambitzgi) mieliśmy przyje­mność podziwiania dwóch śladów tego typu — jeden z nich pochodził ze statku Menary, drugi ze statku jej przyjaciółki Rali. Takie same ślady pokazał nam Billy 2 października 1976 roku przed drewnianą szopą w Blitterswil (w pobliżu Oberi Ebni, Juckern) po kontakcie, który prze­prowadził tego dnia późnym popołudniem. Chociaż były one jeszcze bardzo świeże, nie stwierdziliśmy wewnątrz nich żadnych oznak wypalenia trawy. Towarzyszący nam z licznikiem Geigera fizyk nie stwierdził również występowania wewnątrz oraz wokół nich jakiegokolwiek promieniowania. Nazajutrz w ich obrębie pojawiła się kolejna osobliwość, która polegała na tym, że cała ich powierzchnia roiła się od mrówek, których nie było poza nimi. Coś w tych śladach musiało je przywabić.

Tego samego rodzaju ślady zaobserwowano na parkingu przed domem Billy'ego w Hinterschmidrüti. Było to 23 listopada 1977 roku oraz 21 lutego 1978 roku. O tej porze roku ziemię pokrywała warstwa lodu grubości 10-12 centymetrów. Gorący strumień gazu wydobywający się ze statku Menary stopił ją na wylot na całej powierzchni śladu. Co ciekawe, ślad z 23 listopada 1977 roku powstał podczas krótkiej wizyty Menary trwającej zaledwie 10 minut, która miała miejsce w chwili, gdy żona Billy'ego, Kalliope, poszła zaprowadzić jedno z dzieci do pobliskiej szkoły. Oczywiś­cie ktoś mógłby zarzucić, że Billy zdążył w tym czasie mimo braku jednej ręki przetopić tę warstwę lodu na tej powierzchni. Jeśli ktoś sądzi, że to możliwe, niech sam spróbuje to zrobić z takim samym skutkiem.

1.2.  Ślady lądowania drugiego rodzaju

(zdjęcia od 39 do 46)

W różnych miejscach na łąkach w okolicy Hinwil (Betzholz, Baretswil, Wetzikon, Adelsriet, Ettenhausen), jak również Hinterschmidrüti można było zaobserwować ślady lądowania drugiego rodzaju pozostawione przez siedmiometrowy statek Plejadan pilotowany przez Semjase, Quetzala i Menarę.

Tak oryginalne ślady powstają podczas lądowania statku Plejadan, który osiada na 3 podporach z talerzowatymi łapami wysuwanych z dolnej części

133

powłoki. Podpory są tak rozmieszczone, że tworzą trójkąt równoboczny, zaś ich łapy mają kształt kół o średnicy około 2 metrów. Ich ogromne ślady w kształcie kolistych zawirowań przygiętej do ziemi wysokiej trawy wywo­łują szczególne wrażenie (w przypadku statku kosmicznego Semjase śred­nica śladów wynosiła prawie 2 metry, zaś Quetzala -- 1,80 metra).

Zwykle trawa zgnieciona przez silny wiatr po pewnym czasie podnosi się i rośnie dalej, jak gdyby nigdy nic. Jedynie złamane łodygi przebarwiają się i usychają. W przypadku tych śladów zaskakujące jest to, że pod wpływem ucisku wywartego przez spoczywający na ziemi statek trawa nie zostaje zgnieciona ani uszkodzona mechanicznie, a mimo to nie podnosi się już i dalej rośnie horyzontalnie nie zmieniając przy tym koloru.

Według naszych obserwacji przyciśnięta do ziemi podporami trawa leży ułożona poziomo całymi tygodniami, o ile oczywiście łąka nie zostanie w międzyczasie skoszona. Po tego rodzaju lądowaniu w rejonie Hinterschmid-rüti musiał minąć kwartał, zanim nowo wyrosła trawa pokryła przygniecioną.

Duże wrażenie wywarły na mnie podwójne ślady lądowania drugiego rodzaju pozostawione w czerwcu 1976 roku na małej polanie porośniętej wysoką trawą przez statki Semjase i Quetzała. W środku każdego z obu obszarów zajmowanych przez potrójny zestaw kolistych śladów znajdowało się wydeptane miejsce, od którego prowadziła wąska ścieżka skręcająca na południowy skraj polany. Według Billy'ego w tamtych miejscach wysiedli ze swoich statków jego pozaziemscy przyjaciele. Dokładne pomiary odcis­ków stóp Quetzala i siostry Semjase, Pleji, wykazały, że ich stopy miały długość odpowiednio 30 i 26 centymetrów. Jak nam powiedział Billy, Pieją chciała wówczas koniecznie przejechać się jego motorowerem. Wysłuchaw­szy jego wskazówek wsiadła nań i odbyła krótką przejażdżkę, która sprawi­ła jej dużą przyjemność.

Na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o pewnym śladzie położonym na skraju lasu w odległości około 100 metrów poniżej siedziby Centrum w Hinterschmidruti, który zaobserwowaliśmy 15 czerwca 1980 roku. Nigdy przedtem takiego nie widzieliśmy. Wyglądał, jakby przez tamto miejsce przeszła trąba powietrzna. Billy wyjaśnił nam, że został on zrobiony przez statek Semjase, który lądował tam podczas silnej burzy. Z uwagi na pogarszające się warunki atmosferyczne statek został otoczony energetycz­nym ekranem ochronnym. Dzięki niemu Semjase osiągnęła za jednym zamachem 3 cele: po pierwsze, żadna z postronnych osób nie zauważyła lądującego pojazdu; po drugie, ekran chronił statek niczym parasol przed padającym deszczem i, po trzecie, załoga statku czuła się wewnątrz niego jak w klatce Faradaya, to znaczy całkowicie bezpiecznie mimo szalejącej wokół burzy.

134

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADi]

Szkic Hansa Schutzbacha przedstawiający rozmieszczenie śladów pozo­stawionych w czerwcu 1976 roku przez statki Semjase i Ouetzala.

 

Semjase zaprezentowała wówczas ponadto Billy'emu pewną niezwykłą sztuczkę. Półżartem zapytała go, czy nie chciałby wyjść ze statku. Nieco zdziwiony odrzekł jej, że właściwie nie bardzo mu się uśmiecha chodzenie po mokrej trawie, a poza tym nie jest do tego odpowiednio ubrany (miał na sobie domowe ubranie i sandały). Stało się tak dlatego, że na pokład statku został zabrany ze swojego gabinetu przy pomocy teletransmitera. Semjase odparła na to: „To żaden problem, przyjacielu, jedną chwilę". I wtedy ku jego ogromnemu zaskoczeniu w ciągu kilku sekund zamieniła pełną wody glebę w zupełnie suchą, która wyglądała po tym zabiegu, jakby przez dłuższy czas wystawiona była na działanie promieni słonecznych. Następnie

135

powiedziała mu, aby przespacerował się po niej i sam przekonał się o tej nagłej zmianie. Kiedy stanął na trawie, powiedział zdziwiony:

-  Och, jak fantastycznie, wszystko jest zupełnie suche.

Pragnę ponadto dodać, że wszystkie wymienione ślady lądowań widziało wielu świadków i że część z nich została nawet sfotografowana, również przeze mnie.

Wyjaśniona została również zagadka rosnącej poziomo trawy w miejscu lądowań. Okazało się, że jest to efekt działania napędu antygrawitacyjnego używanego podczas operacji przeprowadzanych w pobliżu powierzchni planet, w który wyposażone są statki Plejadan.

1.3. Relacja ze zdarzenia w dniu 15 czerwca 1980 roku

(zdjęcia od 44 do 46 relacja Herberta Runkeld) W nocy z soboty na niedzielę 15 czerwca 1980 roku siedziałem razem z Billym (Eduardem Meierem) w kuchni i pijąc kawę roz­mawiałem z nim na różne tematy. Tuż przed północą Billy przerwał naszą rozmowę i na jego twarzy ujrzałem znany mi już uśmiech.

—  Stało się coś? — spytałem.

-  Nie, nic takiego - - odrzekł. - - Dzisiaj w nocy będę miał jeszcze gości.

- W taką psią pogodę — odparłem. — To może być nawet zabawne. Biłly wzruszył ramionami i wróciliśmy do przerwanej rozmowy, jak gdyby nic się nie stało. Następnie zaparzył świeżą kawę i spojrzał na zegarek, jakby się gdzieś wybierał.

—  Włóż coś odpowiedniego, bo zmokniesz — powiedziałem.

Tak też będzie dobrze — odrzekł, po czym pożegnał się ze mną i wyszedł z kuchni.

Po paru minutach wyszedłem na podwórze. Na niebie rozgrywał się niezwykły spektakl -- błyskawice jedna po drugiej rozjaśniały nisko zwisające, ciężkie chmury, z których padał tak ulewny deszcz, jakby nastąpiło ich oberwanie. Zapaliłem papierosa i obserwowałem z zaciekawieniem ten rzadki spektakl przyrody. Po niejakim czasie wróciłem do kuchni i z napięciem czekałem na powrót Billy'ego.

Po ponad godzinie otworzyły się drzwi do kuchni i Billy wszedł do środka. Był ubrany tak samo, jak w chwili gdy z niej wyszedł — miał na sobie jasne letnie spodnie, koszulę i sandały. „To niemożliwe"

- pomyślałem — „jak mógł pójść na miejsce spotkania nie moknąc ani trochę po drodze". Pozdrowił mnie i poprosił o filiżankę kawy.

—  Przekazuję ci serdeczne pozdrowienia — powiedział siadając przy stole. — Jutro musimy coś sfotografować.

136

-  Co mamy sfotografować? — spytałem zaintrygowany.

-  Semjase wylądowała swoim statkiem na ziemi i myślę, że będzie tam kilka dobrych śladów.

-  W taki deszcz, to niemożliwe - - odrzekłem. - - Na wszelki wypadek jednak pójdę tam zaraz po wschodzie słońca.

-  Możemy to zrobić razem — powiedział Billy i wypił kawę. Potem opowiedział mi jeszcze o kilku sprawach, które omawiał podczas kontaktu z Semjase.

Nawet przez chwilę nie myślałem o spaniu, w związku z czym rozmawialiśmy aż do świtu. Burza wkrótce oddaliła się i nad horyzon­tem zaświeciło słońce. Ubrani w gumowce udaliśmy się na miejsce, gdzie miały się znajdować ślady lądowania. Ziemia wkoło była mokra i śliska, zaś trawa przygnieciona do ziemi. Nagle z przodu ujrzeliśmy 3 koła o średnicy około 2 metrów. Trawa w ich obrębie była przygnieciona do ziemi spiralnie w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara od wewnątrz na zewnątrz.

Z miejsca zacząłem fotografować, mimo iż światło było jeszcze słabe.

Jak długo stał tutaj ten statek? — spytałem Billy'ego, który był również zajęty robieniem zdjęć.

Jakieś pół godziny, jak sądzę.

- Nieźle to wygląda — dodałem.

Słońce powoli wznosiło się na horyzoncie i warunki fotografowa­nia poprawiły się. Pierwsza klisza została już wypstrykana i włożyłem do aparatu następną. To było niesamowite, mimo iż już nieraz byłem świadkiem tego rodzaju zdarzenia.

Zrobione wówczas zdjęcia istnieją do dzisiaj i każdy, kto chce, może je obejrzeć.

Opisane tutaj ślady nie mają nic wspólnego z tak zwanymi kręgami zbożowymi licznie występującymi w ostatnim okresie na polach uprawnych Wielkiej Brytanii.

2. Teletransmisje Billy'ego

Jak już wspomniałem w rozdziale IV, istoty pozaziemskie bardzo często wykorzystują do transportu teletransmisję kontrolowaną, za pomocą której błyskawicznie przenoszą siebie lub Billy'ego z jednego miejsca na drugie. Plejadanie kilkakrotnie zademonstrowali nam działanie swoich teletrans-miterów. Poniżej przytaczam kilka przykładów.

137

2.1. Zaginiony bez śladu

(relacja Engelberta Wachtera skrót)

Zdarzenie to miało miejsce w początkowym okresie istnienia Centrum w Hinterschmidrüti.

Rok 1978, podobnie jak poprzedni, w którym przenieśliśmy się do Hinterschmidrüti, był dla nas okresem wytężonej i ciężkiej pracy. Otoczenie i zabudowania były jeszcze stosunkowo zaniedbane, wszy­stko wymagało usprawnień i napraw, także wozownia. Najpierw wzięliśmy się za naprawę dachu, ponieważ cały był dziurawy. Nie­które belki musieliśmy w ogóle wyrzucić. Billy zebrał grupę pracow­ników, do której również i ja należałem. Pewnego dnia pracowałem na dachu przy wymianie belek. Praca postępowała bardzo sprawnie i właśnie zacząłem spasowywać je ze sobą. Stałem wysoko na kalenicy i miałem zamiar dokonać jeszcze kilku ostatnich korekt, kiedy nagle usłyszałem głos Billy'ego: „Hej, cieślo, stań na zewnątrz dachu, abyś mógł lepiej wbijać gwoździe". Nie posłuchałem tej rady i nadal pracowałem po swojemu. Kilka minut później doszło do tego całkowicie nieoczekiwanego zdarzenia.

Właśnie stałem na wąskiej desce, gdy Billy zwinnie niczym kot przesunął się za moimi plecami. Gdy się odwróciłem, już go nie było. Odruchowo pomyślałem, że spadł z dachu, lecz nie słyszałem żadnego odgłosu, który by na to wskazywał. Wyglądało, jak gdyby rozpłynął się w powietrzu. Zaczęliśmy z miejsca szukać go w wozowni i poza nią, ale bez rezultatu.

Po jakiejś pół godzinie wróciliśmy do pracy i mniej więcej w tym samym czasie zobaczyliśmy go, jak nadchodzi od strony parkingu. W chwilę potem zajął się swoją pracą, jak gdyby nic się nie stało. Nasze pytanie o to, gdzie był, skwitował zagadkowym uśmiechem, dorzucając zdawkowo, że Ptaah przetransportował go na swój statek za pomocą teletransmitera.

W tym miejscu chciałbym przedstawić jeszcze inne zdarzenie, które miało miejsce mniej więcej w tym samym okresie. Zaczęło się od tego, że Billy chciał mi pokazać i powiedzieć coś ważnego. W tym celu zaprowadził mnie do swojego gabinetu. Otworzył drzwi i wszedł do środka, ja zaś tuż za nim. Gdy był już tuż przy biurku, nagle zniknął. Przeszukałem cały pokój, każdy jego zakamarek, ale nigdzie tam go nie znalazłem. Z mieszanymi uczuciami opuściłem biuro. Po chwili jednak przypomniałem sobie zdarzenie na dachu wozowni i ze spokojem wróciłem do pracy.

138

Jak się później okazało, tym razem Semjase sprowadziła go na swój statek przy pomocy teletransmitera.

Były to jedyne zdarzenia, podczas których byłem naocznym świad­kiem demonstracji możliwości tej techniki.

2.2.  Zamknięte drzwi

(relacja Guido Moosbruggera)

Billy często był teletransmitowany ze swojego gabinetu na pokład statków Plejadan. Któregoś razu został przetransportowany z niego w sytua­cji, kiedy obydwoje drzwi prowadzących doń było zamkniętych przez niego od wewnątrz. Po kontakcie przeniesiono go omyłkowo nie do gabinetu, lecz na korytarz. Dalszego ciągu można się już domyślić. Dodam tylko, że ponieważ nie było kluczy zapasowych, musiano sporządzić specjalny wy­trych, aby otworzyć zamek jednych z drzwi.

2.3.  Ślady stóp na śniegu

(zdjęcia 47 i 48 relacja Guido Moosbruggera) Podczas kontaktu z Semjase w nocy z 5 na 6 stycznia 1977 roku Billy poprosił ją po zakończeniu rozmów o pewną przysługę. Zapytał ją półżar-tem, czy mogłaby go wysadzić nie tam, skąd go zabrała (nie opodal Wetzikon, około 20 kilometrów od Hinwil), ale na środku pokrytej śniegiem łąki w Winkelriet w pobliżu Hinwil. Semjase chętnie przystała na jego prośbę i przy pomocy teletransmitera przeniosła go we wskazane miejsce, skąd udał się pieszo w kierunku drogi.

2.4. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki

(relacja Jacobusa Bertschingera część l skrót) 7 lutego 1977 roku zawiozłem Eduarda Meiera (Billy'ego) swoim Yolkswagenem na umówione spotkanie z Semjase (patrz także część 2 podrozdział 4.1.). Po pewnym czasie zmęczony czekaniem i panującą ciszą spróbowałem połączyć się z nim za pomocą krótko­falówki. Moje wysiłki spełzły jednak na niczym, ponieważ znajdował się w tym czasie na pokładzie statku Semjase. W pewnym momencie podskoczyłem w fotelu jak porażony prądem — na wprost mnie przed samochodem ni stąd, ni zowąd jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ukazała się ludzka postać. Wyglądała niczym zjawa. Po chwili jednak usłyszałem w swoim głośniku głos Billy'ego: „Oto jestem, przyjacielu". W tym momencie wiedziałem już, że to on. Wsiadł do samochodu, uśmiechnął się i powiedział: „No i co, dziwisz się, prawda?" Oznajmił mi potem, że usłyszał moje wezwanie

139

w chwili, gdy wchodził do windy grawitacyjnej, której strumień transportowy opuścił go na ziemię z wysokości 8 metrów na wprost mojego samochodu. Został opuszczony przez Semjase obok mojego samochodu na własną prośbę, gdyż jak mi powiedział, chciał zoba­czyć moją minę. Niestety to zamierzenie nie udało mu się w pełni, ponieważ z powodu panujących ciemności nie mógł zobaczyć mojej twarzy schowanej za szybą samochodu.

Kiedy wracali, Semjase dokonała specjalnie dla nich widowiskowego manewru, który według Jacobusa Bertschingera wyglądał następująco:

Z daleka z zachodu zbliżał się do Hinwil jaskrawo żarzący się obiekt wielkości piłki. Billy nie pozwolił mi jednak na obserwowanie jego manewrów, domagając się, żebym czym prędzej jechał do domu (wówczas jeszcze do Hinwil), skąd, jak się okazało, mieliśmy znacz­nie lepszy widok — po raz kolejny mogłem się przekonać, że wiedział dobrze, co robi. Dwie minuty później byliśmy już przy jego domu. Cała jego rodzina uprzedzona za pomocą krótkofalówki, stała już na podwórzu i obserwowała z przejęciem zbliżający się statek Semjase, który świecił niczym miniatura Księżyca w pełni. Na okolicznych ulicach stały grupki jego sąsiadów, którzy gapili się w milczeniu na ten spektakl. Pojazd przemieszczał się bezszelestnie i po około 3 minutach zniknął za pagórkiem na północnym wschodzie.

W każdej chwili gotów jestem zaręczyć za rzetelność i praw­dziwość moich wypowiedzi. Prawda zawsze pozostanie prawdą i nic tego nie zmieni.

2.5. Nocny wypad w rejon Schönbergeru

(relacja Engelberta Wachtera skrót)

Późnym wieczorem 20 lutego 1977 roku Engelbert Wachter, Jocobus Bertschinger, Bernadette Brand oraz Billy jechali dwoma samochodami w ulewnym deszczu w kierunku Horgen-Hirzel na miejsce kontaktu.

Po przejechaniu prawie stumetrowego odcinka bagnistej drogi dotarliśmy w końcu do celu. Sprawdziliśmy nasze krótkofalówki, po czym Billy oddalił się bez latarki w kierunku ciemnego zagajnika.

Gdy zniknął nam z oczu, zabraliśmy się do pracy. Musieliśmy wyciągnąć nasze samochody z bagna, w które wjechaliśmy, co w taką ulewę wcale nie było takie proste. Wyjechawszy z niego, przystąpiliś­my do zakładania łańcuchów na koła, aby nie utknąć w innym

140

miejscu. Staliśmy na skraju lasu i rozglądaliśmy się za Billym. Deszcz lał nieprzerwanie. Od czasu do czasu silny powiew wiatru strząsał z gałęzi drzew kaskady wody tworząc wokół małe bajoro. Nasze ubrania wyglądały jak wyciągnięte z wody worki. Przyświecając sobie latarką Jacobus mocował się z łańcuchami. Nagle przeraźliwy krzyk puszczyka przedarł się przez szum deszczu. Kilka sekund później powietrze wypełnił dziwny szum, który po chwili przeszedł w znany nam już melodyjny dźwięk.

Był to odgłos statku promiennego naszej wspólnej przyjaciółki Semjase z Billym na pokładzie, który przeleciał powoli tuż nad naszymi głowami. Ledwie ów dźwięk ucichł, a Billy już stał przed nami. Był uśmiechnięty, wręcz promieniujący radością, i co dziwne mimo ulewnego deszczu jego ubranie było całkowicie suche. Dopiero po chwili jego skórzany płaszcz zaczął moknąć i błyszczeć w świetle reflektorów.

W statku Semjase Billy był osłonięty przed deszczem, zaś podczas transportu przy pomocy teletransmitera, jak wiadomo, się nie moknie.

Po jego powrocie oba samochody zostały pośpiesznie połączone liną holowniczą, aby umożliwić mniejszemu z nich wydostanie się z błota bez łańcuchów. Około pierwszej pożegnaliśmy się w Wadenswil i każdy z nas wrócił do siebie.

2.6. Niepojęte dla osób postronnych

(relacja Engelberta Wachtera skrót)

W poniedziałek 21 września 1981 roku pracowałem na dachu naszego nowego kurnika, gdy w pewnym momencie ujrzałem Bil-ly'ego spieszącego na spotkanie drogą Schmidrüti-Sitzberg w kie­runku „Sirrwies". (Sirrwies to położona na północny wschód od Centrum łąka, z której kierunku często słyszane były odgłosy statków Plejadan).

Pozdrowiłem go, na co odpowiedział mi uśmiechem i zniknął w lesie. Kilka minut później, około godziny 19.20, usłyszałem nad pobliskim lasem sosnowym szum statku promiennego. To był Quet-zal, który zaprosił Billy'ego na spotkanie. Ów melodyjny odgłos statku rozbrzmiewał w dolinie jeszcze przez dobrą minutę, po czym nagle ucichł.

Gdy skończyłem pracę na dachu, usiadłem i zacząłem obserwować „Sirrwies" przylegającą do sąsiedniego skraju lasu. Błądziłem wzrokiem ponad wysokimi sosnami. Minutę przed dwudziestą ponownie usłysza­łem odgłos statku Quetzala, po czym zdarzyło się coś nieoczekiwanego.

141

Nagle jak spod ziemi pośrodku łąki wyrósł Billy i szybkim krokiem ruszył w kierunku domu. Dla osób postronnych takie zdarze­nie jest wprost niepojęte, lecz dla nas niemal codziennością. Mimo iż jesteśmy przyzwyczajeni do tego rodzaju demonstracji, to jednak za każdym razem jesteśmy pełni podziwu dla poziomu techniki naszych pozaziemskich przyjaciół.

Aby nieco poszerzyć ten wykaz, dołączam jeszcze krótki fragment z rozmowy między Quetzalem i Billym:

QUETZAL: To jest zrozumiałe, ale teraz musisz już wracać. Mam jeszcze coś do zrobienia.

BILLY: Oczywiście. Czy widzisz tam w dole Engelberta? Co ty na to, aby przesłać mnie tam na belkę, na której właśnie pracuje, tuż obok niego?

QUETZAL: To zbyt niebezpieczne, mój przyjacielu. Przypomnij sobie to zdarzenie, które miało miejsce w Winkelriet.

BILLY: To było faktycznie zabawne — tak zwane lądowanie przymusowe.

QUETZAL: Dla ciebie rzeczywiście to była przygoda, lecz nie dla nas. Wysadzę ciebie pośrodku łąki Sirrwies i postaram się, aby Engelbert zobaczył cię natychmiast po materializacji.

BILLY: W porządku, zatem wysyłaj mnie.

QUETZAL: Masz przecież swoją własną metodę wysiadania...

BILLY: Oczywiście, masz rację. Zaczekam na moment, kiedy ta maszy­na dematerializująca przestanie działać i wtedy poszybuję na ziemię jak strzała. Chciałbym wtenczas zobaczyć twoją minę i to, jak starasz się zapobiec, abym się nie rozbił.

QUETZAL: Czasami bardzo trudno jest mi zrozumieć twój humor, ponieważ łączysz go z rzeczywistością. Muszę ci niestety wyjaśnić, że nie mógłbyś wskoczyć do luku dematerializacyjnego w chwili awarii maszyny, pomijając fakt, że taka awaria jest całkowicie niemożliwa. Po prostu pole energetyczne zatrzymałoby cię przed otworem.

BILLY: A jeśli i ono by zawiodło?

QUETZAL: Jesteś uparty, ale to też jest absolutnie niemożliwe.

BILLY: Jesteś tego pewny?

QUETZAL: Absolutnie.

3. Pozaziemskie krasnoludki

Z kilkunastu ras pozaziemskich współpracujących z Plejadanami posia­dających swoje bazy na Ziemi znane są nam także mierzące około 115

142

centymetrów wzrostu karły, które zamieszkują planetę sąsiadującą z Errą. Ich zadanie polega na badaniu wpływu różnego rodzaju promieniowań oraz ruchów skorupy ziemskiej na nasze środowisko. W naszym Centrum w Hinterschmidrüti często zajmowały się podobnymi sprawami. Na przy­kład neutralizowały negatywne promieniowanie, które stale gromadziło się w naszym rejonie. Cztery z tych karłowatych istot przeprowadziły 13 lutego 1978 roku w naszym Centrum wielkie oczyszczanie, które zajęło im kilka godzin. Jak nas wcześniej uprzedziła Semjase, z tej okazji przygotowano nam małą niespodziankę, którą opisała później w swojej relacji Bernadetta Brand. Oto, jak ujęła to Semjase: „O tym, że pracujemy dla was z czystej wdzięczności, będziecie mieli okazję przekonać się za 14 dni. Ponadto otrzymacie na to także dowód fotograficzny".

Niewiarygodne przeżycie

(zdjęcia 49 i 50 relacja Bemadetty Brand)

W niedzielę 13 lutego 1977 roku udałam się wczesnym popołu­dniem razem z Billym, Jacobusem Bertschingerem, Engelbertem Wachterem i jego żoną Marią do Hinterschmidrüti, aby obejrzeć nowy dom Billy'ego, jego rodziny i członków grupy.

Billy i Jacobus już od samego rana pracowali w pocie czoła w jego piwnicy wypompowując z niej wodę. Po naszym przybyciu była ona już zupełnie sucha. Billy poszedł obejrzeć jej ściany, podczas gdy my stanęliśmy na schodach i czekając na niego wdaliśmy się w rozmowę.

Wrócił po niedługim czasie z wyrazem zdziwienia na twarzy. Powiedział, że w północnej części piwnicy znalazł w rogu odcisk stopy, którego wcześniej tam nie było. Musiała ona zostać odciśnięta w czasie, kiedy nie było ich w domu. Zdaniem Billy'ego nie jest to odcisk dwóch stóp, jak sądzą niektórzy, lecz jednej i to wielkości stopy dziecka. Było to rzeczywiście ciekawe, jako że żadne dziecko nie mogło wejść w tym czasie do piwnicy, po drugie zaś dlatego, że był to tylko jeden odcisk.

Mimo iż okazywałam zdziwienie, w duchu wątpiłam w niezwyk­łość tego zdarzenia. Postanowiłam jednak na własne oczy obejrzeć ten ślad. Jak zwykle miałam ze sobą w samochodzie aparat fotograficzny, lecz jak się okazało, zapomniałam zmienić w nim film i, co gorsze, nie miałam ze sobą nowego. Powiedziałam o tym Billy'emu, który w odpowiedzi pożyczył mi swój aparat z wmontowaną lampą błys­kową. Razem z nim zeszłam do piwnicy, pozostałe 3 osoby pozostały na zewnątrz, komentując to zdarzenie.

Billy i ja byliśmy w niej zupełnie sami. Wewnątrz panował półmrok rozjaśniany nikłym światłem wpadającym przez otwarte

143

drzwi i maleńkie okienko. Billy wodził powoli strumieniem światła latarki po podłodze, ścianach i każdym kącie w północnej części piwnicy, gdzie miał znajdować się odcisk małej stopy. Rzeczywiście był tam. Obejrzałam go dokładnie w świetle latarki i zabrałam się do fotografowania. Ostatnie cztery zdjęcia zrobiłam z odległości około 1,5 metra. Przez chwilę miałam ochotę odwrócić się, przejść przez piwnicę i zrobić jeszcze jedno zdjęcie, lecz zrezygnowałam z tego. (Bałam się, że Billy wyśmieje mój zamiar fotografowania pustej przestrzeni. Chyba do końca życia będę żałowała, że jednak tego nie zrobiłam). Po zrobieniu zdjęć, opuściliśmy piwnicę i dołączyliśmy do pozostałych.

Po ich wywołaniu Billy wyjaśnił mi, że widniejący na jednym z nich zamazany zarys postaci przedstawia karłowatą istotę wzrostu 112-115 centymetrów, z której rasą współpracują Plejadanie. Naj­bardziej zdziwił mnie fakt, że podczas robienia zdjęć nikogo nie zauważyłam.

Podsumowując to, Billy stwierdził, że z czterech obecnych tam wówczas, lecz niewidzialnych karłów tylko jeden mógł zostać uchwy­cony na filmie, ponieważ był widoczny przez tyle mniej więcej czasu, ile wynosił czas ekspozycji. Właśnie dlatego robiąc zdjęcie nie mogłam go dostrzec.

4. Niecodzienne rozmowy radiowe

4.1. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki

(relacja Jacobusa Bertschingera część 2 skrót) Było to 7 lutego 1977 roku około godziny 18. Wiozłem wówczas Eduarda Meiera (Billy'ego) w kierunku Ottikon na spotkanie z Sem-jase. Na jego polecenie zatrzymałem się na leśnej drodze. Po chwili wysiadł i poszedł w kierunku na południe. Zostałem sam w samo­chodzie. Po około 15 minutach usłyszałem go w krótkofalówce, jak usiłował bezskutecznie porozumieć się z domem (krótkofalówką w siedzibie FIGU). Ponieważ z trudem słyszałem go, włączyłem się i poinformowałem go, że słabo go słychać. Odrzekł, że znajduje się na statku Semjase i że zaraz poprosi ją o poprawienie połączenia. Po kilku sekundach słychać go było już doskonałe.

Powiedział, że ma mnie na optycznym ekranie i drogą radiową skieruje mnie w inne miejsce. Uruchomiłem samochód i pojechałem zgodnie z jego wskazówkami, aż dotarłem do wzniesienia na skraju lasu, skąd miałem wspaniały widok na okolicę. Siedziałem zamyślony

144

za kierownicą z wzrokiem utkwionym przed siebie. Nagle w głośniku rozległ się jego głos. Pytał mnie, czy widzę statek, który unosi się teraz dokładnie nad lotniskiem Kloten. Niestety widziałem tylko niewielki świetlny owal. Billy zaśmiał się i powiedział, że zaraz poprosi Semjase, aby dała więcej światła. Po około 2-3 sekundach statek nagle rozbłysł jasnym światłem. Mogłem teraz obserwować, jak powoli oddala się w kierunku Zurychu.

4.2. Przeżycie z 4 stycznia 1978 roku

(relacja Guido Moosbruggera)

Początek roku spędzałem jak zwykle w Semjase-Silver-Star-Center w Hinterschmidruti. 4 stycznia 1978 roku wieczorem siedziałem w ciepłym pokoju, na dworze zaś szalała śnieżna burza i dął ostry wiatr. Nikomu z obecnych w domu nie przyszłoby do głowy, aby wychodzić z niego w taką pogodę, lecz w Centrum nigdy nie narzekaliśmy na brak niespodzianek i tak też było tego wieczora. Zupełnie nieoczekiwanie o godzinie 21.30 Billy otrzymał od Cmetzala telepatyczne zaproszenie na spotkanie.

W chwilę później powiedział do Jacobusa i do mnie: - Przygotujcie się, jedziemy na spotkanie!

Biorąc pod uwagę tę kiepską pogodę, to zaproszenie na przejażdżkę spadło na mnie jak grom z jasnego nieba, niemniej szybko zabraliśmy się do pracy. Włożyliśmy odpowiednie ubranie i zaczęliśmy się zastanawiać, jakim samochodem lepiej jechać. Zdecydowaliśmy się na Yolkswagena, gdyż jak dotąd najlepiej sprawdzał się w zimowych warunkach. Zainstalo­waliśmy krótkofalówkę i zabraliśrrfy się do zdrapywania lodu z szyb samochodu. Po kwadransie samochód był gotowy do drogi.

Jacobus zasiadł za kierownicą, Billy obok niego, a ja na tylnym siedze­niu. W chwilę potem ruszyliśmy w nieznane. Billy otrzymywał na bieżąco przekazywane telepatycznie dane dotyczące kierunku. Oprócz złego stanu nawierzchni jazdę utrudniała nam dodatkowo silna burza śnieżna. Po półgodzinnej jeździe dotarliśmy do celu. Zatrzymaliśmy się przed małym mostem na skraju lasu i zaparkowaliśmy na poboczu. Billy wysiadł z samo­chodu, przewiesił krótkofalówkę przez ramię i pożegnał się z nami. Z wiel­kim trudem przedzierał się przez pokrywający łąkę głęboki śnieg. Nagle zniknął nam z pola widzenia. Pomyśleliśmy wtedy z Jacobusem: „No, znowu ten błyskawiczny transport". Nasze przypuszczenie po chwili po­twierdziło się. W ułamku sekundy został przeniesiony do sterowni statku Quetzala, który unosił się w powietrzu gdzieś nad nami. Dla Billy'ego nie było to nic niezwykłego, ponieważ tego rodzaju teletransmisje przeżywał już nieraz.

145

Nagle usłyszeliśmy jego głos dobiegający z krótkofalówki, lecz o nieco niższym tonie niż zwykle, przypuszczalnie dlatego, że pochodził z wnętrza statku. Jacobus znał już ten efekt z wcześniejszych spotkań. Billy powie­dział nam, że „mamy się udać w kierunku najbliższych zabudowań, gdzie do nas dołączy". Gdy dotarliśmy we wskazane miejsce, ukazał się nieocze­kiwanie pośrodku ulicy. Nie dziwiło nas już wcale, że na jego skórzanym płaszczu i kapeluszu nie było śladu śniegu, ponieważ, jak wiadomo, wewnątrz statku on nie pada.

Wracając pamięcią do tego zdarzenia, zastanawiałem się swego czasu, po co w taką paskudną pogodę Billy w ogóle wychodził z domu i jechał w tamto miejsce, skoro równie dobrze mógł zostać przetransportowany na pokład statku ze swojego gabinetu. Przecież to byłoby znacznie prostsze dla wszystkich. Jak się później okazało, miało to związek z jego zdrowiem. Z powodu permanentnego nawału pracy, jego wolny czas systematycznie się kurczył, co odbijało się negatywnie właśnie na nim.

Cierpiał przede wszystkim na brak snu i ruchu na świeżym powietrzu. Ciągle lekceważył stale ponawiane^ prośby Plejadan, aby jak najwięcej przebywał na świeżym powietrzu. Ów lekceważący stosunek do swojego zdrowia sprawiał, że z roku na rok stale się ono pogarszało, przez co nadejście kryzysu było już tylko sprawą czasu. I stało się. Późną jesienią 1982 roku uległ groźnemu wypadkowi w łazience, którego efektem był między innymi wstrząs mózgu. Jego skutki dają znać o sobie do dzisiaj.

Niestety, Plejadanie nie mogli mu zapobiec. Dlatego kierowali go w różną pogodę nieraz w dość oddalone miejsca spotkań. Kiedy jechał na nie motorowerem, często ostatni odcinek musiał przejść pieszo niosąc go. Najdłuższy odcinek, jaki musiał przebyć na miejsce kontaktu, wynosił około 70 kilometrów. Od czasu do czasu po spotkaniu rozmyślnie wysadzano go daleko od miejsca, z którego go zabrano, aby zmusić go w ten sposób do spaceru.

Te i inne sposoby miały na celu poprawę jego zdrowia. Dokładnie temu celowi służył również krótki wypad do Kanady, gdzie razem z Cjuetzalem brodził przez około 2 godziny w głębokim śniegu podziwiając tamtejszą przyrodę. Niestety również Plejadanie byli mocno obciążeni pracą, w prze­ciwnym bowiem razie częściej by mu urządzali takie wycieczki.

4.3. Instrukcje radiowe ze statku Semjase

(relacja Guido Moosbruggera)

W niedzielę 20 maja 1978 roku po wielu tygodniach nieobecności na osobistych spotkaniach z Billym pojawiła się Semjase; była w towarzystwie swojej siostry Pleji. Około godziny 14.15 Billy otrzymał od niej telepatycz-

146

ne zaproszenie na spotkanie. Pół godziny później jechał już motorowerem z krótkofalówką przewieszoną przez ramię.

Porozumiewanie się za pomocą krótkofalówki sprawdziło się w praktyce, ponieważ dzięki niej Billy mógł o każdej porze skontaktować się z dowolną osobą w Centrum lub w Yolkswagenie Jacobusa, gdzie najczęściej była instalowana druga przenośna. Jej długa antena błyszczała właśnie w słońcu nad dachem samochodu, który stał na parkingu przed domem w Hinterschmidrüti. Była słoneczna, wiosenna pogoda i większość członków grupy pracowała w ogrodzie lub na łące.

Billy znajdował się w tym czasie na statku Semjase niedaleko Centrum. W czasie rozmowy z nią i Pieją zadał im następujące pytanie:

BILLY: Powiedzcie mi, czy nie moglibyśmy polecieć do Centrum i zobaczyć, co się tam dzieje?

PLEJA: Oczywiście, spójrz, już jesteśmy.

BILLY: Czy mogę tym moim urządzeniem porozmawiać z nimi na dole?

SEMJASE: No pewnie, podłącz je tylko. Ale nie chcę później niczego więcej słyszeć na ten temat.

BILLY: Wcale nie musisz. Wystarczy mi, że porozmawiam z nimi tam na dole. Ale będą zdziwieni! Hallo, Miranus-5... [Miranus-5 byt nazwą wywoławczą krótkofalówki w Centrum.}

Według Billy'ego statek Semjase unosił się na wysokości od 700 do 1000 metrów nad Centrum, skąd rozciągał się wspaniały widok na nie. W dole krzątali się zajęci swoją pracą członkowie grupy. Miało wówczas miejsce pewne zdarzenie, o którym chciałbym teraz wspomnieć.

Statek Plejadan jak zwykle otoczony był ekranem ochronnym, który uniemożliwiał namierzenie go, w związku z czym nie mogliśmy go zoba­czyć. Nagle z głośnika krótkofalówki rozległ się głos Billy'ego. Jego żona, która znajdowała się akurat w pobliżu, przyjęła jego zgłoszenie, odpowiada­jąc: „Miranus-1, Miranus-1, co się stało?" Po początkowych kłopotach ze zrozumieniem jego słów wywołanych zakłóceniami jego głos zabrzmiał następnie wyraźnie, lecz jego ton był nieco niższy. Billy polecił jej udać się do ogrodu za wozownią i posadzić tam w określonym miejscu truskawki. Na jej pytanie, dlaczego właśnie w tamtym miejscu, odrzekł jej, że zdaniem Semjase tam będą one rosnąć i owocować najlepiej.

W końcu nadeszła kolej na mnie i Engelberta. W tym czasie zajęci byliśmy ustawianiem ogrodzenia wokół parkingu. Jeden z nas trzymał właśnie w ręku drewniany słupek, a drugi drewniany młot. Billy obser-

147

wował nas ze statku i nie przepuścił oczywiście okazji, aby udzielić nam porady, mówiąc, w którym miejscu mamy wbijać słupki. Prawdę mówiąc, kilka słupków celowo ustawialiśmy krzywo, aby dać mu okazję do poucze­nia nas.

Od nieustannego wpatrywania się w niebo w nadziei wypatrzenia statku Semjase w pewnym momencie zaczęły nas już boleć karki. Pieją skomen­towała to, mówiąc:

PLEJA: Billy, wszyscy twoi przyjaciele wypatrują nas tu w górze.

BILLY: Tak, a czy mogą nas zobaczyć?

SEMJASE: Nie, ich trud jest daremny, ponieważ statek otoczony jest ekranem ochronnym.

Jeden ze sceptycznych członków grupy, wspiął się na „ambonę", aby stamtąd obserwować niebo i przyłapać Billy'ego „in flagranti", ale oczywiś­cie na nic się to nie zdało. (Ambona to najwyższy punkt pagórka znaj­dującego się obok parkingu na wschód od głównego budynku Centrum).

To samo dotyczyło potencjalnych obserwatorów stojących wzdłuż szosy z Sitzbergu do Wili, ponieważ nawet patrząc pod kątem niemożliwe jest dostrzeżenie statku Plejadan. Było to możliwe tylko z powietrza z jakiegoś obiektu latającego, który unosiłby się nad nim, na przykład z helikoptera. A ponieważ to nie wchodziło w grę, dostrzeżenie go przez kogokolwiek było wykluczone,

4.4. Niezwykła przemowa

(relacja Guido Moosbruggerd)

Kilku członków grupy od dłuższego czasu ponawiało prośbę, aby Sem­jase nagrała na magnetofonie kilka zdań. Pewnego dnia Billy przedstawił jej to życzenie, ale nie wyraziła na nie zgody. O ile mi wiadomo, próbował potem raz lub dwa razy nagrać ją potajemnie, ale nie dała się nabrać i szybko odkryła schowany magnetofon. Tym większe było moje zdziwie­nie, kiedy na początku roku 1983 dowiedziałem się, że Quetzal wygłosi mowę do naszej grupy poprzez krótkofalówkę. Sądziłem, że chce nam przekazać jakieś poufne instrukcje, bo jak inaczej można było wyjaśnić zmianę nastawienia Plejadan w tej sprawie.

Po kilku zmianach terminu spowodowanych nawałem jego pracy, ustalo­no w końcu, że ów przekaz nastąpi 5 marca 1983 roku, a więc w pierwszą sobotę miesiąca, w którą jak zwykle jak co miesiąc miało odbyć się zebranie naszej grupy. Tuż przed nim, spotkała mnie miła niespodzianka, gdy przed godziną 17.30 Billy zapukał do moich drzwi i poprosił mnie, abym z nim

148

poszedł. Na moje pytanie, co się stało, odpowiedział, że o 17.30 oczekuje radiowego wezwania Quetzala w celu sprawdzenia jakości połączenia. Przyjąłem to zaproszenie z radością. Znajdowaliśmy się w odległości około 15 metrów od Volkswagena, gdy to się stało. Dokładnie co do sekundy z krótkofalówki, którą Billy miał przy sobie, rozległ się głos, lecz nie męski, a damski. Zamiast Quetzala odezwała się Taljda, która przez chwilę rozmawiała z Billym w doskonałej niemczyźnie. (Taljda jest kobietą o żół­tej karnacji skóry pochodzącą z planety Njssan w układzie Wegi w gwiaz­dozbiorze Lutni — kilkakrotnie odbywała kontakt z Billym). Pod koniec głos zabrał Solar (Solar jest pozaziemskim mężczyzną pochodzącym z rasy mającej swoją własną bazę na Ziemi, która od lat współpracuje z Plejadana-mi). Mówił w niezrozumiałym dla mnie języku i dziwiłem się, że Billy nie miał żadnych kłopotów z porozumieniem się z nim.

Ta próba generalna ku naszemu rozczarowaniu nie przyniosła oczekiwa­nego rezultatu — słyszalność była zbyt słaba. Billy zaproponował więc, aby podłączyć dodatkowy głośnik. Kolejne połączenie miało nastąpić o godzinie 20. Nie zwlekając ani chwili przystąpiliśmy więc do przeciągania kabla z gabinetu Billy'ego do sali w wozowni. Po chwili musieliśmy jednak zrezygnować z tego zamierzenia, ponieważ przewód okazał się tak stary, że ruszenie go z miejsca groziło jego trwałym uszkodzeniem. Na szczęście Billy znalazł jednak w ostatniej chwili wyjście z tej nieciekawej sytuacji. Powiedział Taljdzie, że odbierze jej przekaz w swoim gabinecie i nagra go na magnetofonie. Pomysł ten wypalił znakomicie. Taljda tak zachwyciła wszystkich swoją przemową, że Billy musiał ją odtwarzać dwa razy.

Mówiąc o Taljdzie przypomniała mi się jeszcze jedna drobna sprawa z nią związana, która potwierdza fakt, że nawet tak wysoko rozwinięte istoty mają zupełnie ludzkie przyzwyczajenia i że nie są żadnymi nadis-totami, jak uważa wielu Ziemian.

Jak twierdzi Billy, Taljda odwiedzała go kilkakrotnie w gabinecie pozostawiając po sobie przyjemny cytrynowy zapach. Pochodzi z planety Njssan, której atmosfera ma intensywny zapach przypominający zapach cytryn. Ilekroć zatrzymuje się na Ziemi, używa perfum o tym zapachu, by w ten sposób przypominać sobie swoją ojczystą planetę. Czemu nie?

5. Pokaz pistoletów laserowych

W ramach dziennych demonstracji Billy otrzymał od Menary do wy­próbowania dwa pistolety laserowe. Pierwsza próba miała miejsce 29 września 1976 roku w okolicy Ambitzgi-Wetzikon. Wówczas to Billy odstrzelił kilka gałęzi z zarośli oraz przepalił dużą jodłę.

149

Za drugim razem Billy otrzymał znacznie starszy model. Było to podczas jego osobistego kontaktu z Menarą i jej przyjaciółką Aleną 6 lipca 1977 roku w Hinterschmidrüti. Menarą zaparkowała swój pojazd wczesnym popołudniem nad Semjase-Silver-Star-Center i otoczyła go ekranem ochronnym. Następnie za pomocą teletransmitera przeniosła się wraz z Ale­ną na parking przed głównym budynkiem Centrum.

Kilka godzin wcześniej, rankiem tego samego dnia, Menarą poinfor­mowała telepatycznie Billy'ego, żeby dopilnował, aby w czasie ich spot­kania przez przynajmniej godzinę nie było nikogo w Centrum ani w jego pobliżu.

Każdy, kto zna Billy'ego, wie, że to nie było dla niego żadnym problemem. Po prostu wysłał wszystkich obecnych w tym czasie w Centrum na wycieczkę, mówiąc im, że mogą wrócić dopiero po zakończeniu wizyty Menary i Aleny. Menarą na wszelki wypadek wytworzyła wokół Centrum dodatkowy ekran ochronny. W ten sposób nikt nie mógł zobaczyć, co się dzieje wewnątrz niego. Poza tym w kilku miejscach rozmieszczone zostały urządzenia ostrzegawcze mające informować o zbliżaniu się każdego czło­wieka lub pojazdu.

Program spotkania przewidywał wykonanie zdjęć oraz sfilmowanie prób z pistoletem laserowym. Zostałby z pewnością zrealizowany niemal w cało­ści, gdyby nikt im w tym nie przeszkodził. Po około półgodzinie włączyło się urządzenie ostrzegawcze informujące, że do Centrum zbliża się jakiś pojazd. Billy nie zdążył nawet dokończyć zdania, kiedy Menarą i Alena przeniosły się na pokład swojego statku. Po chwili wyłączyły ekran ochron­ny i wszystko wróciło do stanu pierwotnego. Nikt z osób postronnych nie wiedział, co się działo w Hinterschmidrüti.

Wkrótce po oddaleniu się obu kobiet od strony drogi Billy'ego dobiegł warkot silnika traktora. Był to Jacobus Bertschinger, który wracał z Wili, dokąd jeździł po cement, ale ponieważ go nie dostał, wrócił wcześniej.

Mimo częściowego niepowodzenia tej wizyty, mogliśmy przynajmniej podziwiać później wykonane podczas niej zdjęcia. Jedno z nich przed­stawiało pochylone mury domu oraz przekrzywiony słup z tablicą ostrzega­wczą, mimo iż w rzeczywistości stoją one pionowo, na drugim zaś widać w dalszym tle fragment traktora, mimo iż w momencie jego wykonywania nie było go jeszcze w Hinterschmidrüti, ponieważ znajdował się w odległo­ści kilku kilometrów od Centrum — był to oczywiście traktor, którym jechał Jacobus. Billy poprosił Menarę o wyjaśnienie tych zjawisk. Oto, co powie­działa na ten temat:

- W przypadku tego traktora chodzi o nieznaną wam formę uwidacz­niania każdej materii poprzez promieniowanie podczerwone. Nauka ziems-

150

ka zna promieniowanie podczerwone i wykorzystuje je w wielu dzie­dzinach, jak na przykład obserwowanie niewidocznych gołym okiem obie­któw materialnych, często bardzo oddalonych. Ziemska technika potrafi obecnie uchwycić jedynie zarys danego obiektu, podczas gdy nasza, o wiele bardziej rozwinięta, potrafi pokazać go ze wszystkimi szczegółami. Natomiast co się tyczy owych pochylonych murów, mogę jedynie po­wiedzieć, że wszystko, co znajduje się wewnątrz ekranu ochronnego ulega zniekształceniu i rozmyciu.

Objaśnienia Menary na temat pistoletu laserowego są równie interesują­ce. Oto, co powiedziała na jego temat w rozmowie z Billym:

MENARĄ: Spójrz tutaj, to broń podobna do tej, którą uszkodziłeś tamte krzaki i jodłę (29 września 1976 roku w Ambitzgi-Wetzikon). Jest trochę starszego typu. To urządzenie pokazuje powiększenie miejsca, w które celujesz. Dzięki niemu możesz dokładnie trafić w cel, nawet z odległości wielu kilometrów. Ta urządzenie celownicze w kształcie rurki po prostu przybliża optycznie cel. W przeciwieństwie do tej tu, to bardzo przestarzała broń zbliżona pod względem działania do waszej broni eksplozyjnej. Aby wysłać promieniowanie, wystarczy pociągnąć spust palcem wskazującym do siebie. Te dwa przezroczyste zbiorniki tu na górze zawierają dwa różne pierwiastki niezbędne do wytworzenia promieniowania. Sprzężone wy­zwalają nieznany wam rodzaj promieni laserowych, które niosą drgania o silnym działaniu destrukcyjnym. Niszczą one jednak tylko niektóre sztuczne formy materii — na przykład uszkadzają wasze materiały światło­czułe. Dlatego nie należy fotografować w trakcie używania tej broni. Jeśli poprzez przyciśnięcie w tym miejscu sprzężony zostanie przedni i tylny zbiornik z pierwiastkami, wytwarza się wówczas promieniowanie nisz­czące, które w ułamku sekundy może zamienić wszystko na popiół na odległość do 37,2 kilometra. Jeśli natomiast poprzez przyciśnięcie w tym miejscu uaktywni się jedynie przedni zbiornik, wtedy wyzwoli się promie­niowanie, które ma działanie jedynie oszałamiające służące tylko do celów obronnych, podczas gdy promieniowanie niszczące służy z reguły do eliminacji celów. W ekstremalnych przypadkach używane jest również do likwidacji wrogiego pojazdu lub obiektu latającego. Ten rodzaj broni wyszedł z użycia przed około 600 laty. Najnowsza broń jest mniejsza, zmieniło się również jej działanie, to znaczy sposób wytwarzania promie­niowania. Poza tym uzależniona została od indywidualnych zapotrzebowań, to znaczy, może być wykorzystywana tylko przez jej właściciela. Urucho­mienie wyzwalacza promieniowania następuje na drodze umysłowej. W tym celu w jego mechanizmie sterującym zaprogramowany został wzór

151

fal mózgowych jej właściciela. Jeżeli broń dostanie się w ręce innej osoby, może być użyta przez nią dopiero po jej przeprogramowaniu.

BILLY: To bardzo ciekawe, co mówisz, choć, jak wiesz nie bardzo się na tym znam. Ale to nieważne. Dziwi mnie tylko to, co powiedziałaś

0  właścicielu tej broni. Czy możesz to bliżej wyjaśnić?

MENARA: Właścicielem nazywam osobę, która może z niej korzystać, ponieważ takie określenie odpowiada waszemu sposobowi myślenia. Ina­czej mówiąc, jest zindywidualizowana, dostosowana do konkretnej osoby.

Szczególną atrakcją tego spotkania było to, że Billy mógł sfotografować przyjaciółkę Menary Alenę. Warunkiem było jednak to, że jej twarz pozostanie niewidoczna. Ponadto mógł wypróbować ów pistolet, co też uczynił strzelając z odległości około 20 metrów do tak zwanego drzewa Semjase (jest to stojące na wzniesieniu w Hinterschmidrüti drzewo, którego korona została uszkodzo­na przez statek Semjase). Promień pistoletu błyskawicznie przepalił dwudzies-toczterocentymetrowej średnicy pień drzewa pozostawiając w nim dziurę grubości palca. Drzewo to stało się swego rodzaju symbolem Hinterschmidruti

1  wszyscy odwiedzający Centrum chcą je zobaczyć.

6. Niezwykłe odgłosy

Jak już wspomniałem we wcześniejszych rozdziałach, statki Plejadan mają zabezpieczenie przed ich wykryciem, zarówno za pomocą wzroku, jak i radarów. Zabezpieczenie to może mieć charakter całościowy lub selektyw­ny i ma postać kokonu energetycznego, który otacza statek niczym pancerz. Częściowe lub całkowite wyłączenie akustycznego ekranu ochronnego powoduje, że można wówczas usłyszeć osobliwy odgłos wydzielany przez wirujące tarcze układu napędowego przypominający szum dziecięcego bąka, który nasila się wraz ze zwiększaniem jego prędkości obrotowej. Podobnie jest w przypadku tych tarcz.

Plejadanie w przeciwieństwie do innych istot pozaziemskich dbają o to, aby ich statki nie były zauważane przez Ziemian. Dlatego też zabezpieczają je bardzo dokładnie, aby nie można ich było zobaczyć, usłyszeć ani namierzyć w jakikolwiek inny sposób. Wyjątkami są sytuacje, które mają miejsce podczas podchodzenia statku do lądowania lub jego odlotu, kiedy to ekrany ochronne są wyłączane na krótki okres czasu. W tych momentach można wyraźnie usłyszeć ich odgłosy.

Jeszcze inaczej było, kiedy Semjase umożliwiła Billy'emu (łącznie 3 razy) nagranie tych odgłosów na magnetofonie. Dwa razy wiosną 1976 roku w okolicy Hinwil i raz 18 lipca 1980 roku w Sadelegg-Schmidrüti.

152

Podczas drugiego razu, w Wielki Piątek 1976 roku, statek Semjase szybował na wysokości około 50 metrów nad łąką, na której Billy położył magnetofon. Ekran ochronny był częściowo otwarty. Z jednej strony statek był zabezpieczony przed lokalizowaniem optycznym i radiolokacyjnym, z drugiej zaś sygnały akustyczne mogły przechodzić otwartym kanałem do najbliższego otoczenia. Świadkowie przebywający odległości kilku metrów od stanowiska Billy'ego stwierdzili, że odgłosy nie pochodziły z głośnika magnetofonu, lecz z niewidzialnego „głośnika" usytuowanego w powietrzu na pewnej wysokości. Dwa dni później wszyscy oni udali się ponownie na miejsce zdarzenia, aby przeprowadzić pewien test. Ustawili magnetofon w tym samym miejscu i puścili to nagranie na cały głos. Różnica między tym dźwiękiem, a słyszanym pierwotnie była ogromna. Tym razem było wyraźnie słychać, że źródło dźwięku znajduje się na ziemi, poza tym jego moc pozostawiała wiele do życzenia. Świadkowie musieli zbliżyć się o niemal połowę odległości, w jakiej stali poprzednio od magnetofonu, aby ów dźwięk brzmiał z taką samą mocą, jak wtedy. Poza tym kierunek, z jakiego dobiegał, jak już wspomniałem, był zupełnie inny.

Cechą charakterystyczną owych niezwykłych dźwięków wydawanych przez statek Semjase była zmienna tonacja.

Jedyną rzeczą, która podczas tego piątkowego pokazu nie podobała się Billy'emu i zaproszonym przez niego świadkom, byli niepożądani gapie przy ogrodzeniu. Nie należy się jednak temu dziwić, ponieważ oni również chcieli usłyszeć tę symfonię statku istot pozaziemskich. Ich obecność spowodowała jednak nagłe przerwanie tego pokazu, który trwał w sumie około 10 minut.

Symfonia statku promiennego

(relacja Engelberta Wächtera skrót)

Trzecia i równocześnie ostatnia demonstracja odgłosów dźwiękowych miała miejsce latem 1980 roku w Sadelegg-Schmidrüti. Aby uniknąć jej ponownego przerwania, jak to miało miejsce poprzednim razem, Semjase wcześniej poinformowała Billy'ego o jej szczegółach. Należało przedsię­wziąć odpowiednie środki bezpieczeństwa, aby wyeliminować niepożąda­nych widzów. W związku z tym znaleziono bardzo proste i rozsądne rozwiązanie polegające na zamknięciu wszystkich dróg dojazdowych do miejsca demonstracji na czas jej trwania. Zostały one zamknięte zarówno dla pieszych, jak i pojazdów, z wyłączeniem kilku członków naszej społecz­ności oraz rodziny Billy'ego. Na umówione miejsce pokazu sprzęt na­grywający przywiózł osobiście traktorem Billy.

Po tym krótkim wstępie oddaję głos Engelbertowi Wächterowi.

153

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADj]

Usytuowanie Billy'ego oraz świadków w czasie demonstracji w Sädelegg

(Freddy Kropf)

My, to znaczy Engelbert Wachter, Maria Wächter, Kalliope Meier, Methusalem Meier, Atlantis Meier, Jacobus Bertschinger i Eva Bieri, nawet nie przypuszczaliśmy wczesnym rankiem 18 lipca 1980 roku', czego przyjdzie nam być świadkami. Na miejsce pokazu dotarliśmy z opóźnieniem, ponieważ musieliśmy pomóc przy zamknięciu wszyst­kich dróg dojazdowych.

Billy czekał już tam na nas. W międzyczasie w odległości około 300-400 metrów od miejsca kontaktu umieścił aparaturę nagrywającą. Udzielił nam ostatnich wskazówek dotyczących naszego zachowania, po czym szybko wskoczył do swojego pojazdu i udał się na miejsce

154

spotkania, my zaś usadowiliśmy się we wszystkich strategicznie ważnych punktach. Stamtąd widzieliśmy, jak dotarł na umówione miejsce i wysiadł z traktora. Pośpiesznie zaczął coś przy nim majst­rować. W końcu wyciągnął jakiś kawałek blachy i zrobił sobie z niego swego rodzaju dach przed zbliżającym się deszczem.

Po kilku minutach powietrze rozdarł głośny dźwięk, który rozniósł się po całej okolicy niczym orkan. Był tak przenikliwy i donośny, że niektóre magnetofony uległy nawet uszkodzeniu. Jak zamurowani staliśmy na swoich miejscach, słuchając w zauroczeniu i z trwogą tej nawałnicy dźwięków, która rozchodziła się na wiele kilometrów. Potwierdziło to potem pewne starsze małżeństwo, które w tym czasie znajdowało się w odległości około 3 kilometrów od nas, a także liczni rolnicy pracujący na pobliskich polach. Cały pokaz trwał prawie 30 minut. Około godziny 20. uradowani nim, wdzięczni Billy'emu i Se-mjase, wróciliśmy w dobrych nastrojach do domu.

7. Zagadkowa eliminacja jodeł

Głównym zadaniem w początkowym okresie kontaktów Semjase z Bil-lym było dostarczenie mu możliwie wiarygodnego materiału dowodowego. Wtedy to Semjase upodobała sobie szczególnie wolno rosnące w terenie jodły, które stanowiły dla niej punkt odniesienia do określania wymiarów.

Nie wybierała jednak zwyczajnych drzew, ale najwyższe, najbardziej okazałe, jakie często można spotkać w Kantonie Zürychskim. Jeden z jej ulubionych manewrów lotniczych polegał na krążeniu statkiem wokół takiego drzewa i dotykaniu nim jego najwyższych gałęzi. Przy tego rodzaju manewrach nie sposób było uniknąć oddziaływania na nie promieniowa­niem emanowanym przez układ napędowy statku. Zdaniem Semjase to promieniowanie, które może się utrzymywać w poddanym jego działaniu obiekcie nawet przez kilka miesięcy, jest zupełnie nieszkodliwe dla drzew.

Wielu naukowców z pewnością byłoby zainteresowanych jego zbada­niem w celu poszerzenia swojej wiedzy. Bojąc się jednak, że wiedza ta mogłaby zostać wykorzystana przeciwko innym ludziom, Plejadanie nie zamierzają pozwolić, aby do tego doszło.

W związku z tym promieniowaniem, to znaczy jego likwidacją, wyłonił się swego czasu pewien problem, który polegał na tym, że Plejadanie nie byli w stanie zlikwidować jego pozostałości przy użyciu dostępnych im środków technicznych z 5 jodeł. Przeto nie pozostało im nic innego, jak zrobić użytek z przysługującego im w takich przypadkach prawa, które zezwala w wyjątkowych sytuacjach na eliminację danej formy życia.

155

Dlatego właśnie zlikwidowali je oraz wszelką pamięć o nich. Nic więc dziwnego, że żaden z okolicznych chłopów już ich sobie nie przypomina, mimo iż przez lata ścinali z nich gałęzie. Aby podnieść niezwykłość tej historii i jednocześnie uwiarygodnić ją, 17 października 1976 roku Semjase zaprezentowała nam swego rodzaju miniaturę takiej akcji likwidacyjnej z pewnymi oczywiście ograniczeniami.

Zdarzenie z 17 października 1976 roku

(zdjęcia 55 i 56 relacja Guido Moosbruggerd)

Zdarzenie to zaczęło się kilka dni wcześniej, kiedy żona Billy'ego, Kalliope, zadzwoniła do mnie z informacją, że na niedzielę 17 października Semjase zaplanowała pewien pokaz, w którym mogę częściowo uczest­niczyć, jeśli mam czas i ochotę. Zgodziłem się bez wahania i zaraz po przybyciu do Hinwil zacząłem wypytywać rodzinę Billy'ego o jego szcze­góły, ponieważ on sam nie chciał puścić pary z ust, mimo iż wiedział dokładnie, co to ma być. Powód jego milczenia poznaliśmy nieco później. Jedyne, co powiedział wówczas w związku z tą sprawą, to:

- Zrobimy balon na gorące powietrze, przyczepimy do niego aluminio­wą taśmę i jutro po południu wypuścimy go, aby sprawdzić, jak zareagują sąsiednie stacje radarowe. W okolicy miejsca startu balonu dojdzie do właściwego pokazu, dlatego też radzę wam dokładnie obserwować całą okolicę.

Nie pozostało nam więc nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość i pozwolić się zaskoczyć tą niespodzianką. Najpierw musieliśmy jednak zrobić balon, nad którym pracowali już intensywnie Billy i Herbert Runkel, a ponieważ czasu było niewiele, przyłączyłem się do nich, pomagając im sklejać poszczególne jego części. W niedzielę około godziny 16. był już gotowy.

W międzyczasie w domu Billy'ego zebrało się już kilku ciekawskich niecierpliwie oczekujących na odjazd na miejsce startu balonu. Po nie­długim czasie mała kolumna pojazdów ruszyła z miejsca i przejechała powoli ulicami Hinwil. Po dotarciu do celu zajęliśmy się przygotowaniami do startu, zaś fotografowie zajęli swoje stanowiska, czekając na dogodną okazję do zrobienia zdjęć.

Start nastąpił około godziny 19. i przebiegł bardzo pomyślnie. Widzowie wiwatowali zachwyceni, patrząc, jak wypełniony ponad 60 m3 gorącego powietrza balon wznosi się pionowo w niebo. Na czterech ścianach jego prostopadłościennej czaszy przyklejone były szerokie aluminiowe paski. Dzięki nim miał być łatwiejszy do uchwycenia przez radary. Pogoda sprzyjała nam i mogliśmy dokładnie obserwować jego lot. Sądziliśmy, że wkrótce zostanie namierzony.

156

I rzeczywiście tak się stało, ponieważ kilka minut po jego wypuszczeniu na niebie pojawił się samolot. Czy był to przypadek, czy też przyleciał tu w celach zwiadowczych? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. (Potem udało nam się ustalić, że nasz balon nie został jednak namierzony przez radar. Tak przynajmniej oświadczyły pobliskie stacje radarowe).

Po starcie balonu z niecierpliwością oczekiwaliśmy na właściwą atrak­cję, którą jak sądziliśmy, miało być ujrzenie przez nas w końcu na własne oczy w świetle dziennym statku Semjase, lecz niestety nic takiego się nie stało. Tymczasem balon poleciał w kierunku północno-wschodnim. Billy wsiadł na swój motorower i pojechał za nim. Mieliśmy się z nim spotkać potem w umówionym miejscu. Ku naszemu rozczarowaniu z powodu nieporozumienia nie doszło jednak do tego. W końcu wróciliśmy do domu, gdzie już na nas czekał. Następnie zaprowadził nas na miejsce startu balonu, aby powiedzieć nam tam o akcji Semjase.

Pokazał nam miejsce, gdzie niedawno jeszcze rosła mierząca od 3 do 5 metrów wysokości jodła, która dosłownie zniknęła bez śladu w wyniku akcji eliminacyjnej Semjase. Z miejsca przeprowadziliśmy wnikliwe bada­nie ziemi, które nie wykazało, aby rosło tam kiedykolwiek jakieś drzewo. Dziwiliśmy się, dlaczego Billy nie powiedział nam o tym wcześniej. Uniemożliwiał mu to jednak kategoryczny zakaz Semjase podyktowany względami bezpieczeństwa. Całe to zdarzenie byłoby bezsprzecznie cen­niejsze, gdyby nie przebiegało tak tajemniczo, lecz w tym przypadku nie mogło być niestety inaczej.

157

VIII NOCNE DEMONSTRACJE PLEJADAN

Wiosną i latem 1976 roku w Hinwil i jego okolicy miało miejsce kilka imponujących nocnych demonstracji Plejadan. Ja sam uczestniczyłem w trzech z nich. Raz podczas pierwszej wizyty u Billy'ego — była to moja pierwsza obserwacja UFO. Za drugim i trzecim razem, 12-13 i 26 czerwca, Plejadanie zezwolili po raz pierwszy na fotografowanie i filmowanie osobom postronnym. Później nie było już takich pokazów, w związku z czym materiał fotograficzny z tych dwóch demonstracji jest jedyny w swoim rodzaju.

1. Moja pierwsza obserwacja UFO

(relacja Guido Moosbruggera)

W połowie maja 1976 roku po raz pierwszy pojechałem na weekend do Hinwil z zamiarem sprawdzenia wiarygodności szwajcarskiego łącznika Eduarda Meiera (zwanego przez niektórych UFO-Billym). Zaprosił mnie do siebie po moim liście, w którym zapytałem go, czy mogę go odwiedzić. Po półtoradniowym pobycie w Hinwil w niedzielny wieczór chciałem wracać do domu, lecz stało się inaczej. Billy zaproponował mi bowiem, abym przenocował u niego, ponieważ ma przeczucie, że tej nocy zdarzy się coś szczególnego. Propozycja ta wydała mi się bardzo nęcąca i przyjąłem ją. Jego przeczucie okazało się prawdziwe i jestem mu teraz bardzo wdzięczny, że mnie zatrzymał, gdyż dzięki temu przeżyłem to, o czym marzyłem już od dawna — prawdziwe spotkanie z UFO.

158

W niedzielę wieczorem  16 maja  1976 roku przebywałem w domu Meierów oczekując w napięciu na to mające nastąpić po godzinie 22. wydarzenie. W pewnym momencie Billy oznajmił mi:

__Między wpół do pierwszej i pierwszą.

Tak, ale co? - - zapytałem. W odpowiedzi machnął jedynie ręką wskazując'na niebo, i dalej oglądał program telewizyjny, jak gdyby nic się nie stało. Zastanawiałem się, co miał oznaczać ten gest, jako że nie byłem obeznany z tym, co się tam działo. Na moje kolejne pytanie, odrzekł, że jego pozaziemska przyjaciółka Semjase poinformowała go, że musi się przygoto­wać na spotkanie z nią.

Dokładnie o godzinie 23.30, godzinę wcześniej niż było uzgodnione, Billy ponownie otrzymał od Semjase telepatyczną wiadomość, w której informowała go ona, że właśnie przelatuje nad jego miejscowością. . oparzony Billy zerwał się na równe nogi i wybiegł z pokoju, kierując się na zewnątrz domu. Jego żona, Kalliope, Konrad Schutzbach i ja ruszyliśmy za nim Na dworze pani Meier wskazała na niebo. Z początku nie wierzyłem własnym oczom, lecz to tam naprawdę było -- ognistoczerwony obiekt lecący bezgłośnie w prostej linii nad ich domem. Żona Billy'ego podała mi lornetkę i wtedy wyraźnie zobaczyłem światła w jego tylnej części. W na­pięciu śledziliśmy jego lot do czasu, aż zniknął na horyzoncie za lasem. Swoim zwyczajem Semjase przesłała nam pozdrowienie. Pani Meier i j; udaliśmy się na pobliskie wzniesienie, mając nadzieję, że jeszcze raz go zobaczymy. Po chwili podszedł do nas Konrad Schutzbach i powiedział, abyśmy bezzwłocznie wrócili do domu. Kiedy weszliśmy do niego, zastaliś­my w nim Billy'ego w trakcie przebierania się, który oznajmił nam, że przed kilkoma minutami otrzymał sygnał do wymarszu. Nie zwlekając ani chwili przebrałem się w ciepłe ubranie, Schutzbach również, i ruszyli; w ślad za nim. Billy jak zwykle wsiadł na swój motorower i odjechał. Tym razem, w przeciwieństwie do innych spotkań, nie znał jego miejsca ani drogi   Instrukcje otrzymywał w trakcie jazdy za pomocą przekaźml telepatycznego bezpośrednio ze statku Semjase. Schutzbach i ja jechaliśmy za nim samochodem. Musieliśmy uważać, aby nie stracić go z oczu, ponieważ nie mieliśmy zielonego pojęcia, dokąd jedzie. Z początku krążyli­śmy po Hinwil, aby zgubić postronne osoby, które mogły za nami jechać. Na rozwidleniu dróg musieliśmy się zatrzymać i cofnąć, a następnie skręcić w prawo — przypuszczalnie źle zrozumiał instrukcje przekazywane mu przez przekaźnik telepatyczny.

W końcu dotarliśmy do miejscowości Dürstelen, gdzie nasz przewodnik zatrzymał się nagle pośrodku polnej drogi. Znajdowaliśmy się bez wątpienia w pobliżu miejsca kontaktu. Gdyby Billy był sam, wówczas urządzenie

159

prowadzące zawiodłoby go aż na miejsce lądowania statku, ponieważ jednak towarzyszyły mu obce osoby, przyrząd automatycznie się wyłączył. Jego nagłe wyłączenie się jest sygnałem dla pilota, że ma skontrolować osobę towarzyszącą łącznikowi w celu ustalenia, czy jest ona usposobiona przyjaźnie, czy wrogo, to znaczy, czy jest godna zaufania, czy nie. Kontrola ta polega na analizie jej myśli. Jeżeli jej wynik jest pozytywny, wówczas kontakt jest podejmowany, w przeciwnym przypadku zostaje on odwołany i przeniesiony w inne miejsce i na inną porę.

Podczas tej kontroli w pamięci przekaźnika kodowane są wzorce fal mózgowych poszczególnych osób, dzięki czemu może on potem sam dokonywać ich identyfikacji. Fale mózgowe są bowiem jak linie papilarne.

Staliśmy więc na polnej drodze, czekając, aż zakończy się kontrola. Semjase nie miała w swoich urządzeniach wzorców naszych fal móz­gowych, dlatego sprawdzenie nas zajęło jej nieco czasu. Czekając na jej werdykt, gorączkowo rozglądaliśmy się po niebie w nadziei ujrzenia jej statku. W pewnym momencie dostrzegliśmy przelatujący stosunkowo blisko nas obiekt w kształcie punktu, który rozjaśniał się od czasu do czasu. W pierwszym momencie pomyślałem, że to samolot, ale nie słyszałem jakiegokolwiek odgłosu silnika. Schutzbach, z zawodu prywatny pilot, poddał w wątpliwość moje przypuszczenie, ponieważ częstotliwość migota­nia tego światła była bardzo nietypowa jak na samolot. W końcu Billy powiedział półżartem, że mógłby sprawdzić, czy jest to obiekt ziemski, czy nie, co też zrobił. Po kilku sekundach światło migacza nagle zgasło i obiekt przestał być widoczny. Billy wyjaśnił to następująco:

Po prostu wydałem rozkaz temu obiektowi, aby wyłączył migacz. W przypadku samolotu nie odniosłoby to żadnego skutku.

Jak wyjaśniła potem Semjase było to bezzałogowe urządzenie telemet­ryczne używane w celach zwiadowczych. Jego błyski, które nas tak za­intrygowały, są efektem pracy urządzeń sterowniczych. W przypadku ich awarii kontrolę nad pojazdem przejmuje automatycznie najbliższa ziemska baza Plejadan, która naprowadza go na właściwy kurs.

Po kwadransie oczekiwania i tym zabawnym epizodzie Billy otrzymał kolejny przekaz telepatyczny od Semjase. Zgodnie z nim polecił nam pozostać na miejscu i czekać na swój powrót. Poprosił również Semjase, aby dokonała nam niewielkiego pokazu. Zgodziła się, nie obiecując jednak, czy to zrobi na pewno. Mieliśmy na wszelki wypadek uważnie obserwować niebo, zwłaszcza jego północną część.

Następnie Billy wsiadł na swój wehikuł i pojechał na właściwe miejsce spotkania, które położone było w odległości kilku minut drogi od nas na ukrytej polanie, gdzie czekała już na niego Semjase.

160

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADk (Billy)]

„Billy" Eduard Albert Meier-Zafiriou

[dalej w oryginale jest seria 78 kolorowych zdjęć ]

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia – wszystkie reprodukcje zdjęć od UFO Z PLEJAD z 01-04 aż do UFO Z PLEJAD z 77-78 ]

Gdy Billy oddalił się od nas, pomyślałem, co by się stało, gdybym tak teraz za nim pobiegł. Semjase musiała wyłapać tę myśl, gdyż inaczej nie przywitałaby go słowami: „Przyprowadziłeś ze sobą dwie obce osoby. Sprawdziłam ich nastawienie. Ich zainteresowanie jest szczere. Pan Moos-brugger przez chwilę zastanawiał się, co by było, gdyby poszedł za tobą. Ale to bez znaczenia, ponieważ kryła się za tym jedynie ciekawość..."

Schutzbach i ja czekaliśmy na powrót Billy'ego. Była wspaniała widocz­ność, pełnia Księżyca. Ponieważ robiło się nam coraz zimniej, wsiedliśmy z powrotem do samochodu, skąd kontynuowaliśmy obserwację nieba. Ledwie zajęliśmy w nim miejsce, gdy nagle, jak gdyby z nicości, znad lasu w północnej części nieba wynurzył się ognistoczerwony okrągły krążek wielkości reflektora.

Początkowo unosił się w powietrzu huśtając na boki niczym wahadło, po czym zniknął. Odległość do niego wynosiła prawie 3 kilometry. Wkrótce w tym samym miejscu pojawił się biały jak śnieg okrągły obiekt, który zataczając kręgi przemieszczał się poziomo. Podczas tego manewru wyda­wało się nam, że owa kula nagle zwiększyła swoją wielkość, to znaczy z lewej i prawej strony u dołu pojawiły się następne, a potem jeszcze jedna, czwarta, nieco mniejsza, która jak kropla odpadła od środkowej, głównej, ale nie spadła na ziemię. Po następnej przerwie rozbłysł srebrzysty krążek, który pozornie zbliżając się do nas stawał się coraz większy. Po chwili jednak skurczył się i wrócił do swojej pierwotnej wielkości, a następnie zniknął bez śladu. W ten oto sposób zakończył się ów fascynujący spektakl, który zawdzięczaliśmy Billy'emu i Semjase.

Billy nie mógł oczywiście go oglądać, ponieważ w czasie jego trwania jechał do nas motorowerem. Kiedy dotarł do nas, po krótkiej przerwie ruszyliśmy w drogę powrotną. Byłem pełen podziwu dla jego zręczności, z jaką pokonywał zakręty, mimo iż miał tylko jedną rękę. Było około wpół do czwartej rano, gdy dotarliśmy do Hinwil. W pierwszej kolejności poszliśmy do pokoju, aby ogrzać się przy ciepłym piecu.

Podsumowując muszę stwierdzić, że było to dla mnie niezwykłe przeży­cie, którego z pewnością nigdy nie zapomnę. Jeśli zaś chodzi o wiarygod­ność tego całego zdarzenia, to chciałbym stwierdzić, co następuje:

1.  Konrad Schutzbach potwierdził swoim podpisem, że moja relacja jest całkowicie zgodna z prawdą.

2.  Przypuszczeniu,  że Billy sam to wszystko zainscenizował,  przeczy ukształtowanie terenu, które wyklucza, aby mógł on w tak krótkim czasie znaleźć się przy nas po pokazie. Poza tym nie wyobrażam sobie, w jaki sposób mógłby go przeprowadzić.

161

Tego rodzaju nocne pokazy polegają, jak twierdzą Plejadanie, na spala­niu energii elektrycznej. W tym celu statek wysysa ją z otaczającej go atmosfery, spręża i następnie eliminuje w procesie spalania. Efektem tego procesu są takie zjawiska świetlne, jakie opisałem w mojej relacji.

Na zakończenie przytaczam pełny zapis rozmowy Billy'ego z Semjase, która miała wtedy miejsce podczas ich spotkania.

Kontakt 52, poniedziałek, 17 maja 1976 roku, godzina 00.47.

BILLY: Tutaj jest o wiele przyjemniej niż tam na dworze.

SEMJASE: Oczywiście. Przyprowadziłeś ze sobą dwie nie znane mi osoby. Znowu musiałam sama przejąć sterowanie statkiem, podobnie jak wtedy nad Morzem Północnym, gdzie miałam coś do załatwienia.1

BILLY: Och, znowu byłaś zajęta czymś specjalnym? Świetnie. To prawda, sprowadziłem tu ze sobą panów Schutzbacha i Moosbruggera. Konrad Schutzbach mieszka w pobliżu Hegnau, a Moosbrugger w dolinie Walsertal w Austrii. Obaj są miłymi i porządnymi ludźmi.

SEMJASE: Sprawdziłam ich nastawienie -- ich zainteresowanie jest szczere. Pan Moosbrugger przez chwilę zastanawiał się, co by było, gdyby poszedł za tobą. Ale to bez znaczenia, ponieważ kryła się za tym jedynie ciekawość i szczere zainteresowanie.

BILLY: Obydwaj przesyłają ci pozdrowienia, również pan R. Sch. z Biel. Właśnie on przekazał mi ten dokument, prosząc cię, abyś powiedzia­ła, czy jest prawdziwy. Co o tym sądzisz?

SEMJASE: Dziękuję za pozdrowienia i przekaż im pozdrowienia ode mnie. Czy możesz mi powiedzieć coś bliższego o tym, co trzymasz w ręce?

BILLY: Nie. Chcę usłyszeć twoją odpowiedź wolną od jakichkolwiek sugestii.

SEMJASE: Zgoda, pokaż mi to... Och, znam ten dokument. Dotyczy posłania od pozaziemskich inteligencji. Ale to nie jest prawdziwy doku­ment, to prymitywne fałszerstwo.

BILLY: To, co mówisz, zgadza się z naszymi przypuszczeniami. Dzięki.

SEMJASE: Nie ma za co. A teraz spójrz tu, tę książkę możesz zwrócić panu S. z Lindau. Z teozoficznego punktu widzenia jest to nad wyraz wartościowe dzieło, mogę je tylko pochwalić. Przekaż to proszę panu S. Jest to znakomita książka, ale jeżeli ma być użyteczna, należy ją zmienić, to

'To nawiązanie do Morza Północnego dotyczy awarii wieży wiertniczej, podczas której zginęło wielu ludzi i doszło do poważnej katastrofy ekologicznej, którą Semjase zapewne poleciała obejrzeć.

162

znaczy przyjąć inną kolejność, ponieważ wszystko jest w niej pomieszane. I mimo iż jest bardzo dobra i w zgodzie z prawdą, nie powinna być rozpowszechniana wśród szerszych mas społeczeństwa, ponieważ nie jest ono jeszcze w stanie pojąć tych wszystkich wywodów. Dzieło to powinno być przeznaczone tylko dla ludzi, którzy osiągnęli już odpowiednio wysoki poziom wiedzy. Udostępnienie jej szerokim masom wywołałoby tylko zamieszanie, które zamiast pomóc tylko by zaszkodziło ich rozwojowi. Z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że jej powszechne zrozumienie będzie możliwe dopiero za 150-200 lat.

BILLY: Dziękuję ci, dziewczyno. Twoją ocenę przekażę panu S. Mam teraz specjalne pytanie. 10 maja z poziomu Petale otrzymałem nowe proroctwo dotyczące świata, które muszę „ubrać" w formę wiersza i objaś­nić. Pojawiło się w nim jednak coś zupełnie dla mnie nie znanego, co dotyczy żyjących gdzieś w Peru Indian ogromnego wzrostu, którzy jak wynika z tej przepowiedni, jakieś 10 dni temu musieli zaatakować jakąś wioskę. Wygląda na to, że są oni dawnymi wrogami Inków żyjącymi w głębi dżungli w chatach z liści i podziemnych tunelach. Czy wiadomo ci coś o tych indiańskich gigantach? Byłbym ci wdzięczny za nieco uwag na ten temat, poza tym inni również byliby tym zainteresowani.

SEMJASE: Oczywiście, istnienie tej formy życia jest nam znane. Chodzi tutaj o potomków pewnej rasy pozaziemskiej, której przedstawiciele osiągają wzrost około 210 centymetrów. Ich skóra ma kolor czerwono-brązowy jak w przypadku innych ras indiańskich. Mają czerwone włosy z przebarwieniami. Przed około 500 laty giganci ci wycofali się do dżungli, gdzie zbudowali podziemną wioskę, w której żyją do dzisiaj. Mieszkają także na powierzchni ziemi w chatach z liści. Są dzicy, ubierają się w skóry zwierząt i żywią się roślinami oraz tym, co upolują. Ponieważ mają ostatnio kłopoty z przyrostem naturalnym z braku kobiet, od kilkudziesięciu lat porywają je z cywilizowanych terenów, zwłaszcza białe. Korzenie ich pochodzenia sięgają czasów Inków, z którymi są spokrewnieni. W dawnych czasach szerzyły się waśnie między różnymi grupami Inków, w rezultacie których walczyły one ze sobą na śmierć i życie. Jedna z tych wojen toczona była między tymi gigantami a innym plemieniem inkaskim, które nazywało się Chanaks lub Chanka. Bardzo często dochodziło do potyczek między nimi, ponieważ Chanaks lub Chanka zwalczali wszystkich, którzy byli czystszej krwi Inkami. Giganci stanęli po stronie czystszej krwi Inków i wypowiedzieli im wojnę nękając ich swoimi atakami. Około 500 lat temu nagle opuścili swoją wspólnotę plemienną i wycofali się w głąb dżungli, gdzie wiodą ciężkie i pełne wyrzeczeń życie. Od tamtego czasu uważa się, że wyginęli zupełnie. Ponieważ są potomkami Inków, można ich uważać za

163

Środa, 19 maja 1976 INDIANIE-OLBRZYMY UPRO­WADZILI BIAŁE KOBIETY Dzikie olbrzymy, które od 400 lat uważane były za wymarłe LIMA (Peru) — Dzicy olbrzymi odziani w skóry wdarli się do położonej w dżungli peruwiańs­kiej wioski La Pampa del Sacrament. Przy pomocy prymityw­nych siekier wymordowali wszystkich mężczyzn, z wyjąt­kiem dziewięciu, których ciężko ranili. Następnie wybrali 3 naj­piękniejsze białe kobiety i upro­wadzili je ze sobą.

Było to przed dwoma tygo­dniami. Kilka dni później grupa rudowłosych mężczyzn mierzą­cych po około 2,15 m wzrostu napadła na myśliwych obozują­cych w dżungli.

Nadeszli z oszczepami i kijami — powiedział świadek tego zdarzenia peruwiańskiemu pismu Ultima Hora. Odniósłszy rany myśliwi musieli się wyco­fać.

Miejscowa ludność żyje te­raz w nieustannym strachu. Naukowcy i historycy zadają sobie natomiast pytanie: „Kim są ci olbrzymi rudzielcy?"

Opis tych olbrzymów pokry­wa się z opisem Indian ze szczepu „Chanka". Ci czerwo-noskórzy przez ponad 400 lat uchodzili za wymarłe plemię.

Toczyli liczne wojny z Inka­mi, po czym uciekli przed hisz­pańskimi konkwistadorami.

Skutecznie przeciwstawiali się próbom cywilizowania. Po­tem zaginął o nich wszelki słuch. Aż do dzisiaj...

Artykuł   ze   szwajcarskiej gazety Blick

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADl]

164

wrogów Inków tylko pod warunkiem uwzględnienia faktu, że występowali przeciw zdegenerowanym Inkom, takim jak Chanaks lub Chanka.

BILLY: To bardzo interesujące. Czy nazywanie tych zdegenerowanych Inków Chanka lub Chanaks, oznacza, że nie wiesz, jak się oni dokładnie nazywali?

SEMJASE: Te dwa określenia używane są od dawien dawna. Byli znani pod tymi dwiema nazwami. Jest jeszcze jedna, trzecia, ale nie mogę ci nic o niej powiedzieć, ponieważ nie jestem na ten temat dobrze poinformowana.

BILLY: Nie szkodzi i tak powiedziałaś mi więcej, niż się spodziewałem. Mam jeszcze jedno pytanie, a właściwie dwa. Pochodzą od pana Moosbrug-gera z Walsertalu. Jaka astronomiczna data jest związana z piramidą w Gizie i czy tak zwana „klątwa faraonów" istnieje naprawdę?

SEMJASE: Najpierw odpowiem ci na drugie pytanie. Nie ma żadnej „klątwy faraonów". To tylko wytwór ludzkiej wyobraźni powstały w umysłach ludzi, którym wydaje się, że wszystko wiedzą, że znają różne tajemnice, którzy wciąż tkwią w religijnych przesądach. Od dawna zdarzają się przypadki zgonów wśród rabusiów okradających grobowce faraonów, również wśród waszych naukowców, ponieważ oni także uprawiali grabież. Świadomość, że takie grabieże będą miały miejsce, doprowadziła do konieczności zainscenizowania przez faraonów i kapłanów wypadków poprzez zastosowanie odpowiednich środków. W tym celu sporządzali oni odpowiednie pułapki. Kazali na przykład swoim niewolnikom zbierać kolce kaktusa Figidindusa, które nasączali odpowiednimi truciznami. Następnie te zatrute kolce umieszczali między bandażami balsamowanego ciała. Każdy, kto go potem dotykał, ulegał ukłuciu, po którym do organizmu ofiary dostawała się trucizna wywołująca jej śmierć.

BILLY: Niesamowite. Masz na myśli kolce kaktusa Figidindusa, te, które pokrywają powierzchnię jego owoców?

SEMJASE: Tak, a teraz drugie pytanie. W czasie gdy wznoszono piramidy, ówcześni astronomowie obliczyli dalszy los Ziemi. Na podstawie tych danych ustalono wymiary piramid. Obliczenia wykazały, że w przy­szłych wiekach Ziemia zostanie zagrożona katastrofą z kosmosu, podobnie jak to miało miejsce w czasie ich wznoszenia. Aby uzmysłowić przyszłym pokoleniom ten grożący im kataklizm, dane na jego temat zakodowano w konstrukcji piramidy. Oznacza to, że zostały one zbudowane w oparciu o dane, które staną się jasne, kiedy ta katastrofa z kosmosu znowu zagrozi Ziemi. Dawna astronomia była bardzo rozwinięta i obliczyła te daty nad wyraz dokładnie. Uwzględniono przy tym nawet wiele globalnych prze­mian, których daty zostały wyliczone z ogromną precyzją. Zgodnie z prze­widywaniami tej dawno zapomnianej nauki Ziemia ulegała ciągłym przeob­rażeniom. Powoli nadchodzi czas, kiedy te astronomiczne dane, które

165

zakodowano w konstrukcji piramid, zaczynają pokrywać się ze współczes­nymi obliczeniami astronomicznymi zapowiadającymi to, co przewidziano ponad 70.000 lat temu. Owo zdarzenie nastąpi dokładnie wtedy, kiedy światło pewnej bardzo dalekiej gwiazdy, centralnej, wpadnie przez Wrota Objawienia do walcowatego tunelu, który biegnie w prostej linii od zewnęt­rznej ściany Wielkiej Piramidy do jej wnętrza, i oświetli pewien centralny punkt. Nic więcej nie wolno mi powiedzieć.

BILLY: Ależ to chyba ważne, abym dowiedział się czegoś więcej na ten temat. SEMJASE: Z całą pewnością, ale niestety nie wolno mi nic więcej powiedzieć. Jeżeli bardzo chcesz, mogę to powiedzieć, ale tylko tobie. BILLY: Będę milczał jak grób.

SEMJASE: W porządku, ale jeszcze nie dzisiaj. Połączę się specjalnie w tym celu z tobą telepatycznie, kiedy będę przekazywała ci tę rozmowę. BILLY: Zgoda. A jak wygląda sprawa z tymi tajemnicami krążącymi wokół piramid i jak zostały one wzniesione, pewnie za pomocą maszyn? SEMJASE: Prawdziwe tajemnice nie są po to, aby je wyjawiać, poza tymi, które dotyczą istnienia Inteligencji Giza \jej dokładne omówienie znajduje się w rozdziale XIV], pomiarów związanych z nadciągającą kata­strofą i owego światła pewnej gwiazdy, które ma w pewnym momencie wpaść przez Wrota Objawienia. Piramidy zostały wzniesione przy pomocy duchowych sił telekinetycznych, o czym już zresztą wiesz, w związku z czym nie muszę ci nic więcej mówić na ten temat.

BILLY: To wystarczy. Dzięki. Dziwi mnie bardzo, dlaczego w czasie ostatniego weekendu, a nawet nieco wcześniej, tak dużo waszych statków krążyło nad Hinwil. Czyżbyś zgubiła jakieś „złote nic", którego wspólnie szukaliście? To był prawdziwy pokaz. Naliczyliśmy łącznie dziewięć pojaz­dów, nie licząc tych dwóch, w których byłaś ty i Quetzal.

SEMJASE: Tak, to prawda. Nie, nie zgubiłam niczego, a już z pewnoś­cią tej dziwnej rzeczy, o której mówisz.

BILLY: Rozbawiasz mnie, dziewczyno. Przecież to był żart. Po prostu „złote nic" to tylko przenośnia, która oznacza zwyczajne nic.

SEMJASE: Zapamiętam to na przyszłość. Otóż podczas kontroli stwier­dziliśmy, że jakaś organizacja militarna przy pomocy prymitywnej aparatu­ry i niebezpiecznych helikopterów badała miejsca lądowań w poszukiwaniu śladów promieniowania. Mówię o tych miejscach lądowania, w których ja sama się przyziemiałam. Ponieważ zawsze istnieje możliwość kumulowania promieniowania, dokonaliśmy inspekcji i zbadaliśmy, co trzeba. W żadnym z tych miejsc nie stwierdziliśmy jakiegokolwiek promieniowania. Zapewne sam widziałeś te helikoptery kilka dni wcześniej wieczorem, około godziny 21. Krążyły również nad twoim domem.

166

BILLY: Wiem, widzieliśmy tych wojskowych głupków, ale nie przej­mujemy się nimi, ponieważ nie grzeszą sprytem. Daliście nam wspaniały pokaz, który sprawił nam wielką radość. Kto z was latał w kierunku północno-wschodnim?

SEMJASE: Quetzal, chciał wam sprawić radość.

BILLY: Co mu się znakomicie udało. To było wspaniałe. Podziękuj mu za to.

SEMJASE: W porządku, z pewnością to go bardzo ucieszy.

BILLY: Chciałem jeszcze powiedzieć, że kiedy nagrywałem odgłos twojego statku, wśród ludzi, którzy pojawili się nagle wokoło, jakby wyrośli spod ziemi, byli także lokalni policjanci. Teraz nawet oni wtykają w to swoje nosy.

SEMJASE: Zauważyłam to, ale to bez znaczenia, ponieważ nie mają żadnego konkretnego dowodu. Jak właściwie wyszły zdjęcia, które robiłeś tuż przed Wielkanocą?

BILLY: Masz na myśli te, na których ścigał ciebie ten samolot myśliw­ski? Chciałbym widzieć wtedy głupią minę tamtego pilota. Wydaje mi się, że te zdjęcia wyszły dobrze. [Patrz zdjęcie nr 18.]

SEMJASE: Pilot miał w samolocie aparat, ale nie mógł zrobić żadnych zdjęć, ponieważ zablokowałam go. Wyraz jego twarzy był komiczny, wyrażał niedowierzanie i zdziwienie. Nigdy przedtem nie widziałam tak głupkowatego wyrazu twarzy.

BILLY: Mogę to sobie wyobrazić. Ziemskie robaki często wyglądają głupkowato, kiedy są zdziwione. Powiedz mi jednak, czy nie zauważyłaś wtedy czegoś dziwnego o godzinie 00.20? Chodzi mi o obiekt, który przelatywał wtedy wysoko nad nami błyskając w dziwnym rytmie. Aby sprawdzić, czy nie jest to samolot z uszkodzonymi migaczami, wydałem temu obiektowi polecenie wyłączenia światła, co też uczynił, ale dopiero po pewnym czasie — mniej więcej 5-10 sekundach. Musiało to być urządzenie telemetryczne lub coś w tym rodzaju, ponieważ nie jestem w stanie oddziaływać na samoloty. To samo powiedziałem moim przyjaciołom. Wiadomo ci coś o tym? Acha i jeszcze coś. Mniej więcej 10 minut później pan Schutzbach zobaczył czerwone światło w gwiazdozbiorze Wielkiej Niedźwiedzicy, które po chwili nagle zniknęło.

SEMJASE: Nie zlokalizowałam tego drugiego obiektu, było to przypu­szczalnie w momencie, gdy byłam już na dole [w ukrytym na leśnej polanie statku]. Ten pierwszy obiekt, któremu kazałeś wyłączyć światło, był naszym urządzeniem telemetrycznym. Baza poinformowała mnie, że pod wpływem nie zlokalizowanych sił zszedł z kursu. Powinieneś bardziej uważać w ta­kich przypadkach.

167

BILLY: Czy kazanie wyłączenia światła takiemu śmigaczowi jest aż tak

niebezpieczne?

SEMJASE: Oczywiście. Światło wysyłane przez urządzenie telemet­ryczne jest bardzo ważne, ponieważ służy do wyznaczania jego kursu. Jak sam zauważyłeś posiada ono określoną częstotliwość i jest bardzo jaskrawe. Jego błyski są niczym impulsy fal radiowych używanych do sterowania. Gdy siłą umysłu wyłączyłeś je, wówczas to urządzenie wypadło spod kontroli i zboczyło z kursu. W rezultacie musiała interweniować baza, aby wprowadzić je z powrotem na właściwą trajektorię.

BILLY: Obiecuję już tego nie robić. Naprawdę nie miałem złych

zamiarów.

SEMJASE: W porządku, nie mogłeś o tym wiedzieć.

BILLY: Mam jeszcze jedno pytanie. Czy możesz przeprowadzić dla obu moich przyjaciół mały pokaz? Wiesz, interesują się wszystkim, a przede wszystkim naszą misją. Twój pokaz byłby dla nich bardzo cenny.

SEMJASE: Doskonale rozumiem twoją prośbę. Wiesz, jak trudno jest ostatnio z takimi rzeczami, zwłaszcza odkąd depcze się nam po piętach. Z tego między innymi względu poinformowałam cię, żebyś był gotowy między godziną 00.30 a 1.00, zaś wezwałam cię godzinę wcześniej o 23.30. Zastanowię się nad twoją prośbę, ale niczego nie obiecuję.

BILLY: W porządku, to mi wystarczy. Czy mogłabyś mi dać jeszcze dwie lub trzy rzeczy ze swoich artykułów spożywczych. Mam na myśli małe pastylki, czy jak tam to wygląda. Pod warunkiem że nie sprawię ci tym kłopotu, na przykład nie spowoduję, że umrzesz z głodu.

SEMJASE: Ależ oczywiście mogę spełnić to życzenie, tyle że nie mam teraz ze sobą nic takiego. Wezmę to ze sobą następnym razem, najlepiej coś takiego, co będzie najbardziej przypominało ziemskie wyroby, coś, co jest

już tutaj produkowane.

BILLY: Dzięki. Chyba tak będzie najlepiej, ponieważ gdyby to było coś obcego, mogłyby być z tym kłopoty. Wiesz, jak zachowują się ludzie.

SEMJASE: Wiem, wiem. Ale już czas na mnie, muszę wracać nad

Morze Północne.

BILLY: Zatem leć, mój skowronku. Mało nie powiedziałem moja sowo, ale to przecież nie pasuje do ciebie, ponieważ bardziej przypominasz właśnie skowronka, nawet w mowie, to znaczy brzmieniem głosu.

SEMJASE: Twoje komplementy są bardzo miłe i szczere.

BILLY: Dziękuję, przyjmij proszę wszystkie kwiaty świata jako wyraz mojego hołdu i raduj się ich wonią odczuwając radość i miłość.

SEMJASE: Jesteś tak miły, że aż wprawiasz mnie w zakłopotanie.

BILLY: Ty również. Życzę ci wszystkiego najlepszego, droga dziew-

168

czyno. Niech czarujący zapach ziemskich kwiatów towarzyszy ci napeł­niając cię miłością. Do zobaczenia wkrótce.

SEMJASE: Do widzenia, moje myśli zawsze będą przy tobie. Jest mi często bardzo... [Nie usłyszałem już ostatnich słów Setnjase, gdyż wszedłem do szybu antygrawitacyjnego i szybko zjechałem na dół, następnie wsiadłem na motorower i odjechałem. Wydaje mi się, że życie jest czasami dziwne i popieprzone. Anita z Wiednia zwykła w takich sytuacjach mówić: „Życie to gówno"].

2. Moja druga obserwacja UFO

(zdjęcia 57, 58, 60 i 62 relacja Guido Moosbruggerd)

Zdarzenie to przebiegało inaczej niż to sprzed miesiąca, wszystko było bowiem zaplanowane i zapowiedziane. Trzy dni wcześniej w trakcie roz­mowy telefonicznej z Billym, dowiedziałem się, że na ten weekend przewi­dziany jest nocny pokaz Plejadan, w którym będę mógł uczestniczyć i robić zdjęcia. Była to bardzo doniosła wiadomość, gdyż dotychczas nikomu nie zezwalali na fotografowanie lub filmowanie, pomijając Billy'ego.

Ponieważ moje umiejętności w tej dziedzinie pozostawiały wiele do życzenia — nigdy nie pracowałem ponadto z teleobiektywem, a już w ogóle nocą — poprosiłem o radę mojego kolegę Huberta Riesera. Kierując się jego wskazówkami nabyłem odpowiednio czuły film i ruszyłem w drogę. Pokaz miał nastąpić w nocy z 12 na 13 czerwca. Po moim przybyciu do domu Meierów dowiedziałem się od Billy'ego, że jego początek ma nastąpić po północy, między godziną 24. a 1. Aby przebiegł on bez zakłóceń, Plejadanie postanowili poddać wcześniej badaniu mające w nim uczestniczyć osoby. Było nas sześcioro: bracia Schutzbachowie, pani Stet-ter, pani Flammer, pani Walder i ja.

Po krótkiej naradzie ruszyliśmy o północy w drogę. Billy jechał swoim motorowerem — aż do miejsca lądowania na ukrytej w lesie polanie, my zaś w dwóch grupach udaliśmy się na miejsce obserwacji znajdujące się na łące między Hinwil i Wetzikon, niedaleko hali sportowej. Na wąskiej polnej drodze ustawiliśmy trzy statywy i przygotowaliśmy nasz sprzęt -- dwa aparaty fotograficzne i jedną kamerę - - nakierowując go na północny wschód, na skraj lasu przy Winkelriet oddalonego od nas o około 2 kilomet­ry. Widoczność była wspaniała. Po około godzinnym oczekiwaniu, o 2.15, rozpoczął się długo oczekiwany spektakl.

Tak jak przypuszczaliśmy, na północnym wschodzie przed zalesionym zboczem góry Bachtel pojawił się pierwszy błyszczący obiekt. Szczęśliwym trafem nie musiałem wcale nakierowywać nań aparatu, ponieważ znalazł się

169

od razu w obiektywie. Najpierw podziwialiśmy ognistoczerwony krążek wielkości reflektora samochodowego, który po kilku sekundach zniknął nam z pola widzenia, tak szybko, jak szybko się pojawił. Po chwili przed nami rozbłysl przepiękny srebrzysty krążek. Zdaniem obecnych pań był trójkolorowy, osobiście nie widziałem tego, ponieważ zajęty byłem ustawia­niem aparatu. Potem pojawił się jeszcze trzeci, nieco wyżej od poprzednich.

Po krótkiej przerwie nad skrajem lasu pojawił się srebrzysty krążek, który niczym struga deszczu opadł w dół. Na zakończenie tego krótkiego, acz imponującego pokazu mogliśmy jeszcze przez chwilę obserwować odlatujący statek w kształcie kuli świecący jaskrawym światłem. Począt­kowo wznosił się pionowo ku niebu, po czym zaczął stopniowo opadać, oddalając się coraz bardziej, aż w końcu skurczył się do rozmiarów małego punktu i ostatecznie zniknął z naszych oczu. Wszystko to trwało w sumie nie dłużej niż 10 minut.

Wkrótce potem z oddali dobiegł nas odgłos silnika jakiegoś pojazdu zbliżającego się do nas od strony Winkelriet. Przez chwilę zastanawialiśmy się, kto to może być? Wkrótce okazało się, że to nie kto inny, jak sam Billy wracający ze spotkania z Semjase. Zachwycony poinformował nas, że z miejsca lądowania sfotografował cały ten pokaz. Poza tym zakomunikował nam, że Semjase poleciała swoim statkiem do Austrii i w drodze powrotnej wyląduje raz jeszcze, lecz już w innym miejscu. W związku z tym natychmiast opuściliśmy to miejsce i udaliśmy się w kierunku Hinwil. Zatrzymaliśmy się przed przejazdem kolejowym i cze­kaliśmy. Po chwili Billy ruszył na spotkanie, które miało się odbyć w pobliskim lesie. Podobnie jak za pierwszym razem w Winkelriet również tutaj podchodzenie do lądowania i samo lądowanie statku Semjase odbyło się całkowicie bezgłośnie, poza tym w ogóle nie było go widać dzięki ekranowi ochronnemu.

Zaniepokoiło nas dziwne zachowanie niektórych zwierząt. Początkowo wokół zapanowała całkowita cisza, którą przerwało następnie głośne rżenie koni dochodzące do nas z lasu w miejscu lądowania statku Semjase. Mniej więcej w tym samym czasie usłyszeliśmy także osobliwe szczekanie, a nad naszymi głowami przeleciał ptak wielkości kruka. Jak wiadomo, obecność pozaziemskich statków kosmicznych bardzo niepokoi zwierzęta. Jest to spowodowane emanowanym przez nie promieniowaniem, które odbierają zwierzęta.

Gdy około godziny 4. nad ranem Billy wrócił ze swojego drugiego spotkania, wszyscy razem udaliśmy się do domu.

A oto kilka interesujących spostrzeżeń związanych z materiałem foto­graficznym zgromadzonym tej nocy:

170

1.  Zdjęcia  pana  Schutzbacha   przedstawiają jedynie   koliste   świecące obiekty.

2.  Na zdjęciach czarnobiałych widoczne są figury w kształcie robaczków, a nie krążków, i można rozpoznać na nich manewry statku Plejadan.

3.  Tylko na jednym z moich kolorowych slajdów robionych przy użyciu teleobiektywu widoczny jest obiekt w kształcie koła. Na innym wyraźnie widać z kolei ślady po spalaniu w kształcie chmury dymu. Widać także mżawkę, o której wspomniałem wcześniej, ale nie widać krążka, który widzieli wszyscy obserwatorzy. Na jeszcze innym dobrze wyszedł od­latujący statek widoczny jako świecący czerwony punkt.

4.  Kolorowe zdjęcia Billy'ego robione bezpośrednio z miejsca lądowania i bez użycia teleobiektywu przedstawiają zupełnie inne obiekty świecą­ce. Całkowitą niespodzianką dla nas było zdjęcie, na którym widoczna była cyfra „l". Godnymi uwagi są również intensywne kolory, które widać jednak tylko wtedy, gdy zdjęcia ogląda się z bliska.

Każdy, kto widział te świecące obiekty, musi przyznać, że z całą pewnością nie są one dziełem jakiegoś pirotechnika. Jak sądzę, nie zabraknie i takich, którzy znajdą jednak jakieś „racjonalne" wyjaśnienie tych zjawisk.

3. Moja trzecia obserwacja UFO

(relacja Guido Moosbruggera)

Czternaście dni po mojej drugiej obserwacji statków Plejadan, Semjase i Quetzal postanowili jeszcze raz powtórzyć ostatni pokaz w tym samym miejscu. Z powodu nieprzewidzianych okoliczności musiał on jednak zostać odłożony.

W czasie kontaktu z Billym Quetzal wyjaśnił to przesunięcie w czasie następująco:

- Stwierdziłem, że wszędzie jest pełno ludzi, którzy z zaciekawieniem wpatrują się w niebo w oczekiwaniu na nasz spektakl. Poza tym na skrzyżowaniu przed Hinwil stoi samochód, w którym siedzi dwóch policjan­tów obserwujących całą okolicę.

Biorąc pod uwagę fakt, że Plejadanie nie tolerują niepożądanych gości w czasie swoich pokazów, ich reakcja jest zupełnie zrozumiała. Tego wieczoru w Hinwil miała miejsce potańcówka, w związku z czym na ulicy do późnej nocy panował ożywiony ruch.

I chociaż z zapowiedzianego pokazu nic nie wyszło, okazało się, że nie przyjechaliśmy tam na darmo. Mimo iż nasza cierpliwość wystawiona została na ciężką próbę, to jednak została ona w końcu nagrodzona.

171

Po pierwsze, mieliśmy przyjemność, to znaczy Hans i Konrad Schutz-bachowie, pani Flammer, pani Stetter, pani Walder oraz ja, zaobserwować kilka urządzeń telemetrycznych przelatujących powoli na stosunkowo nis­kich wysokościach. Przy tej okazji udało mi się sfotografować trajektorie jednego z nich. Miałem właśnie zamiar sfotografować Wenus, gdy jak na zawołanie pojawił się on w obrębie mojego obiektywu (patrz zdjęcie nr 59).

Po drugie, podobnie jak poprzednim razem mogliśmy obserwować i sfotografować odlot statku załogowego wyglądającego jak ognistoczer-wona, płonąca kula. Tym razem jednak nastąpił on dużo szybciej i wtedy zrozumiałem, dlaczego nie udało mi się zdjęcie specjalne.

4. Nocny pokaz w dniu 14 marca 1976 roku

(relacja Jacobusa Bertschingerd)

14 marca 1976 roku Jacobus Bertschinger był świadkiem zdarzenia, które miało miejsce w pobliżu Betswil nie opodal domu dziecka Sun-nematteli. Oto jego relacja:

O godzinie 0.40 zauważyłem nagle na północy nad wierzchołkami świerków ciemnożółte światło, które pojawiło się nagle, jakby wyło­niło się z nicości. Początkowo myślałem, że to dom, w którym po prostu zapalono światło. Wydało mi się to jednak nieco dziwne, gdyż nad świerkami i to do tego w głębi lasu nie może przecież być żadnego domu. To zmobilizowało mnie do dokładniejszej jego obser­wacji. Z początku było ono stałe i nieruchome, potem jednak zaczęło się poruszać i powoli dotykać wierzchołków świerków. Powoli wznio­sło się do góry, aż osiągnęło wysokość 200-300 metrów, zmieniając przy tym powoli swój kolor na ciemnoczerwony. Gdy osiągnęło tę wysokość przestało na chwilę migotać, po czym zaczęło przybliżać się do mnie. Wszystko to działo się z niewiarygodną szybkością. Zbliżające się światło zwiększyło swoją wielkość i zmieniło kolor, tym razem na mlecznobiały. Następnie ta świetlna kula nagle znowu się zatrzymała, ja zaś w napięciu czekałem na ciąg dalszy tego spektaklu. Należy przy tym dodać, że ten obiekt w czasie swojego lotu wzniósł się w górę i znajdował się teraz na wysokości 2000-3000 metrów.

Spod tej świetlnej kuli zaczął się nagle sypać istny deszcz iskier, jak w trakcie pokazu sztucznych ogni. Zjawisku temu towarzyszył niesamowity hałas przypominający odgłos, jaki powstaje, gdy stykają się ze sobą dwa nie izolowane kable elektryczne. W końcu rozległ się

172

jakby strzał i całe zjawisko przybrało odwrotny kierunek — świetlna kula zaczęła oddalać się, ponownie wznosząc się coraz wyżej. Sunęła na północ, aż w końcu zniknęła w chmurach.

Po około 30 minutach ta czerwona, świetlna kula pojawiła się znowu, po czym jeszcze raz wzbiła się w górę, zatrzymała nad czubkami sosen, obróciła i odleciała na wschód. Śledziłem ją aż do chwili jej zniknięcia w chmurach. [Według danych istot pozaziems­kich pułap, na jakim się znajdowała, wynosił 2200 metrów.]

Oświadczam, że powyższe informacje są zgodne z prawdą i żadna z nich nie jest wytworem mojej wyobraźni lub efektem halucynacji.

W uzupełnieniu załączam krótki fragment rozmowy, którą Billy prze­prowadził z Semjase i Quetzalem przed tą nocną demonstracją (kontakt 48, niedziela, 14 marca 1976 roku, godzina 00.04).

BILLY: Cieszę się, że odwiedziliście mnie we dwójkę. Czyżbyście mieli dla mnie coś szczególnego?

SEMJASE: Oczywiście, Quetzal chciałaby coś z tobą omówić.

QUETZAL: Ważne jest, abyś zachował milczenie w tej sprawie.

BILLY: Jeśli tylko sobie tego życzycie. Zapędziliście mnie bardzo wysoko na tę górę.

QUETZAL: To dobre miejsce. W przyszłości Semjase będzie za każ­dym razem ustalała miejsce lądowania, ponieważ zbyt dużo osób interesuje się naszymi sprawami, jak już się zresztą sam o tym przekonałeś.

BILLY: Niestety, dzisiaj musiałem przyjechać samochodem, ponieważ wczoraj w moim motorowerze przerwał się przewód doprowadzający pali­wo. Przywiózł mnie tutaj kolega, który czeka teraz na mnie jakieś 2 kilomet­ry stąd.

QUETZAL: To bardzo miło z jego strony. Podziękuj mu za to. Jego trud zostanie nagrodzony, będzie miał bowiem okazję zobaczyć mój statek. Poza tym urządzę mu w prezencie niewielki pokaz w postaci eliminacji energii elektrycznej. Dokonam jej koncentracji poprzez „wyssanie" jej z atmosfery, po czym dokonam jej spalenia. Twój pomocnik będzie musiał jednak uzbroić się trochę w cierpliwość, ponieważ nie mogę tego zrobić na wysokości poniżej 2500 metrów, gdyż opadająca paląca się energia jest bardzo gorąca. Będzie widział to wyraźnie, ponieważ będę leciał wysoko i bardzo wolno.

173

IX OBSERWACJE DZIENNE I NOCNE

Oprócz dziennych i nocnych pokazów kilka osób miało okazję zaobserwować pozaziemskie obiekty latające w innych sytuacjach. Takie przypadkowe dzienne obserwacje statków Plejadan należą do rzadkości i dlatego mogę tu przedstawić jedynie dwie relacje tego typu. Istnieje oczywiście pewien konkretny powód, dla którego Plejadanie i ich sprzymierzeńcy unikają sytuacji, w których mogliby być widziani w ciągu dnia. Jego wyjaśnienie zawiera poniższa relacja żony Billy'ego, Kalliope. (Oberwacje i fotografowanie statków Plejadan przez Billy'ego odbywało się za ich zgodą, w związku z czym nie mają one charakteru przypadkowego, to znaczy obserwacji dokonywanych bez wcześniejszego ich zaplanowania).

W przeciwieństwie do nich dokonano stosunkowo wielu obserwacji nocnych, z których przedstawię jednak tylko kilka, między innymi jedną, która nie miała zawiązku z pojazdami Plejadan. Ów pozaziemski obiekt latający widziany był w Hinterschmidruti, Monachium i szeregu innych miejsc. Powodem jej przytoczenia tu jest interesujące wyjaśnienie Taljdy, jakiego udzieliła Billy'emu na ten temat.

1. Obserwacje dzienne

1.1. Niezwykła obserwacja

(relacja Kalliopy Meier)

Było to 28 czerwca 1976 roku, gdy mój mąż, „Billy", przyszedł do nas i ku naszemu zaskoczeniu zażądał, abyśmy [Kalliope Meier, jej

174

córka Gilgamesha, synowie Atlantis i Methusalem, Amata Stetter i Hans Schutzbach] udali się razem z nim w pewne miejsce poza Hinwil. Zrobiliśmy, jak nam powiedział. Wsiedliśmy do samochodu pana Schutzbacha i pojechaliśmy do miejscowości Oberdorfler Riet (Betzholz-Hinwil). Tam mieliśmy czekać na jego powrót. Na miejsce spotkania znajdujące się kilkaset metrów dalej pojechał swoim moto­rowerem. Czekała już tam na niego Semjase z Cjuetzalem i Pieją.

Wyczekując w cieniu drzewa na jego powrót prowadziliśmy oży­wioną rozmowę. Po około pół godzinie nasz sześcioletni wówczas syn Atlantis zawołał nagle: „Patrzcie, tam coś leci". Ku naszemu za­skoczeniu ujrzeliśmy, jak w odległości około 300 metrów od nas z lasu wzniósł się w powietrze duży srebrzystoszary obiekt.

Hans Schutzbach miał ze sobą pożyczony od Billy'ego aparat fotograficzny, który wziął ze sobą na wszelki przypadek. Już od kilku miesięcy molestował Billy'ego, aby pozwolił mu sfotografować statek kosmiczny Semjase w dziennym świetle.

Hans Schutzbach od początku był zaangażowany w misję Bil-ly'ego — jako fotograf-hobbista był odpowiedzialny za dokumentację fotograficzną. Stał się mężem zaufania i od czasu do czasu mógł razem z moim mężem zbliżać się do statku Semjase. Okazało się jednak, że nie może [bez osłony] znieść jej pola promieniowania. Wielokrotnie opowiadał, że znajdując się wewnątrz niego czuł się jak w raju, zaś po wyjściu zeń doznawał uczucia, jakby się świat przed nim zawalał. W tych momentach czuł właśnie, co oznacza prawdziwa miłość i pokój, a ponieważ tego stanu nie można było utrzymać po wyjściu z pola promieniowania Semjase, popadał w silne uczucie przygnębienia.

Z powodu tak wrażliwego odbioru kontaktów z Semjase mąż mój przestrzegał go przed zamiarem ujrzenia jej statku w dziennym świetle. Powiedział mu, że kiedy już taka okazja się nadarzy, to z wrażenia nie będzie w stanie zrobić ani jednego udanego zdjęcia.

I rzeczywiście, kiedy nad lasem ukazał się statek Plejadan, przypu­szczenie mojego męża sprawdziło się. Hans Schutzbach biegał z wra­żenia wkoło, nie wiedząc, jak ma się zachować, aż w końcu wypuścił aparat z rąk. Po chwili uspokoił się nieco i — z ogromnym trudem - podjął próbę wykonania kilku zdjęć. Ręka mu drżała, nie mógł utrzymać nieruchomo aparatu. Gdy ochłonął, statek oddalił się już na tyle, że był widoczny jako mały punkcik.

Ta obserwacja statku kosmicznego trwała około 10 minut, tyle bowiem czasu wznosił się on i powoli oddalał, aż w końcu zniknął na

175

południowym zachodzie.  Byłam zafascynowana tym niezwykłym zdarzeniem i jeszcze dziś często wracam do niego myślami.

1.2. Moja pierwsza obserwacja UFO

(relacja Elisabeth Grubef)

Wiosną 1978 roku przebywałam razem z rodziną przez kilka dni w Centrum w Hinterschmidrüti. 23 kwietnia 1978 roku około godziny 9. sprzątałam właśnie dom i kurnik, gdy nagle z kuchni wyszedł Billy i wlepił wzrok w niebo. Spojrzałam w tym samym kierunku, co on, starając się nadążać za jego wzrokiem. W pewnym momencie powiedział do mnie: „Popatrz, tam właśnie leci Quetzal swoim statkiem" - — i powiódł ręką w powietrzu, wskazując trajektorię lotu obiektu i udzielając mi jednocześnie kilku dodatkowych wska­zówek na jego temat.

Przeszył mnie dreszcz emocji, ponieważ rzeczywiście ujrzałam na niebie bardzo wyraźnie widoczny kolisty obiekt o pozornej średnicy około 70 centymetrów, a więc imponującej wielkości, zwa­żywszy odległość, w jakiej znajdował się od nas. Poza tym wydawało mi się, że często zmienia położenie, bowiem raz miał kształt po­dłużny, a raz dysku.

Przyszło mi do głowy, że ten widok może być niezwykłym przeżyciem dla mojego męża i postanowiłam go zawołać, ale niestety nic z tego nie wyszło. Później okazało się, że znajdował się w tym czasie kilkaset metrów od nas.

Kiedy ja wołałam swojego męża, Billy zawołał Bernadettę, która przebywała akurat w łazience. Na jej pytanie, co się stało, powiedział, aby natychmiast wyszła na zewnątrz, jeśli chce zobaczyć statek Quetzala, który w międzyczasie znacznie przyspieszył. Billy natych­miast wyjaśnił mi dlaczego. Przyczyną był widoczny na niebie samolot, który usiłował go przechwycić.

Kiedy nadeszła Bernadetta, statek był już daleko i wyglądał jak mała świetlna plamka. Billy pokazał go jej i wspólnie obserwowaliś­my go do czasu, aż zniknął nam z pola widzenia. Billy wyjaśnił nam potem, że w pewnym momencie otrzymał telepatyczny przekaz od Quetzala z pozdrowieniami i informacją, że właśnie przelatuje nad jego domem i że może obejrzeć jego statek na niebie, jeśli chce.

Dzięki temu i ja mogłam go zobaczyć. Było to tym cenniejsze, że całe to zdarzenie miało miejsce w ciągu dnia. Jest to jedna z dwóch obserwacji tego typu, jakich udało się nam dokonać. To niezwykłe przeżycie pozostanie na zawsze w mojej pamięci.

176

2. Obserwacje nocne

2.1.  Światła na niebie

(relacja Gilgameshy Meier)

W 1975 roku, kiedy miałam osiem lat, przeżyłam coś, czego nie zapomnę do końca życia.

Pewnego dnia między godziną 20. a 21. matka kazała mi iść spać, poszłam więc do mojego pokoju, lecz nie mogłam zasnąć. Byłam zbyt podekscytowana i zdenerwowana. W tym czasie moi rodzice, Kal-liope i Eduard Meier, siedzieli za domem. Mieszkaliśmy wtedy w Hinwil przy ulicy Wihalden pod numerem 10 w pięknym domu, jak mi się wtedy wydawało. Przez chwilę podsłuchiwałam ich rozmowę i w pewnej chwili usłyszałam, jak tata powiedział do mamy, aby spojrzała na horyzont. Zrobiłam to samo i aż zaparło mi dech, gdyż to, co zobaczyłam, było tak fascynujące, że nie zapomnę tego do końca życia. Na horyzoncie pojawiło się 16 NOLł. Miały kulisty kształt i białożółty kolor. Z miejsca, z którego patrzyłam, ich pozorna średnica wynosiła około 20 centymetrów. Miałam mieszane uczucia, gdyż nie wiedziałam, co to jest. Dopiero jakiś czas później dowiedzia­łam się, że to były pojazdy istot z innej planety. Od tego czasu wiem już, że w naszym wszechświecie żyją także inne istoty rozumne.

2.2.  Któż to błąka się po nocy...

(relacja Engelberta Wachtera skrót)

To dla mnie wielki zaszczyt wozić bez względu na porę i pogodę naszego „szefa". Po odpowiednich przygotowaniach wyruszyłem ra­zem z Billym około godziny 19.30 z domu.

Już wcześniej nieraz towarzyszyłem mu [jako osoba do towa­rzystwa lub kierowca] w drodze na miejsca spotkań. Tym razem jednak prowadząc samochód musiałem jechać zgodnie z instrukcjami, które Billy otrzymywał na bieżąco telepatycznie ze statku Semjase. Rozmawialiśmy niewiele oprócz wymiany uwag dotyczących kie­runku jazdy.

Tuż przed budynkiem firmy budowlanej Wittwe AG w Saland skręciliśmy nagle na lewo i skierowaliśmy się w górę wzdłuż bardzo wąskiej drogi. Przejechaliśmy obok zabudowań chłopskich, następnie skręciliśmy w prawo, potem lewo, prosto itd. Około 19.45 dotarliśmy do Sacklen.

- Wjedź tutaj - - powiedział po jakimś czasie Billy. - - Tak, tutaj... a teraz zatrzymaj się.

177

Przez chwilę myślałem, że zabłądziliśmy, co się już nam zdarzało. Ale okazało się, że nie, to był nasz punkt docelowy XY. Billy wyskoczył z samochodu i rozejrzał się po łące, gdzie od czasu do czasu zapalały się małe światełka.

Zaparkowałem samochód w odpowiednim miejscu, aby łatwiej było potem stamtąd wyjechać. Billy pożegnał się ze mną i zniknął w mroku nocy. Wokół mnie panowała martwa cisza tylko od czasu do czasu przerywana dziwnym dźwiękiem. Robiło się zimno, wsiadłem więc do samochodu, włączyłem dmuchawę i magnetofon. Potem zapaliłem papierosa i jak ryś wpatrywałem się w mrok. Nigdzie wokoło nic się jednak nie ruszało. Po około 30 minutach wysiadłem z samochodu, aby rozprostować kości.

W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że mniej więcej w po­łowie drogi do ściany lasu z prawej strony coś migocze. Szybko wróciłem do samochodu i po cichu wyjąłem ze schowka toporek. Położyłem go obok na siedzeniu, drzwi zostawiłem otwarte i wlepi­łem wzrok w tamto miejsce. Nagle usłyszałem odgłos ciężkich kroków stawianych w trawie wskazujących na dorosłego mężczyznę.

Nie mogłem uwierzyć, że to możliwe, ale wcale nie czułem strachu, a jedynie ciekawość. Myślałem, że to jakiś chłop pasący swoje bydło na łące. Ni stąd, ni zowąd ujrzałem dziwny płaszcz przeciwdeszczowy, który migotał w oddali. „Śmieszne, w taką pogodę" • - pomyślałem. Na wszelki przypadek sprawdziłem swoją broń. „Poczekaj tylko, ty pastuchu" - pomyślałem znowu — „zaraz napędzę ci strachu".

Pomyślałem, że reflektory halogenowe w moim samochodzie mog­łyby na tym krótkim odcinku nieźle oślepić tego nocnego marka. Szybko sprawdziłem kierunek jazdy i pospiesznie usiadłem za kiero­wnicą. Spojrzałem ponownie przez szybę, aby sprawdzić, czy będzie go dobrze przez nią widać. Nagle znowu go ujrzałem, jego migoczący płaszcz. To niesamowite, jak ten ktoś zupełnie nieświadomie szedł prosto w moją pułapkę. Jeszcze tylko kilka metrów. Gorączkowo namacałem kluczyk samochodu. Tkwił w stacyjce, jak należy. Jeżeli się go nie przekręci, to światło halogenowe nie zadziała. Błyszcząca postać zbliżała się coraz bardziej. Jeszcze tylko kilka sekund. W jed­nej chwili przekręciłem kluczyk i włączyłem światło halogenowe.

Szeroki snop światła otoczył srebrzyście połyskującą postać. Na moment mężczyzna zwolnił kroku. Po dwóch, trzech krokach znalazł się na skraju ciemności. I to miał być chłop?

Szybko włączyłem silnik, aby objąć go jeszcze światłem reflek­torów samochodowych i przyjrzeć mu się dokładnie. Widziałem, jak

178

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADm]

Szkic sytuacyjny miejsca zdarzenia wykonany przez Engelberta Wachtera.

się oddalał w kierunku lasu, aż w końcu zniknął mi z oczu. Po kilku minutach obok mnie jak spod ziemi wyrósł nagle Billy. Uśmiechnął się i zapytał mnie, czy zawsze straszę samotnych wędrowców. Na moje pytanie, skąd o tym wie, skrzywił się i zapytał:

Czyżbyś nie wiedział, kogo tak bardzo przestraszyłeś?

Oczywiście podejrzewałem, kto to mógł być, ale bałem się to wypowiedzieć, gdyż wydało mi się to zbyt nieprawdopodobne. Tak, to był nasz przyjaciel Quetzal, zaś Billy obserwował to zajście na ekranie monitora wewnątrz statku.

Oto odpowiedni fragment rozmowy Billy'ego z Semjase i Quetza-lem na temat tego zdarzenia (kontakt 139, 9 października 1980 roku):

SEMJASE: .. .chwileczkę, wzywa mnie Quetzal przez radiostację.

QUETZAL: Właśnie strasznie się przestraszyłem.

BILLY: No no no, popatrzcie, co mu się przytrafiło.

SEMJASE: Chwileczkę, zaraz nam o tym opowie.

QUETZAL: [Ukazuje się na ekranie.] No wiec idę sobie w mroku jak zwykły człowiek, aby spotkać się z Menara, doszedłem do skraju

179

lasu, do miejsca położonego w odległości kilku metrów od ogrodzenia pastwiska, gdzie przy krowach czekała na mnie Menera, gdy nagle zostałem oświetlony dwoma reflektorami. Jak wykazał mój analizator należały one do samochodu Engelberta. Musiał mnie pewnie zauważyć mimo tego mroku i wziąć za jakąś osobę szpiegującą naszego przyjaciela.

BILLY: Quetzal, pewnie nie zdjąłeś tej srebrzystej peleryny?

QUETZAL: Wydawało mi się, że nie ma potrzeby, ponieważ sądziłem, że w tej ciemności Engelbert nie będzie mógł mnie zauważyć.

BILLY: No i przeliczyłeś się.

QUETZAL: To prawda, na przyszłość będę o tym pamiętał.

BILLY: No cóż, świat się przez to nie zawali, a Engelbertowi pewnie sprawiło frajdę, że napędził ci strachu, mimo iż nie miał pojęcia, że to właśnie ty, a nie jakiś samotny wędrowiec.

QUETZAL: Oczywiście, że nie wiedział, że to ja, i dlatego nie czuję się urażony. Doznałem po prostu chwilowego uczucia strachu i to powinieneś mu powiedzieć, przekazując jednocześnie pozdrowie­nia ode mnie. Do widzenia.

BILLY: Cześć. On też się pewnie przestraszył. Chciałbym teraz widzieć jego minę.

SEMJASE: Z pewnością wyglądał na zadowolonego.

BILLY: Quetzal musiał przejść chyba ze sto metrów w obrębie tego światła. Jak to możliwe, że się na to odważył. Czy przebywanie w polu wibracji Ziemian w takiej odległości od nich nie szkodzi wam. O ile wiem, to możecie zbliżać się do ludzi [bez urządzeń ochron­nych] na odległość od 90 do 100 metrów bez bycia narażonym na ich szkodliwe wibracje.

SEMJASE: To ostatnie jest zgodne z prawdą. Lecz pierwsze zdanie jest błędne. Quetzal nie wszedł w istniejący już snop światła, lecz został nim niespodziewanie oświetlony.

Gdy wracaliśmy do domu, mój reflektor halogenowy musnął jeszcze skraj lasu i przez moment oświetlił Quetzala, który był już przy Menarze. Stali obok siebie na skraju łąki.

Brak mi słów, aby dostatecznie barwnie opisać to przeżycie.

2.3. Zdarzenie z 8 kwietnia 1983 roku A. Moje pierwsze spotkanie z UFO

(relacja Brunhildy Koye)

Było to wieczorem 8 kwietnia 1983 roku około godziny 20.30 w Hinterschmidrüti. Przyglądałam się akurat zasadzonym przeze mnie

180

drzewkom. Przez całe popołudnie wiał porywisty wiatr i jeszcze teraz o zmierzchu odczuwałam jego silny powiew. Byłam w dobrym nastroju i przyglądałam się chmurom na niebie, i nagle ujrzałam zbliżające się jakieś ogromne światło wyglądające jak wielki reflek­tor. Przemieszczało się powoli wysoko nad wieżą strażniczą położoną na wschód od miejsca, w którym stałam, w kierunku na zachód, w stronę Semjase-Silver-Star-Center.

Początkowo stałam jak zamurowana i wpatrywałam się w niebo kręcąc głową ze zdziwienia. Przez chwilę myślałam, że to jakieś przywidzenie. Przez cały czas kołatała mi w głowie myśl: „Przecież nie potrzebuję żadnego dowodu, jestem już od dawna przekonana

0 istnieniu pozaziemskich statków kosmicznych". Po chwili usłysza­łam kroki i zobaczyłam Billy'ego wychodzącego z domu z lornetką w ręku w towarzystwie Thomasa i kierującego się na wschód w stronę garażu. W tym momencie byłam już pewna, że to nie przywidzenie, że to, co widzę, dzieje się naprawdę. Pospiesznie sięgnęłam do kieszeni po klucze, ponieważ przypomniałam sobie, że w samo­chodzie także mam lornetkę. Wzięłam ją i stanąwszy obok Billy'ego

1  Thomasa, zaczęłam razem z nimi oglądać ów obiekt.

To, co zobaczyłam, zaszokowało mnie zupełnie — serce podeszło mi do gardła, zupełnie odbierając mi mowę. Moim oczom ukazał się duży statek kosmiczny z mnóstwem świateł wkoło. Po chwili zmienił swój kształt na trójkątny. Następnie odniosłam wrażenie, że ta sprawiająca wrażenie lekkiej masa upodobnia się do balonu wypełnionego powietrzem. Wokół niego krążyło sporo mniejszych obiektów świetlnych tworzących od czasu do czasu trójkąt, by się po chwili rozpierzchnąć i nieco oddalić.

W pewnym momencie ten świetlny twór rozciągnął się przyjmując podłużny kształt, jego światło zaczęło stopniowo słabnąć i odniosłam wrażenie, że przesuwa się powoli na wschód. Nagle usłyszałam za sobą głosy. To Karin prosiła mnie o lornetkę. Podałam ją jej i gdy niedługo potem dostałam ją z powrotem, ów obiekt był już niewielki.

Nigdy nie zapomnę tego niesamowitego widoku i do dzisiaj jestem wdzięczna tym istotom za ten „dowód".

B. Niezwykłe zdarzenie z 8 kwietnia 1983 roku (godz. 20.15)

(relacja Thomasa Kellerd)

Miałem właśnie zamiar przynieść sobie jeszcze jedno narzędzie do murowania, którym się właśnie zajmowałem, gdy nagle Slivano powiedział do Billy'ego, że na niebie jest duży świetlisty obiekt. Pośpiesznie zawróciłem, aby sprawdzić, czy to prawda, Billy zaś

181

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADn]

Szkic Thomasa Kellera

pobiegł co tchu do domu po lornetkę. Gdy wrócił z nią, zajęliśmy odpowiednie miejsce do obserwacji. Po pobieżnej lustracji nieba Billy powiedział nagle:

Niesamowite, spójrz.

To, co zobaczyłem, zaparło mi dech. Moim oczom ukazał się biały podłużny twór wyraźnie widoczny twór bez wyraź­nych konturów, ponieważ ciągle zmieniał kształt i barwę. Na prośbę Billy'ego pobiegłem do domy, aby zawołać innych. Po chwili ponownie zająłem miejsce obok niego i jąłem obserwować niebo. Teraz obiekt isk­rzył się jasnoróżowym odcieniem (niczym „żywe chmury" w filmie Star Trek: The Motion Picture). Je­den kształt zapamiętałem jednak wy­raźnie, mimo iż nie było to łatwe z powodu ustawicznych zmian.

Obserwowana gołym okiem ta „rzecz" wydawała się 5 razy więk­sza od Wenus. Ja, Billy i kilka innych osób widziało wyraźnie pionowy obiekt w kształcie klina. Według obliczeń Billy'ego obiekt znajdował się na wysokości około 18.000 metrów i w odległości około 35.000 metrów w prostej linii.

Gdy później siedząc w kuchni rozmawialiśmy o nim, Louis powie­dział, że obserwował go przez ponad 45 minut. Engelbert widział go przez krótszy okres czasu i specjalnie się tym nie ekscytował, ponie­waż widział już ciekawsze rzeczy. Nazajutrz po spotkaniu z Taljdą Billy powiedział nam, że potwierdziła ona naszą obserwację, wyjaś­niając przy okazji, że statek ten miał średnicę około 350 metrów.

To zdarzenie na zawsze zachowam w swojej pamięci i dziękuję za to przeżycie moim przyjaciołom z Druan (wyjaśnienie w poniższym sprawozdaniu).

C. Sprawozdanie z rozmowy o zdarzeniu z 8 kwietnia 1983 roku

(sobota, 9 kwietnia 1983 roku, godzina 11.16)

BILLY: Bardzo szybko zareagowałaś na moją prośbę, chociaż nie wymagało to aż takiego pośpiechu. Mogłem przecież poczekać do jutra.

TALJDĄ: Przyczyną pośpiechu była nie tylko twoja prośba, ale również ważna informacja, że w następnych miesiącach będą miały miejsce spot­kania z innymi ludźmi z odległych gwiazd.

182

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADo]

Szkic Hansa Zimmermanna pochodzący z jego raportu

BILLY: A więc przybywasz, jak gdyby z dwóch powodów. Ze swojej strony mam pytanie dotyczące tego osobliwego zdarzenia, które obser­wowaliśmy wczoraj, 8 kwietnia. O godzinie 20.14 zobaczyłem wysoko na niebie na wschodzie jaskrawe światło mniej więcej 3-4 razy większe od Wenus. Początkowo myślałem, że to ona — Wenus, lecz ona widoczna jest przecież tu u nas jedynie w południowej i zachodniej części nieba. Za­cząłem więc dokładniej obserwować to jaskrawe światło i wówczas stwier­dziłem, że ustawicznie zmienia kształt i barwę, mieniąc się wszystkimi kolorami tęczy. Pobiegłem wówczas do mojego domu po lornetkę, przez którą mogłem dokładniej przyjrzeć się temu osobliwemu świetlnemu tworo­wi widniejącemu na niebie. Wyglądał jak przezroczysta fatamorgana. Od­ległość, w jakiej się znajdował, oceniłem na około 35.000 metrów, zaś pułap na 18-20 kilometrów, biorąc jako punkt odniesienia miejsce, z którego go obserwowaliśmy. Zauważyłem, że po jego prawej stronie poruszały się różne mniejsze obiekty, które co chwilę odrywały się od niego i ponownie

183

Panika i zagadka w Norymberdze — widziały to tysiące ludzi DZIKIE POLOWANIE NA NIEBIE

Pojawiło się z nicości — niesamowity trójkąt połyskiwał srebrzyście na niebie nad Norymbergą. Nie poruszał się, lecz migotał.

Tysiące ludzi wpatrywały się w niebo jak zauroczeni. Setki przestraszo­nych ludzi dzwoniły przez cały dzień na policję oraz do stacji meteorologicz­nej mówiąc: „Nad nami lata olbrzymie UFO. Zróbcie coś. Boimy się .

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADp]

184

Lecz służby publiczne były bezradne. Czy był to satelita szpiegowski, wojskowy balon zwiadowczy czy też statek kosmiczny z innych gwiazd?

Gdy to UFO było widać jeszcze następnego dnia, ekipa z Telewizji Bawarskiej wyruszyła w jego kierunku samolotem odrzutowym Lear. Piloto­wał go szef norymberskiego lotniska Helmut Muller-Gutermann. Pilot: „Lecie­liśmy za tym UFO wznosząc się aż do pułapu 12.300 m, ale nie mogliśmy się do niego zbliżyć".

Posługując się dwumetrowym teleskopem kierownik stacji meteorologicz­nej w Norymberdze Eckard Póhl dostrzegł nieco więcej: „Wyglądało to jak zdeformowana, wydłużona z przodu, piramida o średnicy około 150 m. Reszta wyglądała jak przezroczysta folia plastykowa".

Zagadkę tę rozwiązał w końcu, w piątek przed południem, kierownik kontroli lotów z Manching Gertwin Huhnerbein: „Jesteśmy pewni, że ten «nieznany obiekt latający» jest badawczym balonem stratosferycznym".

 

doń zbliżały. Potem zobaczyłem ciemne punkty, plamy, na tym dużym obiekcie wyglądające jak jakieś narośle. Coś podobnego widziałem na olbrzymim statku Ptaaha [gigantyczny statek-baza dowodzony przez ojca Semjase, Ptaaha], w związku z czym pomyślałem, że to podobny sta-tek-matka wyglądający jak swego rodzaju fatamorgana lub lustrzane od­bicie. Odrywające się od niego z prawej strony błyszczące punkty wziąłem za statki promienne, a ciemne punkty i plamy za wloty do hangarów. Z obliczeń przeprowadzonych na podstawie jego pozornej wielkości i od­ległości wyszło mi, że jego średnica wynosiła 320-340 metrów.

TALJDA: Zanim przyszłam tutaj, Quetzal przestrzegł mnie przed tobą, ponieważ jak się przekonaliśmy, ten obiekt nie umknął waszej uwadze.

BILLY: Tak? A to dlaczego Quetzal ostrzegł cię przede mną?

TALJDA: Przysłuchiwał się twojej rozmowie z Thomasem i słyszał, co mu mówiłeś. Zauważony przez was obiekt był rzeczywiście statkiem kosmicznym, jednak widzieliście tylko jego odbicie, ponieważ w rzeczywis­tości szybował on bezpośrednio nad waszym Centrum. Celem tego przelotu było zbadanie tego najbardziej znanego miejsca na Ziemi i przyjrzenie się przebywającym w nim ludziom. Ze względów bezpieczeństwa, doskonale znanych ci zresztą, był zabezpieczony przed lokalizacją, jednak w niewy­tłumaczalny dla nas sposób powstały owe odbicia widoczne w atmosferze w odległości wielu kilometrów. Jak ci wiadomo, inni wcale nie muszą posługiwać się taką samą techniką, jak my. Druanie posługują się zupełnie innymi metodami zabezpieczającymi. A propos twoich obliczeń — zauwa­żone przez was lustrzane odbicie tego obiektu znajdowało się na wysokości około 26.000 metrów i w odległości mniej więcej 36 kilometrów, zaś jego średnica wynosiła około 350 metrów. Twoje obliczenia są więc zaskakujące dokładne.

185

[patrz: dolaczony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADr]

186

Zagadkowy obiekt latający nad Kolonią

Kolonia. Zagadkowy jarzący się obiekt latający w nocy z poniedziałku na wtorek pozbawił snu mieszkańców dzielnicy Holweide w Kolonii, policję zaś postawił na nogi. Pierwsze telefony do policji napłynęły od mieszkańców miasta z prawego brzegu Renu około godziny 23.10.

Patrol „Arnold 19/20" udał się na miejsce obserwacji w dzielnicy Holweide. Dotarłszy na miejsce, zameldował: „Na niebie jarzący się kolisty obiekt ze świecącą aureolą". Niestety nie można było określić wysokości i wielkości tego niecodziennego zjawiska.

Policja zwróciła się do kontroli lotów na lotnisku. Okazało się, że ich urządzenia namiarowe nie wykazywały obecności jakiegokolwiek obiektu. Za pomocą lornetki można było ujrzeć balonowaty twór ze źródłem światła w środku. Przez całą jego długość przebiegały pionowe i poziome linie.

Uwagę policji zwróciło świecące światło. Wykluczono, aby mogła to być gwiazda. Po około 1 godzinie obiekt zniknął zasłonięty chmurami, które w międzyczasie zasnuły niebo. Kolońska policja zarejestrowała w pamięci komputera pojawienie się tego nieznanego obiektu latającego. Pod względem kształtu, koloru i wyglądu zewnętrznego przypominał on obiekt, który tydzień temu obserwowano nad Norymbergą. Przypuszcza się, że mógł to być balon metereologiczny o średnicy około 80 m.

Kolonia: „UFO nad miastem"

KOLONIA (dpa)

Zagadkowy obiekt latający zaparł dech w piersiach policji i mieszkańców Kolonii w nocy z poniedziałku na wtorek. Liczne telefony od mieszkańców miasta potwierdziły obserwacje urzędników policji: „Uderzające jaskrawe świat­ło, okrągły przedmiot ze świecącą aureolą". Nocne poszukiwania tego obiektu okazały się jednak bezowocne.

 

BILLY: Wspomniałaś coś o Druanach.

TALJDA: W przypadku tego obiektu latającego chodzi o statek z plane­ty Druan kierowany przez zamieszkujące ją ludzkie formy życia, zwane przez nas Druanami. Jest to bardzo wysoko rozwinięta rasa ludzka o pokojo­wym usposobieniu. Planeta Druan znajduje się w systemie NOL, który leży w galaktyce o średnicy 1,7 rażą większej od naszej i oddalonej od Układu Słonecznego o około 310 miliardów lat świetlnych.

BILLY: W 1975 roku w czasie mojej podróży w głąb kosmosu byłem krok od niej. Więc te miliardy lat świetlnych nie robią na mnie żadnego wrażenia. W końcu do wszystkiego można się przyzwyczaić.

TALJDA: Rozumiem, ale nie dlatego podałam ci te dane.

BILLY: W ogóle się nie znasz na żartach.

TALJDA: Ach tak, więc to jest to, przed czym ostrzegał mnie Quetzal - twoje osobliwe poczucie humoru.

187

BILLY: No właśnie. Wspomniałaś coś o jakichś gościach, których mogę mieć. Czyżby to mieli być Druani?

TALJDA: Tak. Druani przebywali tutaj na Ziemi przez 5-6 miesięcy,

choć nam się wydaje, że to były całe lata. W czasie ich pobytu statek ten i te

mniejsze  mu  towarzyszące  były  często  obserwowane  przez  Ziemian

w pierwszych tygodniach jedynie w Europie, potem również nad innymi

kontynentami.

BILLY: Jak on właściwie wygląda, pomijając zniekształcony obraz jego odbicia?

TALJDA: W rzeczywistości ma dyskoidalny kształt, lecz z powodu specjalnego ekranu ochronnego może być postrzegany jako ostrosłup lub wierzchołek kryształu górskiego.

BILLY: To jego ściany wywołują tę grę świateł, które mienią się wszystkimi kolorami tęczy?

TALJDA: Jesteś, jak widzę, dobrze zorientowany w tych sprawach.

BILLY: To prosta zasada pryzmatu, którą poznają już przedszkolaki bawiąc się szklanymi kuleczkami w świetle słońca.

TALJDA: Widzę, że nie masz żadnych oporów przed stawianiem pytań.

BILLY: Nie. Ostatecznie po to mam usta, aby je zadawać. No, ale nie powiedziałaś mi jeszcze o tym ewentualnym kontakcie.

TALJDA: Ach, rzeczywiście, wyleciało mi to z głowy. Przypuszczalnie jedna lub kilka osób z załogi statku Druanów skontaktuje się bezpośrednio z tobą. Są w każdym razie zainteresowani nawiązaniem kontaktu z tobą, po tym jak rozmawialiśmy z nimi i wyjaśniliśmy im naszą wspólną misję na Ziemi.

BILLY: Czy mogłabyś mi zdradzić, czego chcą ode mnie? Jako Ziemia­nin nie mogę im przecież nic zaoferować!

TALJDA: Jesteś zbyt skromny.

Dalszych obserwacji tego obiektu dokonano przede wszystkim w Nie­mczech i we Włoszech. Na dowód załączam kopie artykułów prasowych zamieszczone na poprzednich stronach oraz relację Bernharda Koye.

2.4. Moje pierwsze przeżycie z UFO

(relacja Bernharda Koye)

Było to we wtorek 19 kwietnia 1983 roku około godziny 21.10

w Monachium. Nasz pies domagał się wyjścia na dwór, a ponieważ

byłem już rozebrany, a nasz gość, Hans Zimmermann, pochłonięty był

lekturą zapisów rozmów z kontaktów  [Billy'ego  z Plejadanami

przyp. red.], wyjść z nim postanowiła moja matka (Brunhilda Koye).

188

Około 21.25 wpadła do mieszkania i zawołała podekscytowana: „Ubierajcie się, szybko!" Nasz gość, Hans Zimmermann, i ja po­śpiesznie wrzuciliśmy coś na siebie i wybiegliśmy za nią.

Cóż się stało? Jak nam opowiedziała, spacerowała z Wastlem (naszym psem) brzegiem Isary i nagle zauważyła na niebie błyszczący obiekt. Właśnie był tym, co chciała nam pokazać, zakładając, że będzie jeszcze widoczny. No i mieliśmy szczęście. Na drodze dojaz­dowej niedaleko naszego domu mieliśmy widoczną wystarczająco dużą połać nieba, na której zauważyliśmy to świecące cudo. Dzięki lornetce mogliśmy obserwować również szczegóły jego wyglądu.

Po chwili postanowiliśmy zmienić miejsce obserwacji i przeszliś­my przez pobliski park nad brzeg rzeki. Świecący obiekt wydał się nam teraz większy. Nagle matka przypomniała sobie swoje pierwsze spotkanie z UFO w piątek 8 kwietnia w Hinterschmidrüti. Wyglądało na to, że to był ten sam statek Druanów. Stopniowo oddalał się od nas powoli wzbijając się w górę. Było to niezwykłe przeżycie i spon­tanicznie chwyciłem matkę za rękę.

Około 10 minut przed godziną 22. od strony oddalającego się obiektu zaczął dąć silny, porywisty wiatr. Gdy wracając obejrzałem się za siebie, zabłysł raz jeszcze na krótko niczym światło odległej latarni, po czym zniknął zupełnie. Oto, czym może zaowocować spacer z psem.

189

X DLACZEGO POZAZIEMSKIE STATKI KOSMICZNE UNIKAJĄ NAS?

W postępowaniu inteligencji pozaziemskich zastanawia, dlaczego lądują one swoimi statkami w ciągu dnia, skoro tak dużo wagi przykładają do tego, aby nie być zauważonym bądź namierzonym, jak to czynią na przykład Plejadanie.

Niektórzy pozaziemscy przybysze nigdy nie lądują bezpośrednio na powierzchni Ziemi lub nie zostawiają na niej żadnych śladów lądowania, z drugiej zaś strony dostarczają nam innych widocznych i namacalnych dowodów swojej bytności we wszystkich miejscach swojego lądowania.

Osobliwy jest też sposób podejmowania przez nich kontaktów z Ziemia­nami. Większość istot pozaziemskich unika jakichkolwiek kontaktów z na­mi, stąd też osobiste spotkania z nimi są często przypadkowe i trwają bardzo krótko. W bardzo rzadkich przypadkach i w określonych warunkach wybie­rają oni odpowiednie osoby, aby utrzymywać z nimi dłuższe lub krótsze kontakty. Większość takich osób - - łączników - - otrzymuje od nich polecenia jedynie w formie impulsów i to w taki sposób, że nie znają oni ich źródła pochodzenia. W rzeczywistości bardzo niewiele osób miało praw­dziwy osobisty kontakt z istotami pozaziemskimi, poza tym odbywają się one nieoficjalnie, na bazie prywatnej, i często mają tajemniczy charakter.

W tej sytuacji nie dziwią często zadawane pytania: Dlaczego obce istoty mają zwyczaj utrzymywania kontaktów jedynie z nielicznymi wybranymi

190

przez siebie osobami i nie pokazują się publicznie? Dlaczego nie lądują na Placu Czerwonym w Moskwie, na trawniku przed Białym Domem w Wa­szyngtonie, na międzynarodowym lotnisku we Frankfurcie bądź w ogrodzie oenzetowskiego Pałacu Narodów w Genewie? Aby uniknąć wywołania szoku swoją obecnością mogliby wykorzystać istniejącą bogatą sieć infor­macyjną i w ten sposób wcześniej ogłosić swoje przybycie. Dlaczego nie zrobią z tego użytku, zamiast prowadzić grę w kota i myszkę? Jeżeli istoty pozaziemskie odwiedzają nas naprawdę, to dlaczego nie próbują skontak­tować się z rządem jakiegoś supermocarstwa, NASA lub ONZ, które to instytucje oddelegowałyby do rozmów z nimi jakąś wpływową osobistość? Dlaczego nie mieliby uścisnąć ręki takiemu politykowi, jak Gorbaczow lub Bush i powiedzieć: „Oto jesteśmy, co możemy dla was zrobić?"

Taka spektakularna akcja byłaby bezsprzecznie koronnym dowodem na istnienie i obecność na Ziemi pozaziemskich inteligencji, w co nadal niestety wątpi gros ludzkości.

Aczkolwiek sposób ich postępowania nie jest jeszcze dla nas całkowicie zrozumiały, to jednak istnieje kilka przekonywających dowodów na ich obecność. By dobitniej przedstawić tę sytuację wyobraźmy sobie następującą rzecz: załóżmy, że załoga wojskowego helikoptera otrzymała zadanie obserwowania nie zbadanego jeszcze obszaru w brazylijskim buszu oraz skontaktowania się z jego dzikimi mieszkańcami i że w tym celu ma wylądować w ich wsi. A teraz wyobraźmy sobie, co się stanie, gdy się okaże na przykład, że ci tybulcy to barbarzyńcy traktujący każdego obcego jak wroga. To agresywne zachowanie wobec obcych może wynikać z obawy przed nimi, przed tym, że kontakt z nimi może doprowadzić do spadku prestiżu i pozycji przywódców plemienia. Aby uniknąć tej konfliktowej sytuacji, niezbędne są dłuższe, często wieloletnie przygotowania. Niektórzy z tych buszmenów próbowaliby zapewne przejąć helikopter, co raczej byłoby niemożliwe ze względu na ich prymitywną broń. Inni członkowie ich plemienia uznaliby pewnie członków załogi helikoptera za bogów, a nie zwykłych ludzi. Co bardziej sprytni mogliby z kolei wpaść na pomysł, aby przejąć nieznany pojazd wraz z załogą i przy pomocy tej magicznej maszyny i jej załogi rządzić innymi plemionami w dżungli.

Biorąc powyższe możliwości pod uwagę, należy stwierdzić, że lądo­wanie wśród nich byłoby bezcelowe, chyba że załoga tego helikoptera wyposażona byłaby w niezbędną i odpowiednią broń. Przy użyciu takich środków bezpieczeństwa lądowanie wśród tych buszmenów mogłoby wpra­wdzie mieć miejsce, ale jaki miałoby wówczas sens.

Podobna sytuacja jest z istotami pozaziemskimi, które będąc na znacznie wyższym od nas poziomie rozwoju ewolucyjnego, przybywają na Ziemię,

191

by wspomagać nas w rozwoju duchowym. Plejadanie i przedstawiciele innych cywilizacji pozaziemskich mają wiele powodów, dla których nie lądują na oczach tłumów i nie nawiązują kontaktów z poszczególnymi rządami, zaś potajemnie kontaktują się z wybranymi przez siebie osobami, które nie są wpływowymi osobistościami politycznymi, wojskowymi lub finansowymi.

Na samym wstępie tych rozważań powinniśmy jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, czy istoty pozaziemskie są w stanie swobodnie poruszać się po naszej planecie bez uszczerbku dla swojego zdrowia. Musimy bowiem wiedzieć, że nie wszystkie ludzkie formy życia we wszechświecie posiadają taką samą budowę fizyczną jak my. Środowiska naturalne na ich rodzinnych planetach mogą być zupełnie inne niż nasze. Chodzi mi tu między innymi o skład atmosfery oraz wielkość siły przyciągania. Miesz­kańcy planet o innym składzie atmosfery przebywając bez skafandrów w naszej atmosferze szybko by się udusili. Poza tym istotny jest sposób ich porozumiewania się. Gdyby nie znali żadnego naszego języka lub porozu­miewali się wyłącznie telepatycznie, wówczas jakiekolwiek porozumienie z nimi było bardzo trudne, o ile w ogóle możliwe.

Z drugiej strony wiadomo, że istnieją istoty pozaziemskie, które są w stanie lądować na naszej planecie i oddychać naszym powietrzem, które znają również nasze języki i mogą dzięki temu nawiązywać bez przeszkód wszelkie kontakty z nami, również oficjalne na szczeblu politycznym. Dlaczego jednak taki oficjalny kontakt nie został do chwili obecnej przez nie nawiązany? Otóż dlatego, że jak dotąd nie stworzono na naszej planecie odpowiednich ku temu warunków. Oto kilka powodów tego stanu rzeczy:

1. W roku 1976 społeczności ziemskie, zwłaszcza kręgi ufologiczne, pod­dane zostały przez Plejadan testom prawdy. Ich wynik był przygnębiają­cy, bowiem okazało się, że ludzie nie dojrzeli jeszcze do ich lądowania. Jak powiedziała Semjase: „Poziom umysłowy wielu Ziemian jest zbyt niski i zbyt skrępowany religijnym niewolnictwem. Część z nich uznała­by nas za posłańców Boga i czciła na równi z nim". Nie mam wątpliwo­ści, że ogromna część ludzkiej populacji czciłaby ich jak boskie istoty i wznosiła do nich modły. W trakcie spotkania, które miało miejsce

2 października 1976 roku [kontakt 64] najgorszą ocenę ze strony Semjase otrzymały kręgi ufologiczne. Oto, co powiedziała Billy'emu na ten temat: „...tak zwane kręgi ufologiczne są tymi, które poddają w wątp­liwość nasze istnienie. To właśnie ci ludzie przyczyniają się najbardziej do ośmieszania naszego istnienia i twierdzenia, że jesteśmy wytworem wyobraźni lub halucynacją. To, co mówię, nie oznacza oczywiście, że wszystkie te grupy postępują w ten sposób, niemniej dotyczy to większo-

192

ści z nich. Z nieznajomości rzeczy i braku dostatecznej wiedzy ci spaczeni ludzie poszukują fantastycznych wyjaśnień odwołując się do techniki oraz zjawisk paranormalnych i czysto duchowych, gdzie można znaleźć najwięcej bzdurnych koncepcji. Ci błądzący ludzie zajmują się rozważaniami na temat możliwości technicznych i konstrukcji naszych statków, negując jednocześnie całkowicie naszą misję i to wszystko, co jest z nią związane. To typowy sposób postępowania mieszkańców Ziemi, którzy zawsze przeoczają to, co istotne, to znaczy wartości duchowe, na temat których wymyślają nieprawdopodobne bzdury, jak chociażby to, że nasze statki promienne napędzane są siłami duchowymi, a nawet że są skonstruowane według duchowych wzorców. W tej bzdurze jest tyle samo prawdy, jak w tym, że poruszamy się w wymia­rach paranormalnych. Prym w głoszeniu tego typu nonsensów wiodą przede wszystkim kręgi parapsychologiczne, które w gruncie rzeczy nie mają najmniejszego pojęcia o tym, czym się zajmują. Właśnie te grupy ludzi czynią najwięcej szkód w upowszechnianiu prawdy... [...] Do tej kategorii ludzi należy wymieniony przez ciebie [...] jednak nie powinie­neś się oburzać jego głupotą i prymitywizmem. [...] Rezultat jest taki, że Ziemianie nie są jeszcze w stanie traktować naszego istnienia oraz naszych statków jako czegoś realnego i przez to obiektywnie patrzeć na nasze działania. Ci tak zwani ufolodzy, których zadaniem jest głoszenie prawdy i przygotowywanie gruntu na przybycie pozaziemskich inteli­gencji, degradują się do prymitywnych, półnaukowych sekciarzy roz­siewających idiotyczne, nonsensowne, wymyślone przez siebie teoryjki, które zamiast przybliżać ludzi do prawdy, oddalają ich od niej". 2. Oficjalne lądowanie nie może nastąpić w żadnym przypadku bez uprzed­niego przygotowania na nie ludzkości. Nagłe ujawnienie się istot poza­ziemskich byłoby nie tylko bezcelowe, ale i nieodpowiedzialne na obecnym etapie naszego rozwoju ewolucyjnego. Semjase jest zdania, że mogłoby to doprowadzić do powszechnej paniki. Wystarczy tylko przy­pomnieć sobie, co się stało podczas nadawania słuchowiska radiowego Wojna światów Orsona Wellesa w roku 1938 w Stanach Zjednoczonych. Moim zdaniem dla większości ludzi nagłe, niespodziewane spotkanie z istotami pozaziemskimi byłoby zbyt drastycznym przeżyciem. Ich światopoglądy zawaliłyby się wówczas jak domki z kart. Dowiedzieliby się również przy okazji o wielu różnych nikczemnościach rządzących, na przykład o sprzedaży jednych narodów drugim przez rządnych władzy i pieniędzy polityków. Wielu ludzi z całą pewnością zażądałaby pociąg­nięcia winnych do odpowiedzialności, co nie odbyłoby się bez przelewu krwi. Krótko mówiąc, mogłoby dojść do ogólnoświatowego zamętu.

193

3.  Zakładając, że pewna grupa istot pozaziemskich mimo wszystko zdecydo­wałaby się na oficjalne lądowanie na Ziemi, wówczas należałoby się zastanowić nad jedną zasadniczą sprawą - - w jakim kraju miałoby nastąpić ich lądowanie? Jaki kraj należałoby uhonorować tym zaszczytem, nie urażając jednocześnie innych. To posunięcie musiałoby być bardzo dyplomatyczne, by nie wzbudzić niczyjej zazdrości, a co za tym idzie — nienawiści. Tego problemu nie byłoby, gdyby cała ludzkość rządzona była przez jeden rząd. Obecnie nie istnieje jednak jeszcze żadna instytucja, czy też, jak to się mówi, wyższa instancja, która mogłaby przemawiać w imieniu całej ludzkości i reprezentować jej interesy na zewnątrz. Do tego niezbędny jest jeden globalny rząd i to z wielu powodów, lecz na razie nie nadszedł jeszcze na to odpowiedni czas, bo jaki rząd zgodziłby się dzisiaj zrezygnować ze swoich przywilejów i władzy na jego rzecz.

4.  Niektórzy ludzie nie mający najmniejszych wątpliwości co do wyższości istot pozaziemskich pod każdym względem dziwią się, że nie pojawiają się one oficjalnie, zwłaszcza że nie mają żadnego powodu, by się nas bać, biorąc pod uwagę ich możliwości techniczne i uzbrojenie. Rzecz w tym, że obawiają się one, iż lądowanie ich statku na naszym terytorium bez zezwolenia mogłoby doprowadzić do niezręcznej  sytuacji. Zdaniem Semjase w kręgach militarnych nie brak osób, które pod przykrywką przyjaźni i pokoju dążyłyby do zarekwirowania statku kosmicznego istot pozaziemskich. Powodzenie takiej akcji byłoby wydarzeniem stulecia, gdyż dzięki jego wysoko zaawansowanej technice mogliby z łatwością opanować cały świat. Wystarczy tylko popatrzeć, co wyczyniają służby wywiadowcze różnych krajów, aby zapewnić przewagę swoim mocodaw­com. Nawet jeżeli obcy przybysze zachowają ostrożność i ich statek będzie uzbrojony, to i tak będą mieli wielkie szczęście, jeśli uda im się odlecieć bez żadnego uszczerbku. Z drugiej strony pewni ludzie wszelkimi sposobami staraliby się wykorzystać okazję i dowiedzieć różnych rzeczy od tych istot. Jak jednak wiadomo, Plejadanie i nie tylko oni nie mogą ujawnić nam żadnych informacji dotyczących swoich technologii, dopóki każdy nowy wynalazek wykorzystywany będzie przez nas w celach militarnych. Obce istoty trzymają się ściśle tej zasady i odrzucają wszystkie prośby i żądania Ziemian w tej kwestii. Co to oznacza, nie trudno przewidzieć. Nawet gdyby próbowano wydrzeć od nich te tajemnice siłą, istoty pozaziemskie potrafiłyby się przed tym obronić. Ich mentalność i szlachetne usposobienie nakazują im jednak unikać sytuacji, które mogłyby doprowadzić do bezpośredniej konfrontacji, mimo ich zdecydowanej przewagi militarnej.

5.  Istnieje powszechne prawo, zgodnie z którym każdy człowiek niezależ­nie od rasy i pochodzenia ma prawo do wolności fizycznej i psychicznej.

194

Żaden człowiek nie może być do niczego zmuszany i wszędzie i o każdej porze powinien swobodnie i bez przymusu móc o sobie decydować. Dotyczy to wszystkich narodów. Ta zasada nie mieszania się, to jest nieingerencji, jest doskonale znana istotom pozaziemskim i przywiązują one do niej ogromne znaczenie. Co to ma jednak wspólnego z naszym tematem? Otóż, takie nagłe objawienie swojego istnienia przez nie byłoby swego rodzaju ingerencją w życie Ziemian, w których świadomo­ści ich istnienie dopiero zaczyna się pojawiać jako mglista możliwość.

6.  Zdaniem Plejadan ludzie zbyt szybko straciliby zainteresowanie istotami pozaziemskimi, gdyby ich istnienie zostało nagle, w jednej chwili całkowicie potwierdzone. Człowiek ma taką psychikę, że potrzeba mu stałej stymulacji, nieustannego dawkowania niezwykłości, aby utrzymać jego zainteresowanie jakąś sprawą przez dłuższy czas. W dawnych czasach było inaczej, wtedy przekonywano ludzi przy pomocy tak zwanych cudów. Dzisiaj jest wręcz odwrotnie — do prawdy dociera się poprzez własne rozważania i przemyślenia, a nie przy pomocy zmysłów, bowiem ludzie wiedzą już, że są rzeczy, które istnieją, mimo iż ich nie widzimy i nie słyszymy.

7.  Plejadanie i ich sprzymierzeńcy, którzy już od wielu lat zaangażowani są w sprawy Ziemi podlegają w mniejszym lub większym stopniu zaleceniom Wysokiej Rady, która zgadza się na oficjalne masowe lądowanie jedynie wtedy, gdy istnieją ku temu odpowiednie warunki. Jeśli o nas chodzi, to nie osiągnęliśmy jeszcze odpowiedniego poziomu rozwoju. Poza tym nie jesteśmy jeszcze na tyle „ucywilizowani", aby stać się równoprawnym członkiem kosmicznej federacji. Tak więc przede wszystkim od nas zależy, kiedy nastąpi Wielkie Lądowanie. Póki co lepiej dla nas, że obce istoty kontaktują się tylko z wybranymi przez siebie osobami i poprzez nie powoli oswajają nas ze swoim istnieniem i tym, że nieustannie odwiedzają nas. Im szybciej otworzymy się na to, tym szybciej nastąpi to niezwykłe wydarzenie — oficjalne lądowanie istot pozaziemskich na Ziemi.

Abstrahując od tego wszystkiego w roku 1979 Plejadanie zadeklarowali chęć nawiązania kontaktu z jednym z ziemskich rządów, lecz jedynie poprzez swojego łącznika, to znaczy Billy'ego. Służba wywiadowcza tego kraju zgodziła się nawet pełnić rolę pośrednika, lecz niestety to zaplanowa­ne przedsięwzięcie nie doszło do skutku z powodu nieodpowiedzialnego postępowania niektórych polityków, którym albo zabrakło wyobraźni, albo po prostu nie chcieli przyjąć warunków postawionych przez Plejadan. Wręcz nie sposób wyobrazić sobie szkód, jakie wywołała głupota i krótko­wzroczność tych polityków.

195

XI MATERIAŁ FOTOGRAFICZNY BILLY’EGO

W celu uzyskania dowodów na autentyczność swoich kontaktów Billy otrzymał od swoich pozaziemskich przyjaciół zgodę na wykonywanie zdjęć i kręcenie filmów. Łącznie wykonał kilkaset rewelacyjnych zdjęć oraz osiem niezwykłych ujęć filmowych przedstawiających różnego rodzaju pojazdy pozaziemskie widziane w ciągu dnia i w nocy oraz ślady ich lądowań.

Bez przesady można stwierdzić, że materiał fotograficzny Billy'ego jest nie tylko najlepszy, ale i najobszerniejszy. I co najważniejsze nie są to ujęcia przypadkowe. Wszystkie zdjęcia będące w dyspozycji FIGU wykona­ne zarówno przez Billy'ego, jak i jego przyjaciół oraz znajomych zostały zrobione wyłącznie za zgodą istot pozaziemskich. Informacje o tym, gdzie i kiedy można fotografować lub filmować ich statki, Billy otrzymywał od nich telepatycznie. Z wyjątkiem zdjęć wykonanych w kosmosie prawie wszystkie pozostałe powstały na Przedgórzu Zürychskim, to znaczy na łąkach i polach położonych w pobliżu miejsca zamieszkania Billy'ego w Hinwil, a potem Hinterschmidruti.

Celem ich wykonywania nie był zamiar wzbudzenia sensacji, ale jak już wspomniałem, zgromadzenie odpowiednio dobrego materiału fotograficz­nego i filmowego mającego stanowić potwierdzenie autentyczności jego kontaktów. Są one nie tylko cennym materiałem poglądowym stanowiącym uzupełnienie jego tekstów, ale również potwierdzeniem tkwiącej w nich prawdy. Poza tym stanowią także swego rodzaju przynętę dla osób, które

196

poprzez ufologię starają się dotrzeć do duchowej istoty rzeczy, bowiem duchowe wartości, co chciałbym szczególnie podkreślić, są w gruncie rzeczy ważniejsze od wszystkich spraw ufologicznych razem wziętych.

1. Trudności podczas fotografowania i filmowania

Fotografowanie oraz filmowanie utrudniały Billy'emu w mniejszym lub większym stopniu następujące rzeczy:

1.  Brak jednej ręki.

2.  Z braku odpowiednich funduszy nie najlepszy aparat fotograficzny. Używał najłatwiejszego w obsłudze aparatu, jaki udało mu się zdobyć

- OLYMPUS-35 ECR z przesłoną 1:2,8, ogniskową 42 mm i stałym czasem naświetlania 1/100 sekundy.

3.  Różnego rodzaju niepożądane promieniowania,  które normalnie nie występują w przypadku fotografowania ziemskich obiektów latających.

a)  W  ciągu jedenastoletniego   okresu  kontaktowania  się  z  Billym (28.1.1975-29.1.1986) Plejadanie używali pojazdów zwanych przez nich od ich napędu statkami promiennymi. Statki te emitowały do otoczenia szkodliwe dla materiałów fotograficznych promieniowanie, zaś ich unowocześniony typ, wielokrotnie fotografowany i filmowany przez Billy'ego, wysyłał na zewnątrz siebie niezwykle intensywne promieniowanie magnetyczne.

b)  Niewidzialny ekran ochronny rozciągający się w odległości około 90 m od statku, który zniekształcał wszystkie przeszkody (inne obiekty latające, meteoryty etc.) znajdujące się poza nim, a także wszystko, co znajdowało się wewnątrz niego. Dopiero jego wyłączenie umoż­liwiało robienie zdjęć ze zbliżenia, to jest z odległości mniejszej niż 90 metrów (patrz zdjęcie nr 63).

c)  Istniejące wewnątrz statku Plejadan promieniowanie, które zmniejsza jakość wykonywanych z niego zdjęć do tego stopnia, że bez specjal­nego urządzenia mija się to z celem. Specjalnie dla Billy'ego Plejada­nie sporządzili odpowiednią płytkę dyfrakcyjną, dzięki której mógł je wykonać, jednak ich jakość mimo to była nie najlepsza.

d)  Inne rodzaje promieniowań występujące w kosmosie oprócz wyżej wymienionych. Nawet promieniowania pochodzące z naszego układu słonecznego mają pewien wpływ na jakość zdjęć, jak to miało miejsce podczas nocnej demonstracji w czerwcu 1976 roku.

Wszystkie te czynniki w znacznym stopniu utrudniały fotografowanie i zmniejszyły jakość produktu końcowego, to jest zdjęć, slajdów oraz

197

filmów. W związku z tymi promieniowaniami Billy musiał przełknąć niejedną gorzką pigułkę, zwłaszcza na początku, gdy nie miał jeszcze o nich pojęcia. Pewnego dnia zdarzył się na przykład przykry wypadek, kiedy to jego aparat fotograficzny nagle eksplodował, w wyniku czego całkowitemu zniszczeniu uległ światłomierz. Dlatego właśnie zdjęcia wykonywane z bliskiej odległości stanowią w zbiorze Billy'ego mało znaczący margines.

Inne nieprzyjemne zdarzenie miało miejsce kilka lat później, w roku 1981, gdy Billy jechał swoim minitraktorem z przyczepionym do niego domkiem kempingowym, aby sfotografować statek Plejadan nazwany później statkiem-tortem. Gdy zbliżył się do niego na niewielką odleg­łość, jego silne pole magnetyczne tak namagnesowało traktor, że na­stąpiło uszkodzenie jego zapłonu. Nie mogąc usunąć tej usterki, Semjase wezwała na pomoc Quetzala, który musiał ściągnąć odpowiednie narzę­dzia, aby dokonać naprawy.

Co więcej, warte łącznie 550 franków szwajcarskich kasety z filmami poddane działaniu tego silnego pola stały się całkowicie bezużyteczne. Quetzal obejrzał je dokładnie i stwierdził, że musiałyby posiadać specjalny płaszcz ochronny o grubości 6,11 mm, aby były zabezpieczone przed nim w stu procentach. W przyszłości więc Billy powinien przechowywać te kasety w ołowianej skrzynce i raczej nie zbliżać się za bardzo do tego statku.

Robione z bliskiej odległości zdjęcia statku-tortu unoszącego się nad parkingiem przed Centrum w Hinterschmidruti wyszły tylko dlatego, że Billy wykonał je z wnętrza wozowni i przez bardzo grubą szybę (patrz zdjęcie nr 23).

Zdjęcia niezbyt ostre i zamazane, to też rezultat oddziaływania na błonę filmową jakiegoś promieniowania. Tego rodzaju zdjęcia wykazują zmiany kolorów, zniekształcenia, odbicia lustrzane podobne do fatamor­gany, boczne przesunięcia oraz zmiany odległości. Przy zbyt dużym zbliżeniu statku Plejadan do jakiegoś obiektu (np. drzewa) na zdjęciu może być ono przesunięte lub mieć zupełnie zdeformowany kształt. Efekt ten może być tak silny, że sam statek sfotografowany ze zbyt bliskiej odległości wygląda na przykład jak mgiełka (patrz zdjęcie nr 63). Może się również zdarzyć w takich przypadkach, że jego kontury stają się częściowo asymetryczne lub nawet przybierają kształt linii falistych. Te niezwykłe efekty pojawiły się tylko na tych zdjęciach, podczas których wykonywania nie zachowana została bezpieczna odległość.

Przy ocenie tego rodzaju zdjęć uszkodzonych promieniowaniem niezwykle ważna jest znajomość prawdziwych przyczyn, dzięki czemu uniknąć można fałszywych wniosków.

199

4. Obecność innych ludzi. Fotografowanie w ciągu dnia w pobliżu osiedli było prawie niemożliwe, ponieważ trudno było ustrzec się od ciekawości innych ludzi, którzy od czasu do czasu zbliżali się do niego, aby zobaczyć, co robi. To utrudnienie było bez wątpienia naj dokuczliwszy m ze wszystkich podczas fotografowania.

2. Ułatwienia

Mimo niezliczonych utrudnień zgromadzony przez Billy'ego materiał fotograficzny nie ma sobie równego na całej naszej planecie i to zarówno pod względem ilości, jak i jakości. Dzięki życzliwości Plejadan Billy miał przywileje, których nie posiadał żaden inny Ziemianin. Jak już wspo­mniałem, jego zdjęcia nie są przypadkowymi ujęciami.

Było to możliwe również dzięki temu, że Billy miał z reguły wystar­czająco dużo czasu na poczynienie odpowiednich przygotowań, co w przy­padku zdjęć przypadkowych nigdy nie ma miejsca. Ponadto Plejadanie urządzali sesje zdjęciowe w miejscach, w których ich obiekty mogły być dobrze widoczne w zasięgu obiektywu aparatu fotograficznego, unosząc się w powietrzu i znajdując się w odpowiedniej odległości.

Istotnym ułatwieniem była umiejętność Plejadan ochrony swoich stat­ków przed lokalizacją zarówno optyczną, akustyczną, jak i radarową. Jej potwierdzeniem jest fakt, że mogą oni startować lub lądować w dowolnym miejscu i o dowolnej porze, nie będąc przez nikogo widzianymi. Jest to bardzo cenna umiejętność, zwłaszcza kiedy chce się ukryć swoją obecność. Ich motto w tej kwestii brzmi: „Im mniej widzów, tym lepiej, a najlepiej żadnych!"

Stosowanie sektorowych ekranów ochronnych pozwalało Billy'emu fo­tografować ich statki w ciągu dnia i w bliskim sąsiedztwie ludzkich siedzib. Sektorowe ekrany ochronne przede wszystkim osłaniały statek w taki sposób, że był on niewidoczny dla radarów oraz niesłyszalny. Jednocześnie znajdował się w nich wąski przesmyk, poprzez który był on widzialny wzrokowo i mógł być fotografowany. Obserwowany z innego miejsca był całkowicie niewidoczny.

W pewnych sytuacjach, chcąc uniknąć lokalizacji Plejadanie używają tak zwanej „czapki niewidki", to znaczy na wszystkie obiekty otoczenia nak­ładają niewidzialny półkulisty ekran energetyczny. Bez niego Billy mógłby w ogóle zapomnieć o fotografowaniu.

Mimo tych wszystkich zabezpieczeń od czasu do czasu w pobliżu Billy'ego pojawiają się jednak przygodni widzowie. Aby mógł on foto­grafować w spokoju w ciągu dnia, należałoby w zasadzie odizolować całą

199

okolicę, co z oczywistych przyczyn na zawsze pozostanie jedynie pobożnym życzeniem. W zasadzie Plejadanie byliby w stanie nie dopuszczać postron­nych osób do miejsc, w których ma miejsce fotografowanie, aby je w ten sposób zdecydowanie ułatwić, lecz jest to niemożliwe ze względu na prawo nieingerencji, gdyż niedopuszczanie ludzi do tych miejsc byłoby stosowa­niem wobec nich przymusu. Aby uniknąć zauważenia, nie pozostaje więc im nic innego jak chwilowo zniknąć. W tym celu używają oni teletransmitera.

3. Różne opinie i oszczerstwa na temat zdjęć i filmów Billy'ego

Gdy w różnych artykułach prasowych opublikowano zdjęcia Billy'ego wprawiły one w zakłopotanie wielu fachowców na całym świecie. Żaden inny przypadek związany z UFO nie wywołał tyle zamieszania i nie wzbudził tyle emocji, co ten. To, co jedni z pewnym zdziwieniem i po­dziwem przyjmowali do wiadomości, inni odrzucali kategorycznie jako fałszerstwo. Okazało się, że najwięcej przeciwników swojego przypadku ma Billy w kręgach ufologicznych, które z miejsca okrzyknęły go oszustem.

Mimo iż w miarę upływu czasu część jego przeciwników zmieniła zdanie po zapoznaniu się z wynikami badań naukowych (patrz rozdział XII), to jednak wielu z nich nadal zaciekle broni swoich błędnych poglądów wprowadzając jednocześnie w błąd innych. Dlatego też nie jesteśmy w sta­nie przewidzieć, gdzie i kiedy wystartuje nowa grupa jego antagonistów. Ponieważ te ataki najczęściej oparte są na fałszywych informacjach doty­czących zdjęć i filmów Billy'ego, chciałbym rzucić nieco światła w ten ciemny i zawiły labirynt błędnych opinii. Jestem jednocześnie całkowicie świadomy faktu, że jest to swego rodzaju syzyfowa praca, biorąc pod uwagę trudności i argumenty, które niejednokrotnie bardziej przemawiają za na­szymi wrogami niż za Billym.

4. Nieustanne kradzieże

Zdaniem Billy'ego z około 100 negatywów, z których każdy zawiera po 36 klatek, prawie połowa zdjęć była całkiem udana. Z tych około 1500 zdjęć do chwili obecnej pozostało jednak jedynie 700. Reszta, to jest ponad połowa, z biegiem lat zaginęła bezpowrotnie. W tych rachunkach pominą­łem zdjęcia z kosmosu wykonane przez Billy'ego podczas jego pięcio­dniowej podróży po wszechświecie. Jak oświadczył, większość z nich została uszkodzona przez promieniowanie kosmiczne, w związku z czym są bezwartościowe. Jakość innych waha się natomiast od przeciętnej do dobrej, niektórych jest nawet bardzo dobra.

200

Billy nie posiada obecnie ani jednego zdjęcia z kosmosu. Przyznaję, że brzmi to nieprawdopodobnie. Sam bym w to nie uwierzył, gdybym nie przekonał się osobiście, że coś takiego jest możliwe. Otóż byłem świadkiem, jak w ciągu jednej nocy z jego zbioru zginęło bez śladu ponad 100 zdjęć.

Wszystko to tworzy razem stosunkowo smutny bilans. Poza tym jest w tym pewien paradoks, bowiem z jednej strony przedstawia się Billy'ego jako mistrza mistyfikacji, z drugiej zaś jego zdjęcia okazują się na tyle cenne, że wiele osób decyduje się na ich kradzież, mimo iż „są z całą pewnością sfałszowane".

Pomijając te kradzieże, zastanawiające są również wysiłki pewnych kręgów osób, które często dużym nakładem sił i środków starają się podważyć wiarygodność Billy'ego, a jego kontaktom przypiąć etykietę „największego oszustwa w historii ufologii".

5.  Manipulacje obcych osób

Według Semjase pewne kręgi osób nie skąpiły czasu i pieniędzy na spreparowanie fałszywych zdjęć Billy'ego, które zostały sporządzone tak doskonale, że przy ich pobieżnym oglądaniu nie sposób cokolwiek zauwa­żyć. Dopiero dokładniejsza obserwacja pozwala dostrzec tę manipulację.

Plejadanie poinformowali Billy'ego, że celem tych fałszywych zdjęć jest zniszczenie jego wiarygodności.

Wiele wskazuje na to, że nie wszystkie fałszywe zdjęcia zostały sprawdzone przez ekspertów dokładnie, bowiem w ich analizach można stwierdzić różne nieścisłości. Bo czym można wytłumaczyć fakt, że dorysowana na jednym zdjęciu cienka nitka służąca rzekomo do zawieszenia pojazdu kosmicznego znajduje się nie tylko w niewłaściwym miejscu, lecz pojawia się również w innych. Można to wytłumaczyć na przykład tym, że podczas wykonywania powiększeń komputerowych powstają pewne zniekształcenia wywołujące wrażenie, że sfotografowany obiekt (model) zawieszony jest na kilku nitkach. Z pewnością istnieje jeszcze wiele innych możliwości powstawania takich przypadkowych dowodów mogących prowadzić do błędnych wniosków.

Przy tej okazji muszę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz potwierdzającą fakt, że maczał w tym ktoś swoje palce. Chodzi o to, że Billy nigdy nie wiedział, czy po wykonaniu zdjęć wracały do niego oryginały negatywów, czy tylko ich kopie. Wiele wskazuje na to, że z zasady dostawał właśnie ich kopie.

6.  Podwójne ekspozycje

Podrozdział ten chciałbym zacząć od pisemnej wypowiedzi znanego badacza zjawiska UFO:

201

Pan H.J. [byty członek grupy] relacjonując swoje przeżycie z 19-20 marca 1975 roku powiedział miedzy innymi: „...nazajutrz Billy przeprowadził z tą grupą i kilkoma dziećmi eksperyment w pobliżu Baretswil, który polegał na sfotografowaniu obecnych tam osób na filmie, na którym sfotografował wcześniej model. Nam powiedział natomiast, że chciał sfotografować niewidoczny dla nas, unoszący się w powietrzu pojazd kosmiczny".

W tym samym tonie wypowiedział się w roku 1979 na łamach jednego z pism ufologicznych po odwiedzeniu pana H.J. pewien wiedeń­ski ufolog:

H.J. pokazał nam zdjęcia, na których stoi w grupie osób, nad którą unosi się NOL, który mógł sfotografować tylko Meier.

Sprawa owej rzekomej „podwójnej ekspozycji" wygląda następująco. Będąc stale atakowanym przez różnych niedowiarków, do których należał również pan H.J., Billy postanowił przeprowadzić w końcu eksperyment mający udowodnić, że Plejadanie posiadają umiejętność tworzenia ekranów ochronnych czyniących ich statki niewidzialnymi i niewykrywalnymi.

W tym celu 20 kwietnia (a nie 20 marca, jak błędnie podano) 1975 roku Billy zebrał grupę kilku osób składającą się z 4 mężczyzn, 2 młodych kobiet oraz dwójki małych dzieci i udał się z nią około godziny 10. na górę Jakobsberg-Allenberg w pobliżu Baretswil. (Postąpił wbrew zakazom Pleja-dan zabraniającym mu sprowadzania ze sobą obcych osób). Jeden z męż­czyzn z grupy miał ze sobą film Kodaka i na oczach wszystkich podał go Billy'emu, który włożył go do aparatu i oddalił się, aby sfotografować statek Plejadan. Cała grupa obserwowała Billy'ego, nie widząc unoszącego się nad sobą statku Semjase, który był niewidoczny dzięki sektorowemu ekranowi ochronnemu. Po wykonaniu zdjęć Billy zwrócił film właścicielo­wi, który wysłał go do wywołania i jako pierwszy oglądał gotowe zdjęcia, zanim przekazał je Billy'emu.

Do tego momentu wszystko przebiegało zgodnie z planem i wszystko byłoby jak należy, gdyby nie wmieszała się w to Semjase, która w jakiś sposób rozmyślnie podziałała na film jeszcze przed jego wywołaniem w celu zniszczenia wykonanych przez Billy'ego zdjęć. Zniszczeniu uległa część filmu. Na pozostałej jego części zachowało się jedynie kilka roz­mazanych ujęć wyglądających na podwójną ekspozycję (patrz zdjęcie nr 64). W związku z tym nasuwa się pytanie, dlaczego to zrobiła? Zrozumienie jej motywacji może nie być łatwe dla wielu Ziemian, co jest kolejnym

202

dowodem na to, że Plejadanie z racji wyższego poziomu rozwoju ewolucyj­nego myślą i postępują inaczej, niż byśmy tego od nich oczekiwali.

Z powodu zupełnie nielogicznego postępowania Billy'ego polegającego na sprowadzenia na miejsce kontaktu obcych osób Semjase straciła kontrolę nad swoim postępowaniem. Z początku dopuściła do fotografowania, a po­tem gdy doszła do siebie, usiłowała zniszczyć tę część filmu, na której były te osoby, co się jej zresztą udało tylko częściowo, gdyż omyłkowo uszkodzi­ła inną część filmu. Dlatego też zdjęcia z tymi osobami, które w końcu trafiły do Billy'ego, były niewyraźne i częściowo prześwietlone.

Dla lepszego zrozumienia tego skomplikowanego przypadku przytaczam fragment rozmowy Billy'ego z Asket i Semjase zaczynający się po tym, jak przedstawił im on sprawę z tymi zdjęciami (kontakt 32, 8 września 1975 roku).

ASKET: Tak było, Semjase?

SEMJASE: Nie wiedziałam, że Billy może całkiem świadomie po­stępować tak nielogicznie. [Asket śmieje się] Asket, i ty się z tego śmiejesz.

ASKET: Ta sytuacja ubawiła mnie. To nielogiczne postępowanie musia­ło rzeczywiście wyprowadzić ją z równowagi. Co właściwie zrobiłaś?

SEMJASE: Nie rozumiem, jak mogłam postępować tak nielogicznie.

BILLY: Jeszcze przed wywołaniem zniszczyła jakimiś promieniami mój film.

ASKET: Ale dlaczego? Jeżeli z jakiegoś powodu nie chciałaś dopuścić do wywołania tych zdjęć, to dlaczego w ogóle się tam pojawiłaś. Dlaczego po prostu nie odleciałaś stamtąd? To rzeczywiście nielogiczne, najpierw pozwalasz na fotografowanie swojego statku, a potem niszczysz zdjęcia.

SEMJASE: Powiedziałam przecież, że sama tego nie pojmuję. Rzeczy­wiście straciłam kontrolę nad swoim działaniem. I zupełnie tego nie rozumiem.

BILLY: Nie denerwuj się tym, Semjase. Widocznie straciłaś głowę. To może przytrafić się każdemu.

SEMJASE: Z pewnością masz rację. Z pewnych powodów nie chciałam, żebyś fotografował tę grupę ludzi, lecz mimo to zezwoliłam na to, żebyś zobaczył i sfotografował mój statek. To był mój błąd. Następnie w nie­zrozumiałym dla mnie zdenerwowaniu wyświetliłam przed twoim aparatem krajobraz, który widziałam ze swojego statku. Nie zauważyłeś tego, ponie­waż byłeś zbyt pochłonięty robieniem zdjęć. Była to podobna projekcja do tej z tamtymi trzema twoimi przyjaciółkami. [Chodzi tu o trzy osoby widniejące na pewnym zdjęciu w miejscu, w którym w rzeczywistości nie stały. Zdjęcie to jest jednak bardzo niewyraźne, a te osoby prawie nieroz-

203

poznawalne.] Dlatego też na twoich negatywach są widoczne dwa różne nakładające się na siebie obrazy [jak przy podwójnej ekspozycji]. Następnie w trakcie tej projekcji wysłałam wiązkę światła, aby prześwietlić twój film, co z niezrozumiałych względów nie udało mi się. To światła wywołało jedynie efekt przypominający podwójną ekspozycję - - nie zniszczyło samych zdjęć, ale sprawiło, że straciły ostrość. W końcu na krótko przed wywołaniem filmu wysłałam eliminatora, aby zniszczył film. Ze zdenerwo­wania zaprogramowałam go jednak odwrotnie, niż chciałam, i w rezultacie uszkodzona została nie ta co trzeba część filmu. Tak to właśnie wyglądało.

ASKET: Rzeczywiście postępowałaś bardzo nielogicznie. Przyczyną tego może być fakt, że spotkałaś się z całkowicie nielogicznym postępowa­niem z drugiej strony, na które nie byłaś przygotowana. To doprowadziło w twoim wyłącznie logicznie rozumującym umyśle do swego rodzaju spięcia, które wywołało tę reakcję łańcuchową.

SEMJASE: Zapewne tak było.

BILLY: To przecież zrozumiałe: człowiek, który rozumuje tylko logicz­nie, nie jest w ogóle w stanie wyobrazić sobie nielogicznego postępowania. Jeżeli styka się z czymś takim, nie potrafi sobie z tym poradzić. I w końcu w jego postępowanie wkrada się chaos. A ten prowadzi do błędnych wniosków i takiegoż działania.

ASKET: Wyjaśniłeś to bardzo precyzyjnie.

SEMJASE: Tak, teraz to rozumiem. Bardzo trudno jest postępować zgodnie z regułami, do których nie jest się przyzwyczajonym.

BILLY: Masz rację Semjase, lecz uważam, że byłoby bardzo dobrze dla ciebie i innych, gdybyście zbadali i wypróbowali ten sposób rozumowania. Logika może stać się niebezpieczną pułapką, kiedy ma do czynienia z nielogicznymi strukturami. Jestem zdania, że logika i nielogika muszą współgrać ze sobą, bowiem uzupełniają się nawzajem.

ASKET: Tak właśnie jest.

SEMJASE: Muszę się więc jeszcze wiele nauczyć w tej materii.

ASKET: Masz do tego dobrego mistrza, jak by powiedzieli Ziemianie.

SEMJASE: To prawda, nauczyłam się już od niego wielu rzeczy. Właściwie to bardzo dziwne, jak różne mogą być opinie o danym człowie­ku. Billy w każdym razie miał dobre chęci, ale pomylił się co do mnie, gdyż w końcu wszystko obróciło się przeciwko niemu. Z powodu tego przeświet­lenia jego antagoniści zarzucają mu teraz, że to jego robota.

W dalszej części rozdziału przedstawiam najbardziej znane i najczęściej wysuwane pod adresem Billy'ego zarzuty dotyczące jego materiału foto­graficznego.

204

7. Zarzuty wobec niektórych zdjęć Billy'ego

7.1. Zbliżenie — zdjęcie nr 65

(spoczywający na ziemi statek po wylądowaniu 27 lutego 1975 roku w Jakobsberg-Allenberg/Bettswil, Baretswil) Zarzuty:

a)  Fotograf celowo odciął dolną część NOLa, aby uniemożliwić iden­tyfikację modelu. (Dokumentacja V — dowód B)

b)  Dolna część zdjęcia została odcięta, jak gdyby nie chciano pokazać czegoś, na czym spoczywał model, co określono jako mrowisko. (Dokumentacja K — str. 25)

Odpowiedź:

Zdaniem Billy'ego na oryginalnym negatywie pod statkiem widoczne były 3 podpory, na których spoczywał on stojąc na Ziemi. Ktoś rozmyśl­nie odciął dolną część tego zdjęcia, po czym wykonał powiększenia statku.

Zarzuty:

c)  Zdjęcie nr 65 pokazuje, że prymitywny model statku wykonany został z grubego kartonu, czego dowodzi jego grubość i prymitywne cięcia widoczne na krawędzi, na której założone są na siebie oba stożki. Górny stożek odchylony jest w bok, zaś przyklejone krawędzie po lewej i prawej stronie wykrzywiają się ku górze. (Dokumentacja V — dowód B)

d)  Karton, z którego wykonany jest model, jest pofalowany, co można stwierdzić przykładając do brzegu linijkę.

Odpowiedź:

Zdjęcie to należy do najlepszych, jakie mógł wykonać Billy ze statku Plejadan. Następstwem zbytniego zbliżenia się do tego pojazdu był wypadek, w wyniku którego zniszczeniu uległ światłomierz w jego aparacie marki Olympus. Faliste kontury sfotografowanego pojazdu są wynikiem emitowanego przezeń intensywnego promieniowania.

Zarzut:

e)  Biegnący wzdłuż obwodu widocznego na zdjęciu spoczywającego na ziemi statku pas wykazuje zagadkowe podobieństwo do pasów noszo­nych przez chłopów mieszkających w okolicy, w której mieszka Meier. Poza tym wykazuje on niezwykłe podobieństwo do sznura używanego do zawieszania zwierzętom dzwonków.

Odpowiedź:

Komentarz zbędny.

205

7.2.  Wyrzucone zdjęcia — zdjęcie nr 67

Zarzut:

...należy stwierdzić, że widniejący na zdjęciu obiekt przypomina nieco zniekształcony kapelusz noszony przez szwajcarskich chłopów". Z kolei tekst towarzyszący zdjęciu zamieszczonemu pod spodem mówi: „Jest to odtworzone nadpalone zdjęcie znalezione w pobliżu farmy Meiera. Ma ono rzekomo przedstawiać statek Plejadan, który wylądował na po­dwórzu Meiera". (Dokumentacja K — str. 25)

Odpowiedź:

O tak zwanych wyrzuconych, nie udanych zdjęciach krąży wiele plotek. W rzeczywistości było tak. Pewnego dnia w roku 1975 Billy otrzymał od Semjase na kilka dni metalowy model statku promiennego do sfoto­grafowania, aby na podstawie jego zdjęć mógł sam sobie zrobić taki model, jednak to przedsięwzięcie nigdy nie doszło do skutku. Negatywy tych zdjęć trafiły nieopatrznie do kosza na śmieci, które zostały następ­nie wrzucone do pieca. Żona Billy'ego, Kalliope, wygrzebała je z popio­łu i mimo iż były nadpalone zachowała je. Jak to się jej udało, nie mam pojęcia. Osobiście znam tylko jedno dobre zdjęcie modelu wykonane przez Billy'ego (patrz zdjęcie nr 67). Na nieszczęście inne gorsze zdjęcia dostały się w obce ręce i wykorzystywane są teraz do jego atakowania.

7.3.  Fabryka modeli Billy'ego — zdjęcie nr 67

(jedyne udane zdjęcie modelu) Zarzuty:

a)  Statek Semjase spoczywający na śniegu. Sfotografowana jego część nie jest dłuższa niż l ,5 metra. Ów widoczny na zdjęciu siedmiometrowy pojazd to przejaw partackiej roboty. Brzeg jego stożkowatej powierz­chni nie wygląda, aby był on ze stopu miedzi i srebra, jak to twierdził Billy. Wygląda raczej na brzeg kartonu. (Dokumentacja V — dowód C)

b)  Według danych zamieszczonych w publikacjach Meiera ów statek ma średnicę 7 metrów. Analiza fotograficzna wykazuje jednak, że wynosi ona nie więcej niż l metr. Jakość zdjęcia przeczy, aby ów pojazd miał wielkość, o której mówi Meier. (Dokumentacja K — str. 27)

Odpowiedź:

W katalogu zdjęć FIGU fotografia ta figuruje jako zdjęcie modelu (numer katalogowy 63):

Zdjęcie statku po lądowaniu w śniegu. Ujęcie boczne. Zdjęcie siedemdziesięciocentymetrowego modelu dostarczonego przez Semjase.

206

Jedyne, co mogę do tego dodać, to to, że w przypadku tego zdjęcia zawsze była mowa o modelu, a nie o siedmiometrowym statku. Zarzut:

c) Od kiedy istnieją zdjęcia modelu, nieustannie krążą plotki, że wszyst­kie zdjęcia Billy'ego przedstawiają wykonane własnoręcznie przez niego modele, które rzekomo odkryto w jego w garażu. Odpowiedź:

Tego typu opinie świadczą o głupocie i niskich pobudkach głoszących je osób. Bardzo łatwo jest paplać, że „Billy sam wykonał modele", wie­dząc, że nie grozi za to kara, lecz gdyby przyszło to udowodnić przed sądem, nie byłoby to już takie proste.

1.  Jak już wspomniałem, we wrześniu 1975 roku Billy otrzymał od Semjase na kilka dni blisko siedemdziesięciocentymetrowy metalowy model statku promiennego w celu sfotografowania go, a następnie wykonania na podstawie tych zdjęć własnego modelu. Gdy jednak doszło do tego zdarzenia z nie dopalonymi zdjęciami, Billy odstąpił od zamiaru zbudowaniu tego modelu. Mimo to nadal słyszę od czasu do czasu zarzut, że przecież w gabinecie Billy'ego wisi wspaniały model statku Plejadan. Wyjaśniam przeto, że jest to jeden z dwóch modeli z tworzywa sztucznego o średnicy 42 centymetrów wykona­nych przez studentów z Hollywood, którzy sprezentowali mu jeden z nich. Kilka osób wykonało jego zdjęcia. Jedna z tych osób trzymała go najpierw na uwięzi na kiju, a potem wypuściła w powietrze. W tym czasie pozostali fotografowali go — również aparatem Bil-ly'ego — z różnych odległości i pod różnymi kątami, a także z różnymi czasami naświetlania. Specjaliści od komputerowej analizy fotografii bez trudu odróżnili je od prawdziwych zdjęć Billy'ego.

2.  Billy musiałby pracować w modelarni studia filmowego, aby móc zrobić swoje zdjęcia, gdyby w rzeczywistości przedstawiały one modele. Musiałby wykonać modele siedmiu różnych typów statków — niektóre z nich nawet w kilku egzemplarzach — co wymagałoby ogromnych środków oraz dużego nakładu pracy i czasu.

3.  Każdy, kto zna warunki mieszkaniowe Billy'ego w Hinterschmidrüti, musi przyznać, że nie mógł on tam wykonać potajemnie żadnych modeli, jako że nieustannie kręci się tam dużo ludzi.

4.  Klejąc modele na wolnym powietrzu na Przedgórzu Zürychskim bardzo łatwo jest zostać przyłapanym na tej czynności przez wszędo­bylskich przechodniów.

5.  Preparowanie fałszywych zdjęć statków Plejadan byłoby niemożliwe bez pomocy innych osób.

207

6.  Żona Billy'ego od początku miała bardzo sceptyczne podejście do całej tej sprawy, zwłaszcza że stale cierpiało z jej powodu ich życie rodzinne, i z uwagą śledziła działalność swojego męża. Chociażby z tego względu Billy nie mógł sobie pozwolić na jakiekolwiek oszustwo.

7.  Jak twierdzi, nie wykonywał żadnych modeli statków kosmicznych ani nie zlecał ich wykonania innym, a co za tym idzie, nie używał ich do robienia swoich zdjęć. Billy i jego żona mogą w każdej chwili to potwierdzić — nawet przed sądem.

8.  Zeznania świadków w sprawie zdjęć Billy'ego oraz wyniki ich badań świadczą na jego korzyść (patrz początek następnego rozdziału). Wszelkie twierdzenia, jakoby ten czy ów widział, jak Billy sam wykonał modele tych statków, a następnie ukrywał je w jakimś budynku, są rozmyślnie szerzonym kłamstwem bądź nieporozumie­niem wynikającym na przykład z błędów w tłumaczeniu.

W nawiązaniu do owych rzekomych modeli chciałbym zacytować pe­wien zabawny list skierowany do Billy'ego przez krytycznie nastawioną do niego anonimową osobę, która jest wręcz rozbrajająca w swojej naiwności. Nadany został na dworcu w Stadeł niedaleko Niederglatt.

Pan Eduard Billy Meier 8499 Schmidrüti, ZH

l marca 1983

W Blicku [szwajcarskie czasopismo] z 11 marca 1981 donosi pan

0 NOLu, który rzekomo wylądował 22 października 1980 o godzinie 22.10 w pańskim ogrodzie.

Zamieszczone zdjęcie tego obiektu to naturalnie atrapa nie mająca nic wspólnego z rzeczywistością. NOLe zostały już dzisiaj zdemaskowane

1  nazywają się NZA (Niezidentyfikowane Zjawiska Atmosferyczne). Nie jest Pan jedyną osobą twierdzącą, że widziała NOLe. Na naszej planecie jest wielu kłamców głoszących tego rodzaju opinie. Jeżeli ktoś kłamie tak jak Erich von Daniken i twierdzi, że ludzie pochodzą od małp i bogów, to nie należy on do naszej planety.

Pewien profesor powiedział mi kiedyś: Jeżeli Daniken wierzy w to, co

pisze, to świadczy to o jego bardzo niskim poziomie intelektualnym,

a jeżeli nie wierzy w to, co pisze, i robi to tylko dla pieniędzy, to jest

zwykłym krętaczem.

Myślę, że ten profesor miał rację.

W pana przypadku nie jest tak źle. Po prostu otrzymał Pan w swoim

życiu dużą porcję głupoty i musi Pan ją „przeżyć". Niech Pan jednak

208

skończy kłamać o NOLach. To, co od czasu do czasu pojawia się na horyzoncie, to NZA, ziemskie twory z pary, które utrzymują się przez pewien czas, a potem rozpływają w powietrzu. Życzę Panu dużo dobrego w życiu i mam nadzieję, że nabierze Pan z czasem rozumu.

Pozdrowienia do Schmidruti

7.4. Zdjęcie nr 66 lub 16

Legenda:

Lot demonstracyjny statku Semjase wokół mierzącej 14-16 metrów wysokości sosny, która została potem zlikwidowana bez śladu przez Semjase (9 lipca 1975 roku, godzina 15.08, Fuchsbüel-Hofhalden, Ober-balm/Wetzikon).

Są to jedne z najbardziej krytykowanych zdjęć Billy'ego. W kręgach ufologicznych od lat rozpowszechniana jest plotka, że przedstawiają one wykonany przez niego, pomalowany srebrną farbą model, który wodzo­ny był na sznurku wokół miniatury drzewa. O używaniu modeli wypo­wiedziałem się już wyczerpująco. Zarzut odnośnie tego cyklu zdjęć jest o tyle niedorzeczny, że w tym przypadku Billy jako jednoręka osoba musiałby mieć pomocnika, co jest z kolei wykluczone i to nie tylko w tym, ale i w innych przypadkach. Mimo usilnych poszukiwań an­tagonistów Billy'ego do dzisiaj nie udało się im znaleźć ani jednej osoby pomagającej mu przy preparowaniu tych rzekomych fałszerstw. Poza tym coraz częściej głoszona jest opinia, że pojazd tej wielkości jest za mały, aby mógł zmieścić w swojej kabinie trzy osoby. W związku z tym chciałbym podać cytat z relacji pana W.M. z Wiednia opublikowanej w roku 1979:

Zdjęcie Meiera przedstawia małe drzewko, wokół którego poru­sza się NOL. Stwierdziliśmy, że maksymalna odległość, z jakiej mógł je objąć aparat, wynosiła niespełna 7 metrów. Po zrekon­struowaniu czubka drzewa okazało się, że jego wysokość wynosiła zaledwie 60 cm! NOL Meiera, który miał mieć rzekomo 7 metrów średnicy, mógł mieć w tej sytuacji wielkość jedynie zwykłego talerza.

Odpowiedź:

Jeżeli do oceny wielkości statku kosmicznego użyjemy drzewa jako

punktu odniesienia, wówczas nietrudno o popełnienie błędu. Średnica

209

korony widocznej na zdjęciu limby jest zbliżona do średnicy statku promiennego i wynosi około 7 metrów. Wewnątrz statku tej wielkości jest wystarczająco dużo miejsca dla 3 osób. Po wizji lokalnej przeprowadzo­nej w miejscu wykonania tych zdjęć nasunęły mi się następujące wnioski:

1.  Jeżeli przyjmiemy, że był to model wielkości talerza (średnica 26 cm) umieszczony przed sześćdziesięciocentymetrowym drzewkiem, wów­czas odległość między nimi i aparatem fotograficznym mogłaby rzeczywiście wynosić tylko kilka metrów.

2.  W rzeczywistości ta odległość wynosiła około 70-90 metrów w zależ­ności od miejsca w którym stał fotograf.

3.  Nie są to zdjęcia wykonane z bliskiej odległości, o czym świadczą następujące przesłanki:

a)  Pierwszym dowodem na to są występujące na pierwszym planie gałązki jodły. Jeżeli porównamy je z ostro zarysowaną koroną drzewa, wokół której krąży statek, wówczas otrzymamy różnicę w odległości. Odległość tych rozmytych gałązek od stanowiska fotografa wynosi ponad 7 metrów (patrz zdjęcie nr 16).

b)  Jeżeli porównamy gałęzie jedno- lub dwumetrowego drzewka sfotografowanego z odległości kilku metrów z koroną limby, wówczas łatwo będzie można stwierdzić między nimi różnicę (do wszystkich porównań wielkości i odległości muszą być używane kopie oryginalnej wielkości, gdyż inaczej pomiar będzie błędny).

c)  Ludzie znający się na drzewach (leśnicy, ogrodnicy) zgodnie stwierdzili, że w przypadku tej sosny mamy do czynienia z dorod­nym drzewem (limbą), a nie jakąś jego miniaturą.

d)  Pomiary dokonane w miejscach lądowania statków Plejadan przez amerykańskich badaczy potwierdziły dane dotyczące odległości i ich średnicy podawane przez Billy'ego.

e)  Naukowe analizy zdjęć Billy'ego wykluczyły używanie przez niego do ich wykonywania modeli.

Zarzuty:

a) „Jak wynika z publikowanych na ten temat informacji, widoczny na tych zdjęciach statek kosmiczny krążył wokół drzewa. Szwajcarski urząd meteorologiczny podał, że tego dnia, kiedy były one robione, prędkość wiatru wynosiła zaledwie 25 km/h. Jeśli przyjrzymy się dokładnie chmurom na zdjęciu, to zauważymy, że zdjęcia musiały być wykonywane przez dłuższy okres czasu niż kilka sekund, jak się twierdzi. Poza tym oględziny miejsca, w którym wykonano te zdjęcia,

210

nie potwierdzają, jakoby rosło tam kiedykolwiek jakieś drzewo". (Dokumentacja K — str. 30)

b) „Jeżeli chodzi o prawdziwość tego cyklu zdjęć z drzewem, należy stwierdzić, że stała zmiana kąta, z jakiego widać drzewo, oznacza, że fotograf (Meier) był w ciągłym ruchu, a nie jak się twierdzi, stał w jednym miejscu i szybko wykonał 8 zdjęć przedstawiających owego rzekomego NOLa krążącego wokół drzewa". (Dokumentacja K —str. 110) Odpowiedź:

Billy twierdzi, że w Oberbalm wykonał dwie różne serie zdjęć tej limby. Zdjęcia pierwszej serii robione były ze statywu, natomiast drugiej - z ręki, pod różnymi kątami i z różnych odległości. Ponieważ odstępy czasowe między wykonywaniem kolejnych zdjęć drugiej serii wynosiły nie sekundy, ale minuty, dalsze wyjaśnienia są zbędne. Nic więc dziw­nego, że widoczne na kolejnych zdjęciach układy chmur różnią się od siebie, ponieważ jest to normalne przy wietrznej pogodzie, zwłaszcza w górzystym terenie. Każdy fotograf wie o tym doskonale. Jak już wspomniałem w rozdziale VII („Zagadkowa eliminacja jodeł"), Semjase do lotów pokazowych wybierała pojedynczo rosnące drzewa, gdyż dzięki nim mogła łatwiej przedstawić zwrotność swojego statku oraz jego wielkość. Poza tym ciemnozielona korona drzewa bardziej podkreślała kontrast z jego błyszczącą metaliczną powłoką. Wyjaśniłem tam również, dlaczego Plejadanie musieli zlikwidować łącznie 5 drzew. Limba w Oberbalm była jednym z nich. Semjase dokonała jej całkowitej eliminacji łącznie z wymazaniem wspomnień o niej. Krótko mówiąc, nikt poza Billym, nie pamięta obecnie, aby kiedykolwiek rosło tam jakieś drzewo — nawet właściciel tego terenu. Ta niezwykła historia jest tak nieprawdopodobna, że większość osób traktuje ją jak zwykłą bajkę.

Tak się jednak składa, że na niebie i ziemi zdarzają się rzeczy, których nasze umysły nie są jeszcze w stanie pojąć. W tym konkretnym przypadku Plejadanie nie udzielili nam dalszych wyjaśnień. Erranie pod względem technologicznym wyprzedzają nas o około 3500 lat, co oznacza, że ta rzekoma bajka o jodłach nie jest aż taką utopią, jak by się mogło wydawać.

8. Zdjęcia kosmiczne Billy'ego

Szczególnym rozdziałem historii Billy'ego jest bezsprzecznie ten, który dotyczy zdjęć kosmosu wykonanych przez niego w czasie podróży po wszechświecie, którą odbył na statku Plejadan w lipcu 1975 roku.

211

Jak już podałem na wstępie tego rozdziału, jedynie niewielka ich część była jakościowo na tyle dobra, że warto było zrobić ich odbitki. Kilka z nich było nawet bardzo dobrych — były one jedyne w swoim rodzaju. Billy nie nacieszył się jednak nimi długo, bowiem z biegiem lat wszystkie one zostały mu skradzione i w chwili obecnej nie posiada już ani jednego zdjęcia z kosmosu. Na domiar złego wiele z nich wykorzystywanych jest do podważania jego wiarygodności.

Prawdziwą przyczyną tych ataków jest jednak zawiść o to, że to Billy, a nie jakiś wybitny uczony z NASA lub innej tego typu organizacji, dokpnał tak niezwykłej rzeczy, czego wielu ludzi wciąż nie może pojąć; również błędne tłumaczenia i interpretacje, jak choćby ta dotycząca „Oka Boga" (patrz podrozdział 8.2.).

Ponadto zdarza się, że w telewizji pokazywane są zdjęcia Billy'ego bez podawania źródła ich prawdziwego pochodzenia. Najgorsze jest jednak to, że niektóre z elementów widocznych na jego zdjęciach z tej podróży wystąpiły już przed laty w filmach popularnonaukowych oraz scien-ce-fiction, na długo przed tym, jak je opublikował. Nic więc dziwnego, że wielu ludzi zaczęło wątpić w ich autentyczność. Kulisy tego stanu rzeczy, których nie znał również Billy, wypłynęły na światło dzienne jednak dopiero jakiś czas później.

Chodzi o to, że tak zwane Inteligencje Baawi (sprzymierzeńcy Erran) miały za zadanie przekazać drogą inspiracji odpowiednim ludziom (mala­rzom, autorom filmów science-fiction etc.) szereg wizerunków określonych miejsc, z których pewna część pokrywała się z tym, co przedstawiały zdjęcia Billy'ego. Niestety, część tych inspiracji przekazano, zanim Billy zdążył rozpowszechnić swoje zdjęcia.

Zdaniem istot pozaziemskich Ziemianie mieli być za pomocą tych inspiracji przygotowywani na przyszłe wydarzenia. Nie wiem jednak, według jakiej zasady dokonano wyboru wizerunków, które znalazły się również na zdjęciach Billy'ego.

Billy'emu postawiono zarzut, że jego zdjęcia nie są prawdziwe i że z całą pewnością sporządził je z reprodukcji ilustracji zamieszczonych w różnych czasopismach i innych publikacjach. Na naszych pozaziemskich przyjaciół podziałało to jak zimny prysznic, bowiem okazało się, że ich wysiłki odniosły wręcz przeciwny skutek.

Sposób postępowania Inteligencji Baawi okaże się zrozumiały, jeśli choć trochę spróbujemy wczuć się w ich styl rozumowania. Ponieważ obce są im takie pojęcia jak kłamstwo i oszczerstwo, nie można im zarzucać, że błędnie ocenili sposób postępowania Ziemian. Gdyby wiedzieli, jak negatywna będzie reakcja na ich starania, z całą pewnością nie podjęliby się tego zadania.

212

Posługując się kilkoma zdjęciami z opracowania The Billy Meier Fraud (Oszustwo Billy Meiera) chciałbym przedstawić bliżej kilka zarzutów kiero­wanych pod adresem Billy'ego.

8.1. Zdjęcie Semjase i Asket — zdjęcie nr 4

Zarzuty:

Zdjęcia z bliska Semjase i Asket z Plejad, wszechświat DAL. Po wykonaniu wielu udanych zdjęć NOLi dziwnym zbiegiem okoliczności Billy nie był w stanie porządnie sfotografować swoich pozaziemskich przyjaciółek Semjase i Asket. Powód: galaktyczne promieniowanie ich ciał. W rzeczywistości:

a)  owo promieniowanie to po prostu blef mający uzasadnić nieostre zdjęcie;

b)  zdjęcie przedstawia dwie normalne Ziemianki z długimi włosami; kości policzkowe Semjase, zarys podbródka oraz wygląd jej oczu odpowiada żonie Billy'ego po nałożeniu  peruki.  (Dokumentacja V — dowód F)

Wypowiedź pana R.S.: „Widziałem zdjęcie tych dwóch kobiet. W.S. powiedział mi, że Meier wyjaśnił mu, iż są to dwie kosmitki... Stwier­dziłem, że mają bardzo silny makijaż. Zapytałem o to W.S., ponieważ wydało mi się dziwne, że istoty pozaziemskie będące rzekomo dużo bardziej rozwinięte od nas pod względem umysłowym uważają za konieczne poprawiać swój naturalny wygląd. W.S. powiedział mi, że Meier oświadczył mu, iż żadna z nich przed przybyciem na Ziemię, nigdy nie robiła sobie jakiegokolwiek makijażu. Gdy jednak zobaczyły jak bardzo poprawia on wygląd kobiet, również i one zaczęły go robić". (Dokumentacja K) Rozmowa między panami B.R. i D.: B.R.: Czy oni są podobni do ludzi?

D: Tak, wyglądają jak ludzie. Z wyjątkiem uszu — ich małżowiny uszne są wydłużone i sięgają aż do policzków. Poza tym wyglądają jak ludzie. Te istoty pozaziemskie powiedziały podobno Meierowi, że te wydłużone uszy znacznie zwiększają ich zdolność słyszenia. Odpowiedź:

1. Zdjęcie, o którym mowa, wykonane zostało wewnątrz statku należą­cego do Asket i przedstawia ją samą (z lewej) oraz jej przyjaciółkę Nerę (z prawej). Brak ostrości nie jest wynikiem promieniowania ich ciał, lecz wynikiem warunków technicznych panujących wewnątrz statku powodujących rozmycie obrazu.

213

2.  Zdaniem Billy'ego pozaziemskie kobiety — przynajmniej te z nich, które zna — używają wyłącznie cieni do oczu i ewentualnie farbują włosy. Wszystko inne jest wytworem wyobraźni.

3.  Twierdzenie, że Billy przebrał dwie Ziemianki za istoty pozaziemskie, z których jedna to jego żona, Kalliope, w blond peruce, jest niedorzeczne. Nie bardzo sobie wyobrażam kogoś, kto przy pomocy peruki chciałby udowodnić, że nosząca ją osoba jest istotą pozaziemską. Nie widzę żadnego podobieństwa między wizerunkiem Asket (błędnie braną tu za Semjase) a Kalliope, nawet bez blond peruki. Poza tym każdy, kto zna Kalliope, wie, że nigdy nie wzięłaby udziału w jakimkolwiek oszustwie.

4.  Jeśli chodzi o wydłużone małżowiny uszne Plejadan, jest to jedyna różnica anatomiczna między tymi istotami pozaziemskimi a białą rasą Ziemian. Ich większa długość nie wpływa ani trochę na to, że te istoty mają lepszy od nas słuch, zwłaszcza że są one dłuższe zaledwie o około 2 cm.

8.2. Oko Boga (JHWH Mata) — zdjęcia nr 68 i 69

Zarzuty:

Oko Boga sfotografowane podczas lotu Billy'ego z Semjase do wszech­świata DAL. Znaleźli się wówczas bliżej stwórcy i uzyskali szansę sfotografowania jego jednego oka. (Dokumentacja V — dowód G) Meier twierdzi, że sfotografował Oko Boga w centrum wszechświata DAL. Zdjęcie to zostało zidentyfikowane przez ufologa Toma Gatesa jako mgławica w gwiazdozbiorze Lutni. Meier twierdzi ponadto, że zdjęcia te były wykonane z bliskiej odległości. Na pytanie, dlaczego nie sfotografo­wał obu oczu Boga, odrzekł, że było to niemożliwe, ponieważ w tym czasie mrugał on do jego koleżanki, Semjase. (Dokumentacja K — str. 26) Odpowiedź:

1.  Na zdjęciach, o których mowa, widoczna jest mgławica znajdująca się w gwiazdozbiorze Lutni w naszej galaktyce nosząca w naszych ziemskich katalogach symbol M 57. Meier nigdy nie twierdził nic innego.

2.  Prezentowane przez krytyków zdjęcie nr 68 to marna kopia, ponieważ w centrum mgławicy nie widać nawet znajdującej się tam gwiazdy. Ale właśnie to nadaje całości wygląd olbrzymiego oka wpatrującego się w kosmos. Tym między innymi różni się zdjęcie Billy'ego od wykonanych przez naszych astronomów.

3.  Według Semjase mgławica M 57 stworzona została sztucznie poprzez zniszczenie olbrzymiej gwiazdy. Plejadanie nazwali ją „Jszwjszmata" (JHWHMATA), co oznacza „Oko Boga". Jej twórcą był wyjątkowo

214

barbarzyński człowiek noszący tytuł Jszwjsza (w skrócie JHWH), który nadał sobie sam. Tytuł ten oznacza „króla mądrości" lub po prostu „boga". Jszwjsz to człowiek posiadający więcej wiedzy i mąd­rości od innych sobie współczesnych. Nosić go może tylko ta osoba, która sobie nań zasłuży. Jest więc całkowitym absurdem łączenie mgławicy M 57 nazywanej przez Plejadan „Okiem Boga" z wszech­mocną siłą stwórczą wszechświata.

8.3. Kolonia kosmiczna czy bariera wszechświata? — zdjęcia nr 70 i 71

Zarzuty:

Do tej samej kolekcji zdjęć, co wspomniane wyżej, należy również zdjęcie z nagłówkiem „Who Owns the Copyright? Billy (Meier) or dr O'Neill?" Z lewej strony u góry znajduje się zdjęcie Billy'ego przed­stawiające barierę wszechświata, którą widział on osobiście i sfoto­grafował podczas swojej podróży po wszechświecie w roku 1975, z prawej strony u dołu natomiast kolorowa reprodukcja ilustracji przed­stawiającej hipotetyczną przyszłą kolonię kosmiczną. (Dokumentacja V) Komentarz do obu zdjęć. Masa obciążających dowodów pochodzi od samego Billy Meiera. Twierdzi on, że jest to rysunek tunelu prowadzące­go do wszechświata DAL, którego średnica wynosi jego zdaniem 75-80 kilometrów, zaś długość 1,3 miliona kilometrów. Porównanie rysunku Meiera z ilustracją przedstawiającą wyobrażenie wnętrza kolonii kosmi­cznej opartej na projekcie dr. G. O'Neilla oraz NASA, pokazuje, że oba zdjęcia są identyczne. Ilustracja kolonii ukazała się w magazynie Smith-sonian w lutym 1976 roku, strona 62-69. (Dokumentacja K — str. 34)

Odpowiedź:

1.  Lewe górne zdjęcie nie jest rysunkiem, lecz zdjęciem zrobionym przez Billy'ego w czasie jego podróży po wszechświecie. Przedstawia ono tak zwany tunel, poprzez który statek kosmiczny Plejadan pod dowództwem Jszwjsza Ptaaha przechodził z naszego wszechświata do sąsiadującego z nim wszechświata DAL.

2.  Prawe dolne zdjęcie jest reprodukcją kolorowej ilustracji wykonanej przez  malarza zainspirowanego przez Inteligencje  Baawi.  Dolna część ilustracji została z niewiadomych przyczyn przerobiona przezeń na osadę kosmiczną.

3.  Co najważniejsze, zdjęcie Billy'ego wykonane zostało z całą pewnoś­cią kilka miesięcy przed opublikowaniem tej ilustracji.

4.  Zdaniem Semjase zdjęcie Billy'ego jest zgodnie z rzeczywistością, podczas gdy ilustracja znacznie od niej odbiega, poza tym zawiera ona zauważalne nawet dla laika różnice. Na zdjęciu Billy'ego (zdjęcie

215

nr 71) wlot do tunelu bariery wszechświata ma kształt owalny, co jest zgodne ze stanem faktycznym, natomiast na ilustracji jest on kolisty. Poza tym znaczne różnice występują na pierwszym planie. Na zdjęciu Billy'ego widać tam połyskujące skupiska energii, które na ilustracji przyjęły postać elementów krajobrazu kolonii. Poza tym między obu zdjęciami występuje jeszcze wiele innych bardzo łatwo zauważalnych znaczących różnic, w związku z czym nie może tu być w ogóle mowy o identyczności.

8.4. Połączenie statków Apollo-18 i Sojuz-19 17 lipca 1975 roku — zdję­cia nr 72, 73 i 74

Zarzuty:

17 lipca 1975 roku amerykański statek Apollo-18 i radziecki Soj uz-19 zostały połączone w przestrzeni kosmicznej. To historyczne zdarzenie zostało sfotografowane przez Billy'ego i Semjase aparatem Polaroid przez okno jej statku. Zarówno USA, jak i ZSRR nie doniosły o jakiejkolwiek kolizji z UFO w czasie tego wydarzenia. Billy twierdzi, że ich statek znajdował się ze względów bezpieczeństwa pod osłoną ekranu ochronnego, dzięki któremu byli niewidoczni. Statek Semjase nie ma w ogóle okien (patrz zdjęcie nr 67) - czyżby Billy zapomniał je tam narysować? Nieco zakrzywiona rama okienna na każdym ze zdjęć ma identyczną krzywiznę z ekranem telewizyjnym (patrz zdjęcie nr 72). (Dokumentacja V — dowód D) Odpowiedź:

1.  Billy nigdy nie wykonywał zdjęć NOLi Polaroidem.

2.  Według Semjase w tym samym czasie na orbicie wokołoziemskiej w pobliżu miejsca połączenia obu statków znajdowało się jeszcze 5 innych pojazdów pozaziemskich bardzo dobrze zabezpieczonych przed dostrzeżeniem ich lub namierzeniem.

3.  Jak już wiadomo, zdjęcie 67 nie przedstawia prawdziwego statku Plejadan, a jedynie jego model, który Semjase wypożyczyła Bil-ly'emu na kilka dni. Statek Plejadan tego typu posiada wyraźnie widoczne kolorowe bulaje ciągnące się wokół kabiny pilota (patrz zdjęcie nr 65 na dole). Kabina pilota z bulajami usytuowana jest w górnej części statku. To, co widać na zdjęciu modelu, to jego dolna część odwrócona do góry nogami. Jest to kolejny przykład na to, skąd się biorą nieporozumienia bądź błędne interpretacje. Poza tym już wcześniej wspomniałem, że te bulaje nie są oknami w dosłownym tego słowa znaczeniu. Przestrzeń kosmiczną Billy fotografował po­przez odpowiedni ekran specjalnie wykonany dla niego przez Pleja­dan. Nieprawdą jest, że wykonał te zdjęcia z ekranu telewizyjnego,

216

ponieważ było to niemożliwe. Po prostu takie ujęcie, jak widać na zdjęciach, nie mogło być wykonane. Możliwy do pokazania był tylko obraz jednego statku z pokładu drugiego i na odwrót.

Zarzuty:

W pewnym niemieckim magazynie wypunktowano następujące sprawy mające dowodzić, że zdjęcia Billy'ego z połączenia statków Apollo i Sojuz są fałszerstwem.

1.  „Skrzydła słoneczne" statku Sojuz-19 były rozłożone inaczej, niż to przedstawiają zdjęcia Billy Meiera. Dowodem na to są udostępnione opinii publicznej zdjęcia zrobione „na żywo" podczas zbliżania obu jednostek.

2.  Radziecki statek kosmiczny nie posiadał „oszczepowatych" anten na końcach skrzydeł. Anteny miały w rzeczywistości kształt litery "U" i były znacznie mniejsze niż na zdjęciach pana Meiera.

3.  Anteny Sojuza-19 nie były dłuższe niż szerokość skrzydeł słonecz­nych, jak to widać na zdjęciach E. Meiera. W rzeczywistości ich długość odpowiadała prawie dokładnie szerokości skrzydeł.

4.  Cienie na obu obiektach sfotografowanych przez pana Meiera nie są zgodne z kształtem obu pojazdów kosmicznych.

5.  Na zdjęciu pana Meiera brak jest zupełnie modułu łączącego, w który wyposażony był statek Apollo, a bez którego połączenie obu jedno­stek było niemożliwe.

Odpowiedź:

Zgodnie z informacjami zawartymi we wspomnianym artykule zarzuty jego autora uważającego siebie za eksperta od astronautyki oparte zostały na analizie, którą przeprowadził on na podstawie materiałów NASA, zapisów telewizyjnych oraz zdjęć Billy Meiera. Należałoby naturalnie dokładnie wiedzieć, o jakie zdjęcia chodzi, bo­wiem właśnie w przypadku zdjęć kosmicznych łatwo o pomyłkę. Załą­czony na następnej stronie schemat statku Sojuz-19 obala niektóre z powyższych zarzutów. Jestem ponadto w dogodnej sytuacji do ich odparcia, ponieważ posiadam w swoich prywatnych zbiorach także wiele zdjęć statków Sojuz i Apollo. Są to jednak tylko kopie. Oryginały byłyby z pewnością jeszcze lepsze jakościowo. Niemniej jakość tych kilku kopii jest na tyle dobra, że można na nich dokładnie rozpoznać poszczególne detale. Ten materiał fotograficzny jest całkowicie wystarczający, aby punkt po punkcie obalić przedstawione zarzuty.

Jako przykład chciałbym się bliżej zająć zarzutem nr 5. Mówi on, że na zdjęciu Billy Meiera nie ma modułu łączącego statki Apollo i Sojuz. Wyjaśniam zatem, co następuje:

217

1.  Na zdjęciu nr 72 (reprodukcja l i 2) środkowy odcinek miedzy dwoma pojazdami jest tak zamazany, że prawie niewidoczny.

2.  Na reprodukcji 3 część łącząca jest wprawdzie widoczna, lecz roz­pływa się jak gdyby w dalszym tle. Zapewne niektórzy powiedzą, że ta cześć jest niczym innym jak elementem tła. Jeżeli dana osoba dysponuje tylko tymi trzema zdjęciami, wówczas jej przypuszczenie o brakującym module łączącym jest uzasadnione i trudno mieć do niej o to pretensje. Gdyby jednak miała dostęp do pozostałych zdjęć, wówczas zapewne odstąpiłaby od swoich zarzutów. W tej serii .zdjęć są bowiem 3 zdjęcia, na których ten rzekomo brakujący moduł jest w rzeczywistości widoczny (patrz zdjęcie nr 73 i 74).

Poniższy schemat pochodzi z książki Radzieckie wyprawy kosmiczne Hubertusa Hoose i Klausa Burczika wydanej przez wydawnictwo Umschau.

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADs]

Schemat budowy stacji kosmicznej Sojuz

218

XII BADANIA NAUKOWE I INNE DOWODY

W naszym zmaterializowanym społeczeństwie nadal obowiązuje dewiza: „Należy uznawać tylko to, co można zbadać przy pomocy urządzeń pomia­rowych". Zasada ta rozciąga się także na ufologię i dotyczy również osoby Billy Meiera. Od czasu ujawnienia przezeń swoich kontaktów nieustannie rozlegają się głosy domagające się od niego naukowych dowodów.

Amerykańsko-japońska grupa badaczy podjęła wszelkie możliwe środki, aby je zdobyć, co po wielu trudnościach zostało uwieńczone sukcesem. Ktoś, kto nie zajmuje się tego typu sprawami, nie jest nawet w stanie sobie wyobrazić, jakiego nakładu czasu, sił i środków wymagało to ogromne przedsięwzięcie. Najtrudniejszą sprawą nie były same analizy, lecz znale­zienie instytucji skłonnej sfinansować to ryzykowne zadanie. Poza tym należy wziąć również pod uwagę ryzyko utraty prestiżu przez danego naukowca, w przypadku gdyby jego przełożeni lub koledzy po fachu dowiedzieli się o jego uczestnictwie w tym przedsięwzięciu, bowiem tak zwany przypadek Meiera nadal jest uważany na świecie jako największe oszustwo w dziejach ufologii.

W całym tym przedsięwzięciu musiał być spełniony jeszcze jeden istotny warunek — badania naukowe musiały być przeprowadzone gruntownie i bardzo rzetelnie, zaś otrzymane rezultaty interpretowane zgodnie z praw­dą, bez jakichkolwiek uprzedzeń, i opublikowane. Badania przeprowadzone pobieżnie lub przekłamana interpretacja ich wyników byłyby całkowicie bezwartościowe, a nawet szkodliwe.

219

Billy znajduje się jednak w szczęśliwym położeniu, ponieważ na popar­cie autentyczności swoich kontaktów może przedłożyć szereg wyników badań naukowych, którym poddane były jego zdjęcia, próbka materiału używanego do produkcji statków promiennych, wydawane przez nie dźwię­ki oraz miejsca lądowań. Ponadto na jego korzyść przemawiają testy przeprowadzone na detektorze kłamstwa, którym oprócz niego poddano jeszcze pięciu innych świadków.

Jesteśmy wdzięczni wszystkim osobom i instytucjom, które przyczyniły się w jakikolwiek sposób do powstania tego materiału dowodowego/ Mimo to liczni sceptycy z uporem maniaka wysuwają pod adresem Billy'ego różnego rodzaju zarzuty w myśl zasady: „Nie może być prawdą to, co nią być nie powinno".

Oto kilka z nich najczęściej się powtarzających:

a)  żadne z wymienionych badań nigdy nie miało miejsca, przeto wszystko to jest czczym wymysłem;

b)  wspomniane analizy to przejaw zmowy lub przekupstwa;

c)  badania te są niewiarygodne, ponieważ przeprowadzający je naukowcy albo popełnili jakieś błędy, albo byli niedostatecznie kompetentni. Czasami człowiekowi włosy stają dęba, kiedy się czyta, co niektórzy

ludzie wypisują na ten temat. Ale jak do wszystkiego, również i do tego można się z czasem przyzwyczaić.

W dalszej części przedstawiam wyniki najważniejszych analiz nauko­wych dowodów Billy'ego.

1. Opinie świadków o zdjęciach Billy Meiera

Wszystkie czarnobiałe filmy przedstawiające NOLe Billy Meier wywo­ływał w sklepie fotograficznym „Bar" w Wetzikon (Przedgórze Zürychskie), natomiast kolorowe w trzech różnych laboratoriach na terenie Szwajcarii.

Właściciel sklepu, Willy Bar, w rozmowie z dwoma amerykański badaczami1 powiedział między innymi:

Nigdy nie dostrzegłem niczego podejrzanego w wywoływanych przez siebie czarno-białych filmach. Nigdy też nie proszono mnie o dokonanie jakichkolwiek manipulacji. Wielu ludzi podejrzewało, że to moja robota, ale to nieprawda. [...] Nie wiem nic o NOLach, ale te zdjęcia są prawdziwe. Gotów jestem w każdej chwili powtórzyć to

1Chodzi tu o Lee Eldersa i Thomasa K. Welcha.

220

przed sądem. [...] Gdyby [Billy] korzystał z czyjejś pomocy, nie musiałby wypróbowywać wszystkich modeli [aparatów], aby spraw­dzić, który z nich będzie dla niego najporęczniejszy.2

Billy Meier zaprosił nawet któregoś razu Willy Bara na spotkanie ze statkiem Plejadan, ale ten odrzucił to zaproszenie. Pomocnik Bara Fritz Kindlimann nie stwierdził na filmach Billy'ego jakichkolwiek śladów manipulacji i potwierdził, że są one prawdziwe.

2. Wyniki niektórych analiz zdjęć i filmów

Analizy zdjęć i filmów Billy'ego przeprowadzone w USA nie wykazały jakichkolwiek śladów fałszerstwa. Poniżej przytaczam kilka wypowiedzi na ten temat:

Oglądając zdjęcia specjalista od efektów specjalnych, Wally Gentleman, twierdził:

Zastanawiam się, czy jest tu wykorzystana specjalistyczna wiedza, czy też nie? Jeżeli nie, to te zdjęcia muszą być prawdziwe.3

Po ich obejrzeniu dodał:

Jednoręki człowiek nie mogłaby w żadnym wypadku sfałszować tych zdjęć bez pomocy innych osób. [...] Musiałby dysponować liczącą co najmniej piętnaście osób grupą. [...] Gdybyśmy chcieli nakręcić podobne ujęcie [chodzi o jeden z krótkich filmów nakręco­nych przez Billy'ego], ktoś, kto by zamówił u mnie podobną robotę, musiałby mi za to zapłacić 30.000 dolarów. Poza tym do jej wykona­nia potrzebowałbym odpowiednio wyposażonego studia. Gdybym go nie miał, trzeba by było wyłożyć dodatkowe 50.000 dolarów na sprzęt.4

Eric Eliason, ekspert od analizy zdjęć pracujący w Służbie Geologicznej Stanów Zjednoczonych, w rozmowie z Gary Kinderem powiedział:

Mogę tylko powiedzieć, że w materiale, jakim dysponowałem, nie

2 Gary Kinder Lata świetlne (Light Years), Agencja Nolpress, Białystok, 1993, str. 158.

3 Tamże, str. 214.

4 Tamże, str. 215.

221

stwierdziłem niczego podejrzanego, jeśli chodzi o nakładanie obra­zów. Gdyby takie nałożenie miało miejsce, komputer by je wykrył, lecz tam niczego takiego nie było.5

Dr Michael Malin, fizyk oraz specjalista w dziedzinie nauk planetarnych i geologii, tak wyraził się o zdjęciach Billy'ego:

Te fotografie są o wiele lepsze od wszystkich zdjęć NOLi, jakie miałem okazje dotychczas oglądać [...]. Widoczne na nich obiekty wyglądają niezwykle realnie. [...] Nie odkryłem [...] na tych zdję­ciach żadnych [...] nieprawidłowości. Z tego, co widziałem, mogłem wysnuć wniosek, że te zdjęcia nie zostały sfabrykowane.6

Fizyk Neil Davis po zbadaniu zdjęć pod względem ostrości, kolorów, oświetlenia oraz ewentualnego fotomontażu i zastosowania modeli w koń­cowym wniosku napisał:

W trakcie badania zdjęcia nie odkryto niczego, co by wskazywało, że widoczny na nim obiekt [statek kosmiczny] jest czymś innym niż sfotografowanym z pewnej odległości dużym urządzeniem.7

3. Analiza próbki metalu

Szef grupy amerykańskich badaczy stwierdził, że chociaż sfałszowanie zdjęć lub filmów jest teoretycznie możliwe, to z całą pewnością wykluczone jest spreparowanie stopu metali dostarczonego Billy'emu przez istoty poza­ziemskie. Jego zdaniem stwierdzenie pozaziemskiego pochodzenia tej pró­bki jest jednym z najlepszych dowodów, jakiego dostarczono.

Gary Kinder dziwił się, że Billy przez 3 lata siedział cicho, nic nie mówiąc o tych kawałkach metalu, które otrzymał od swoich pozaziemskich przyjaciół, dzięki którym mógłby o tyle wcześniej potwierdzić autentycz­ność swoich kontaktów.

Jak się jednak wkrótce okazało, nie było to takie proste. Podjęta w roku 1979 pierwsza próba ich zbadania, zakończyła się niepowodzeniem. Pierw­sze oceny specjalistów były wręcz zniechęcające, co było dodatkowo potęgowane brakiem odpowiednich środków finansowych, zarówno

5 Tamże, str. 206-207.

6 Tamże, str. 208-209.

7 'Tamże, str. 132.

222

w Szwajcarii, jak i za oceanem. Efektem tego stanu rzeczy były bezwartoś­ciowe opinie, jak na przykład ta wygłoszona przez pewnego metalurga z Uniwersytetu Stanowego w Arizonie mówiąca, że jedna z tych próbek stopu metali to „kawałek żeliwnego garnka kuchennego".

Nieoczekiwana zmiana nastąpiła, gdy grupie amerykańskich badaczy udało się po długich staraniach pozyskać do przeprowadzenia analizy próbki stopu metali dwóch wybitnych specjalistów. Byli to dr Edwin Walker z Tucson w stanie Arizona i dr Marcel Yogel, chemik z laboratorium badawczego koncernu IBM w San Jose w Kalifornii. Dr Yogel jest pionie­rem w dziedzinie technologii luminescencyjnej i wynalazcą nośnika mag­netycznego do dzisiaj używanego w dyskach pamięci, ponadto wniósł ogromny wkład w badanie płynnych kryształów obecnie powszechnie stosowanych w różnego rodzaju wyświetlaczach.

Obaj naukowcy stwierdzili, że badana przez nich próbka stopu metali wytworzona została w procesie zimniej syntezy. Metoda ta nie jest jeszcze znana na Ziemi.8

Podczas badania próbki dr Walker przeżył coś, co mu się jeszcze nigdy nie zdarzyło w czasie jego trzydziestoletniej praktyki. W pewnym momen­cie bez jakiegokolwiek zewnętrznego oddziaływania rozprysł się pleksi-glasowy pojemnik, w którym znajdował się fragment badanego stopu. Jak się potem okazało, przyczyną były uwolnione elementy gazowe wchodzące w skład stopu.9

W wywiadzie z Japończykiem Jun-Ichi Yaoi dr Yogel stwierdził między innymi:

Nie potrafię wyjaśnić, z jakiego typu materiałem miałem do czynienia. Jako naukowiec nie potrafię tego porównać do żadnej znanej mi kombinacji materiałów. Czegoś takiego nie da się wykonać przy użyciu żadnej spośród znanych na Ziemi technologii! Pokazałem tę próbkę swojemu przyjacielowi metalurgowi, który obejrzawszy ją potrząsnął na koniec głową i rzekł: „Nie mam pojęcia, jak można by to połączyć w całość". W chwili obecnej znajdujemy się właśnie w tym punkcie. Myślę, że my, przedstawiciele świata nauki, powin­niśmy rzetelnie zbadać tę sprawę, zamiast przypisywać wszystko ludzkiej wyobraźni.10

8Brit Elders, Lee Elders, Thomas K. Welch UFO... Contactfrom the Pleiades, Genesis III Publishing, Munds Park, 1980, str. 58.

9 Stimme der Wassermannzeit, nr 29, FIGU, Hinterschmidrüti, 1978.

10 Gary Kinder Lata świetlne, str. 221.

223

Gary Kinder dwukrotnie rozmawiał z dr. Vogelem, który za każdym razem obstawał przy swojej opinii, że analizowana próbka metalu była jedyną w swoim rodzaju.

Dwa pociemniałe na skutek utleniania kawałki metalu nie zawiera­ły niczego poza pewną ilością zanieczyszczeń w postaci aluminium, siarki, srebra, miedzi i ołowiu, lecz mimo to stanowiły dla niego niespodziankę.

- Kiedy dotknąłem utlenionej powierzchni — wspomniał Vogel

- pojawiły się na niej czerwone smugi a cała warstwa tlenku

zniknęła. Wystarczyło lekkie dotknięcie, o tak, aby odwrócić proces

utleniania i odsłonić czysty metal. Nigdy przedtem nie widziałem

podobnego zjawiska. To było coś niezwykłego.11

I dalej:

Zanim znajdujący się w posiadaniu Marcela Vogela z IBM złocis-tosrebrzysty trójkąt zniknął, Vogel zdążył go umieścić pod kosz­tującym około 250.000 dolarów elektronicznym mikroskopem skanin­gowym i zarejestrować przebieg jego badania za pomocą sprzężonej z nim kamery video. Niewielka próbka zawierała w sobie bardzo czyste srebro, a także „bardzo, bardzo czyste" aluminium, potas wapń, chrom, miedź, argon, brom, chlor żelazo, siarkę oraz krzem. Jeden z oglądanych pod mikroskopem obszarów ujawnił „olbrzymi melanż niemal wszystkich pierwiastków układu okresowego". Każdy z nich był przy tym wyjątkowo czysty.

Było to niezwykłe połączenie — powiedział później — ale nie powiedziałbym, żeby cokolwiek wskazywało na pozaziemskie po­chodzenie próbki.

Bardziej niż ilość czy czystość występujących w próbce pierwiast­ków Vogela intrygowała ich odrębność. Każdy pierwiastek łączył się z pozostałymi, a jednocześnie w jakiś sposób zachowywał swoje typowe cechy. [...] W pewnym momencie w pobliżu środka próbki, przy pięćsetkrotnym powiększeniu, odkrył dwie równoległe bruzdy połączo­ne między sobą licznymi wyżłobieniami tworzącymi precyzyjny wzór wykonany w metalu przy użyciu jakiejś mikroskopowej technologii. Chyba jeszcze bardziej zaskakujący okazał się fakt, że pierwiastkiem dominującym na tym niewielkim obszarze był metal ziem rzadkich tul.

11 Tamże, str. 171.

224

- Tego się zupełnie nie spodziewałem — powiedział Vogel. — Tul został wyodrębniony dopiero podczas II wojny światowej jako produkt uboczny prac nad energią jądrową i to w ilościach minimalnych. Jest pierwiastkiem nadal rzadko spotykanym, a jego wartość wielokrotnie przewyższa wartość platyny. Ktoś musiał dysponować rozległą wiedzą metalurgiczną, aby wpaść na pomysł podobnego połączenia.

Powiększenie wzrosło do 1600 razy i Vogel ujrzał rzeczy, jakich nigdy dotąd nie widział w całej swojej karierze naukowej.

—  Próbka odsłoniła przede mną cały nowy świat. Pojawiły się struktury w obrębie struktur... bardzo, bardzo niezwykłe. Przy mniej­szym powiększeniu widać zaledwie metaliczną powierzchnię. Teraz pojawiły się struktury złożone z przenikających się płaszczyzn róż­nych typów. To jest bardzo podniecające.

Vogel coraz bardziej wnikał w głąb metalu.

Mamy teraz powiększenie 2500 razy. Widzę struktury podwój­nie załamujące światło. Bardzo ciekawe! To niezwykłe, aby metal przejawiał podobne właściwości. Kiedy wykonuje się przekrój i po oszlifowaniu ogląda się jego powierzchnię, wówczas wygląda ona jak metal, ma lustrzany połysk metalu, ale teraz, w spolaryzowanym świetle, okazuje się, że... tak, to metal, ale jednocześnie... kryształ!12

Osobliwa jest również miękkość owego stopu metalu używanego do produkcji statków kosmicznych przez Plejadan w przeciwieństwie do sto­pów stosowanych przez nas do budowy kadłubów samolotów. Końcowy wynik tych skomplikowanych badań jednoznacznie świadczy o pozaziems­kim pochodzeniu tych metalowych próbek.

4. Analizy odgłosów statków Plejadan

Jak już wielokrotnie wspominałem, statki kosmiczne Plejadan posiadają zabezpieczenia uniemożliwiające wykrycie ich za pomocą urządzeń wzro­kowych, akustycznych oraz radiolokacyjnych. Częściowe lub całkowite otwarcie ekranu ochronnego sprawia, że można usłyszeć dobiegający od strony statku osobliwy i bardzo przenikliwy dźwięk.

Billy Meier miał trzy razy możliwość jego nagrania (dwa razy wiosną 1976 roku w pobliżu Hinwil i raz w Sadelegg-Hinterschmidruti 18 czerwca 1980 roku). Nagrania te, zbadane przez kilku naukowców, okazały się interesującą niespodzianką. Poniżej przedstawiam kilka z ich opinii.

12Tamże, str. 218-219.

225

Dwóch specjalistów w dziedzinie akustyki po przeprowadzeniu badań za pomocą odpowiedniego sprzętu powiedziało Gary Kinderowi, że jeszcze nigdy dotąd nie spotkali się z dźwiękami o tak nietypowej charakterystyce spektralnej oraz częstotliwościach.13

Specjalista w dziedzinie techniki komputerowej Nils Rognerud wyznał Kinderowi:

Patrząc na tę sprawę z naukowego punktu widzenia byłem nasta­wiony do niej sceptycznie, ale te dźwięki naprawdę były niezwykłe.14

Inny specjalista stwierdził:

Komputer wykazał, że nagrany dźwięk stanowi mieszaninę 32 wąskich częstotliwości perfekcyjnie ze sobą zespolonych, z których 24 znajduje się w zakresie słyszalności ludzkiego ucha, zaś 8 poza nią.15

Inżynier dźwięku Steve Ambrose, wynalazca mikromonitora będącego mikroskopijnym odbiornikiem radiowym sprzężonym z głośnikiem, stwier­dził, że te nagrania posiadają kilka zaskakujących właściwości:

W jaki sposób powieliłbyś ten dźwięk? Chodzi mi nie tylko o samo brzmienie, ale również o to, co pojawi się na ekranie analizatora widma. Stworzenie czegoś, co brzmi podobnie, to jedna sprawa, a stworzenie czegoś, co oprócz podobnego brzmienia zachowuje jednocześnie całą złożoność tych oscylacji to druga sprawa. Jeśli to jest oszustwo, to chciałbym spotkać faceta, który je sprokurował. Prawdopodobnie zarobiłby kupę forsy na efektach specjalnych.16

Komentując wyniki badań Ambrose'a Gary Kinder napisał:

Ambrose znał wielu ludzi w Hollywood zajmujących się tworze­niem efektów specjalnych, ale żaden z nich nie był w stanie zdup-likować tych odgłosów.17

13 MUFON UFO Journal, nr 28, kwiecień 1987.

14 Gary Kinder Lata świetlne, str. 182.

15 Wendelle C. Stevens UFO... Contact from the Pleiades: Preliminary Investigation Report, UFO Photo Archives, Tucson, 1982, str. 429.

16 Gary Kinder Lata świetlne, str. 183.

17 Tamże.

226

Jim Dilettoso zbadał nagrania przy pomocy analizatora cyfrowego. Po rozłożeniu dźwięków na czynniki pierwsze stwierdził:

Podczas słuchania dźwięki te nie sprawiały aż tak niezwykłego wrażenia. Właśnie takich odgłosów należałoby się spodziewać po latającym spodku w filmie science-fiction. Dopiero analiza ujawnia ciągłe zmiany. Kombinacje poszczególnych dźwięków przybierają na sile bądź słabną, a wszystko to odbywa się w takim tempie, że wygenerowanie tylu odgłosów, nawet przy pomocy syntetyzera, nie byłoby sprawą łatwą.18

Następnie:

Chcąc uzyskać weryfikację swoich wyników z niezależnego źród­ła, Dilettoso wysłał taśmę z nagraniem do Roba Shellmana, inżyniera dźwięku z laboratorium marynarki wojennej w Groton w stanie Connecticut. Zaskoczony złożonością nagrania, Shellman z miejsca wykluczył jedną z potencjalnych możliwości: źródłem dźwięku nie mogły być urządzenia elektryczne. W liście do Dilettoso napisał:

Sprzęt, którego użyłem, dostosowany był do analizy linii o częs­totliwości od 50 do 60 herców, powszechnie występującej w instalac­jach elektrycznych. Gdyby urządzenie wytwarzające ten dźwięk było silnikiem lub inną maszyną elektryczną, linie częstotliwości miałyby oczywisty przebieg. Tymczasem niczego takiego nie stwierdziłem".19

Jeden z inżynierów dźwięku powiedział, że do stworzenia tego rodzaju dźwięku niezbędne byłoby bardzo nowoczesne studio.

Aby zduplikować ten dźwięk potrzeba by co najmniej 8 bardzo drogich syntetyzatorów i bardzo nowoczesnych i skomplikowanych mikserów kosztujących na dzień dzisiejszy nie mniej niż 100.000 dolarów [w cenach roku 1980]. Nie ma jednak sposobu na tak doskonałe ich splecenie ze sobą.20

Dalszy komentarz wydaje się zbędny.

18 Tamże, str. 181.

19 Tamże.

20 Wendelle C. Stevens UFO... Contact from the Pleiades: Preliminary Investigation Report, str. 429.

227

5. Badania fizyczne miejsc lądowań

W rozdziale VII mowa była o osobliwych śladach lądowania pozo­stawionych przez statki Plejadan w różnych miejscach Przedgórza Zürychskiego. Związany z nimi materiał dowodowy jest istotny, ponieważ ma on wielu świadków. Wielu ludzi twierdzi jednak, że ślady lądowali mogą stać się konkretnym dowodem dopiero wtedy, gdy poddane zostaną odpowied­nim badaniom fizyczno-chemicznym, co powinno być ich zdaniem w inte­resie samego Meiera. Przy ich okazji można byłoby stwierdzić również oddziaływanie tych pojazdów na otoczenie, zwłaszcza glebę (np. podwyż­szona radioaktywność, promieniowanie magnetyczne itp.).

Przypomnijmy sobie choćby ślady powstałe 23 listopada 1977 roku na parkingu przed domem Billy'ego, kiedy to w ciągu 10 minut doszło do stopienia dziesięciocentymetrowej pokrywy lodowej o średnicy 3,5 metra, czy też 2 ślady lądowania na łące niedaleko Centrum. Jak to możliwe, aby po prawie godzinnym przebywaniu poza domem w tak złą pogodę (burza, wicher i ulewa) Billy mógł pojawić się w nim w absolutnie suchym ubraniu? Sceptycy powiedzieliby zapewne, że schował się gdzieś na godzinę i uciął sobie krótką drzemkę. Wobec tego, w jaki sposób w taką pogodę powstały ślady lądowania i kto je spreparował? Idiotyzmem jest twier­dzenie, że ktoś wybrał akurat tak paskudną pogodę, aby w jej trakcie sporządzić te ślady i to jeszcze w tak osobliwej formie. Oto wypowiedzi kilku osób na ten temat. Świadek Herbert Runkel uważa na przykład:

Jestem całkowicie pewny, że Edi [Billy] nie spreparował tych śladów. Często sam widziałem takie ślady lądowania i posiadam bardzo wyraźne zdjęcia niektórych z nich zrobione w różnych miejscach. Widać na nich wiele szczegółów. Mogę zapewnić, że zgnieciona trawa jeszcze po czterech latach rosła tam wolniej niż w innych miejscach.

Inny świadek, W. Witzer ze Stuttgartu, który oglądał ślady lądowania 6 lipca 1976 roku po północy, stwierdził, co następuje:

Przybywszy na miejsce lądowania, dokonałem (razem z rodziną F. z Karnwestheimu) kilku pomiarów kompasem. Okazało się, że jego wskazó­wka przestała pokazywać właściwy kierunek.

Mniej szczęścia miał pewien naukowiec, który usiłował w naszej obec­ności (Billy i ja) zmierzyć w miejscu lądowania w Juckern licznikiem Geigera promieniowanie radioaktywne. Próba ta od początku skazana była na niepowodzenie, gdyż statki kosmiczne Plejadan nie wydzielają tego rodzaju promieniowania.

Jedynie w początkowej kontaktów z Semjase, w latach 1975-1976, statki kosmiczne Plejadan wyposażone były w napęd wysyłający do otoczenia

228

intensywne promieniowanie, od którego nazywane były przez nich samych statkami promiennymi". Pozostawiały one widoczne i dające się mierzyć ślady w miejscach, w których stykały się bezpośrednio z ziemią. Po takim lądowaniu w gruncie i roślinności pozostawało promieniowanie, w związku z czym grupa amerykańskich i japońskich badaczy przepro­wadziła w tych miejscach odpowiednie badania za pomocą detektora promieniowania gamma.

Najbardziej udane pomiary zostały dokonane w miejscu lądowania w rezerwacie Frecht w pobliżu Hinwil, gdzie 28 stycznia 1975 roku po raz pierwszy pojawiła się Semjase w swoim statku. Początkowo badacze nie wierzyli własnym oczom. Wewnątrz powierzchni o średnicy 6,5 metrów intensywność promieniowania była od 100 do 400 procent wyższa niż w otoczeniu, zaś samo promieniowanie zdawało się mieć pulsujący cha­rakter.

W innym miejscu lądowania, na skraju lasu położonego poniżej farmy, przyrząd pomiarowy ponownie wykazał wzrost poziomu promieniowania od 100 do 300 procent. W jeszcze innym miejscu, na prowadzącej do domu żwirowej drodze, było tak samo. Potem okazało się, że kilka metalowych przedmiotów oraz sam Billy wykazywał wzrost promieniowania do 300 procent. Nigdzie więcej nie stwierdzono takiego wzrostu.21

Te liczby mówią same za siebie i wydaje mi się, że dalszy komentarz jest zbędny.

6. Testy na detektorze kłamstw

W ramach badań „sprawy Meiera" grupa amerykańskich badaczy podjęła wszelkie możliwe środki w celu ustalenia prawdy. Jednym z elementów ich dochodzenia było poddanie Billy'ego oraz kilku członków jego grupy testowi na prawdomówność. „Kłamstwo to, jak wiadomo, celowe mówienie nieprawdy". Osoba, która kłamie, znajduje się w swego rodzaju sytuacji stresowej, której objawem jest reakcja wegetatywnego układu nerwowego. Na ile jest to skuteczna metoda, jako laik nie mogę się wypowiadać. Kompetentne źródła zapewniły mnie jednak, że kłamcę zdradzić może nawet minimalna, ledwo zauważalna zmiana głosu, co odpowiedni przyrząd może z łatwością wychwycić. Test głosowy został przeprowadzony za pomocą Analizatora Stresu Mark IX-P.

Detektor ten rejestruje wszystkie, nawet najdrobniejsze wahania ludz­kiego głosu, które są następnie poddawane interpretacji przez prowadzącego

21 Gary Kinder Lata świetlne, str. 189-190.

229

przesłuchanie specjalistę. Podczas sporządzania listy pytań ważne jest, aby znalazły się wśród nich takie, których zadaniem będzie wywołanie w prze­słuchiwanej osoby jak największego stresu.

Poddawszy w roku 1978 Billy'ego tego rodzaju testowi, zadano mu w obecności świadka 22 pytania, na które musiał odpowiadać krótko i węzłowato. Jeżeli chodzi o jego ocenę, zdania mogą być oczywiście podzielone. Moim zdaniem mało który „łgarz" skłonny jest poddać się dobrowolnie tego rodzaju testowi.

Oto kilka pytań zaczerpniętych z książki Wendelle C. Stevensa UFO... Contact from the Pleiades: Preliminary Investigation Report:

1.  Czy nazywa się Pan Meier?

2.  Czy jesteśmy teraz w Hinterschmidrüti [miejsce zamieszkania Billy'ego]?

3.  Czy mamy teraz rok 1978?

4.  Czy używa Pan aparatu fotograficznego marki Olympus?

5.  Czy rzeczywiście fotografował pan pozaziemskie statki kos­miczne?

6.  Czy wie Pan, że są one pochodzenia pozaziemskiego?

7.  Czy jest Pan obywatelem Szwajcarii?

8.  Czy był Pan kiedykolwiek w Indiach?

9.  Czy zna Pan osobę o imieniu Asket?

10.  Czy zna Pan tę osobę jako istotę pozaziemską?

11.  Czy w przypadku zdjęć wykonanych 28 marca 1976 roku w Ba-chtelhórnli używał Pan modeli  [zdjęcia przedstawiające trzy statki unoszące się w powietrzu obok siebie]?

12.  Czy kiedykolwiek używał Pan modeli do wykonywania zdjęć statków kosmicznych?

13.  Czy usiłował Pan kiedykolwiek upowszechniać zdjęcia modeli jako zdjęcia pozaziemskich obiektów latających?

14.  Czy był Pan kiedykolwiek w pozaziemskim obiekcie latającym?

15.  Czy latał Pan kiedykolwiek pozaziemskim obiektem latającym?

16.  Czy pocztę otrzymuje Pan w Hinterschmidrüti?

17.  Czy używany przez Pana sprzęt został zafundowany Panu przez jakąś anonimową grupę?

18.  Czy rzeczywiście nagrał Pan odgłosy pozaziemskiego obiektu latającego?

19.  Czy wykonał Pan kiedykolwiek zdjęcia ze zdjęć lub obrazów i upowszechniał je jako zdjęcia prawdziwych obiektów?

20.  Czy usiłuje Pan nas oszukać tymi zdjęciami?

230

21.  Czy jest Pan zadowolony, że ten test został przeprowadzony prawidłowo?

22.  Czy chciałby Pan coś dodać do swoich odpowiedzi na powyższe pytania? Może Pan teraz to powiedzieć.22

A teraz lista pytań skierowanych do żony Billy'ego, Kalliope, Jacobusa Bertschingera, Engelberta Wachtera oraz Bernadetty Brand.

1.  Nazywa się Pan...?

2.  Mieszka Pan...?

3.  Czy jest Pan/Pani obywatelem...?

4.  Czy zna Pan/Pani Billy Meiera?

5.  Czy wierzy Pan/Pani w kontakty Billy'ego z istotami poza­ziemskimi?

6.  Czy miał Pan/Pani jakieś osobiste przeżycia związane z tego typu kontaktami?

7.  Czy zdaniem Pana/Pani możliwe jest, że w tego rodzaju kontak­tach jacyś Ziemianie grywają rolę istot pozaziemskich?

8.  Czy zdjęcia, które robił Billy, przedstawiają pozaziemskich statki kosmiczne?

9.  Jak Pan/Pani sądzi, czy do wykonania tych zdjęć mógł on użyć modelu?

10.  Czy wie Pan/Pani, że Billy zrobił kiedyś zdjęcia wykonanego przez siebie modelu?

11.  Czy te zdjęcia robiono przy użyciu innego modelu?

12.  Czy to był model Billy'ego?

13.  Czy to był model Semjase?

14.  Czy zdjęcia te były kiedykolwiek rozpowszechniane jako zdjęcia prawdziwych statków kosmicznych? [Chodzi tutaj o zdjęcia mo­delu pożyczonego Billy 'emu przez Semjase patrz zdjęcie nr 67.]

15.  Czy zdjęcia te były zawsze oznaczone jako zdjęcia modelu?

16.  Czy widział Pan/widziała Pani kiedykolwiek osobiście ślady lądowania statków kosmicznych?

17.  Czy widział Pan/widziała Pani już kiedyś na ziemi takie same lub podobne ślady?

18.  Czy   wie  Pan/Pani,   w  jaki   sposób  Billy   mógłby   wykonać takie ślady?

22 Wendelle C. Stevens UFO... Contact from the Pleiades: Preliminary Investigation Report, str. 163.

231

19.  Czy jesteś przekonany/przekonana, że kontakty Billy'ego mają naprawdę miejsce?

20.  Czy chciałby Pan/chciałaby Pani złożyć jakieś dodatkowe wyjaś­nienia lub oświadczenie?

Dokładna analiza wyników testów nie wykazała jakichkolwiek oznak kłamstwa tak u Billy'ego, jak i pozostałych osób im poddanych.

7. Potwierdzenie pewnych faktów astronomicznych

Omówienie wszystkich informacji i proroctw przekazanych nam przez istoty pozaziemskie za pośrednictwem Billy'ego w ciągu ostatnich 15 lat znacznie przekroczyłoby ramy tej książki, w związku z czym ograniczę się jedynie do niektórych faktów dotyczących astronomii, które zostały już w całości potwierdzone przez świat nauki.

7.1. Legendarna planeta Malona

Podobnie jak inne owiane legendą obiekty, również Malona, zwana także Malon, Maldek lub Faeton, od starożytności intryguje wielu badaczy. Według informacji istot pozaziemskich Malona była w czasach prehis­torycznych bezpośrednią sąsiadką Ziemi i krążyła wokół Słońca po dzisiej­szej orbicie Marsa. Wenus w owym czasie nie znaleźlibyśmy tam, gdzie się obecnie znajduje. Bliższe szczegóły o tej planecie podam w następnym podrozdziale.

Planety naszego układu słonecznego były pierwotnie usytuowane w na­stępujący sposób: (Słońce), Merkury, Ziemia, Malona, Mars, Jowisz, Sa­turn, Uran, Neptun, Pluton, Transpluton i Uni.

Dwie ostatnie karłowate planety nie zostały jeszcze do dzisiaj odkryte z powodu ich olbrzymiego oddalenia. Od dłuższego czasu astronomowie podejrzewają jednak istnienie Transplutona.

Malona była miejscem zamieszkania ludzkich form życia, lecz wskutek działań wojennych została przed około 75.000 laty dosłownie wysadzona w powietrze przez rządnych władzy jej mieszkańców. Wbrew opiniom wielu badaczy uważających tę planetę za olbrzyma była ona raczej kar­łowata, o wymiarach zbliżonych do Ziemi.

Nie jest prawdą również przypuszczenie, że tę straszliwą katastrofę wywołał olbrzymi meteor, który wyłonił się z czeluści kosmosu i z całą siłą zderzył się czołowo z Malona, a także domniemanie, że została ona rozerwana wskutek eksplozji potężnej bomby atomowej. Według Plejadan mieszkańcy Malony w czasie wspomnianej wojny wpuścili ogromne ilości

222

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADt]

Przemieszczenie się planet w Układzie Słonecznym w wyniku wtargnięcia do niego „Niszczyciela".

233

wody do jednego z wulkanów, co doprowadziło do owej kosmicznej katastrofy. Nieliczni, którym udało się zbiec na statkach kosmicznych przed tą katastrofą, wylądowali na Ziemi i osiedlili się na niej. Wszyscy pozostali, którzy pozostali na Malonie, zginęli.

Ta zagłada nie dotknęła oczywiście ciał duchowych Malonan, które mogą istnieć poza ciałem fizycznym. Przytaczając opis tego zdarzenia, Billy powiedział:

- Reszta mieszkańców planety zginęła w ogniu, przy czym ich ciała duchowe uleciały z miejsca katastrofy i w odpowiednich proporcjach rozlokowały się na najbliższych planetach, na których istniało już życie, gdzie weszły w cykl inkarnacji będący elementem procesu ewolucyjnego. Jedną z nich była Ziemia.

Resztki tej planety krążą dzisiaj wokół Słońca w formie pasa asteroid stanowiąc przestrogę przed ludzką głupotą i żądzą władzy. Wiele asteroid (lub planetoid) porusza się po bardzo wydłużonych eliptycznych orbitach z powodu niezwykłej siły eksplozji, która wyrzuciła je daleko w kosmos. Innego dowodu na istnienie tej planety dostarcza nam luka między Marsem i Jowiszem w regule Titiusa-Bodego, w miejscu w którym znajduje się wspomniany pas astroid składający się z milionów drobnych cząsteczek, jak również z licznych, nieregularnych kawałków skał o maksymalnej średnicy dochodzącej do kilkuset kilometrów. Orbity większości z nich znajdują się w przedziale odległości od 2 do 3 AU23 od Słońca. Niektóre z pozostałości Malony od czasu do czasu przecinają orbitę Ziemi, niejednokrotnie przelatując bardzo blisko niej, jak na przykład Eros, który w roku 1937 zbliżył się do Ziemi na 0,15 AU. 7.2. Reguła Titiusa-Bodego

W drugiej połowie XVIII wieku, gdy ludzie nie wiedzieli jeszcze o istnieniu Urana, Neptun i Plutona, niemiecki matematyk J.D. Titius ustalił wzór pozwalający na obliczenie średnich odległości od Słońca planet w kolejności występowania w Układzie Słonecznym, a astronom J.E. Bodę rozpropagował go i wprowadził do astronomii.

Zasada odległości Titiusa-Bodego mówi:

1. Uszeregować planety według kolejności występowania, zaczynając od Słońca: Merkury, Wenus, Ziemia, Mars, Jowisz, Saturn, Uran, Neptun, Pluton (oraz Transpluton i Uni).

23 Symbol jednostki astronomicznej. Jednostka astronomiczna jest jednostką długości używaną do wyrażania odległości w obrębie Układu Słonecznego i odpowiada średniej odległości Ziemi od Słońca wynoszącej około 150 milionów kilometrów (dokładnie: 149,6 x 106 km).

234

2.  Nadać im kolejne liczby O, l, 2, 4 etc.

3.  Tak przyporządkowane liczby pomnożyć przez 3, następnie dodać do tego iloczynu 4 i całość podzielić przez 10 (patrz poniższa tabela). Uzyskany wynik oznacza odległości planet naszego układu planetarnego od Słońca w jednostkach astronomicznych. Na przykład odległość Marsa od Słońca wynosi 1,6 AU, a Jowisza 5,2 AU etc.

Analiza odległości planet obliczonych według „prawa" Titiusa-Bodego ujawnia dwie rozbieżności między nimi, a rzeczywistym rozmieszczeniem planet. Zgodnie z nimi Neptun powinien znajdować się na orbicie Plutona, zaś w miejscu pasa asteroid między Marsem i Jowiszem powinna istnieć planeta. Jak na razie nie ma naukowego wyjaśnienia tej rozbieżności.

Zasada odległości planet Układu Słonecznego Titiusa-Bodego

(odległości w jednostkach astronomicznych)

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADu]

235

Prawo Titiusa-Bodego nie wyjaśnia zagadkowego przesunięcia się pla­net, które nastąpiło po całkowitym zniszczeniu Malony. Gdy Wenus (pier­wotnie księżyc Urana) weszła w późniejszym okresie za pośrednictwem olbrzymiej komety zwanej „Niszczycielem" na swoją dzisiejszą orbitę, Merkury był wewnętrznym sąsiadem Ziemi, zaś Malona zewnętrznym.

Gdy rozgrywała się ta kosmiczna tragedia, Malona wyrzucona została po pierwszej eksplozji na ówczesną orbitę Marsa (2,8 AU), po czym rozerwana została na kawałki, które do dziś krążą wokół Słońca jako pas asteroid. W tym samym czasie Mars został rzucony na najbliższą wewnętrzną orbitę, na której znajdowała się poprzednio Malona (patrz szkic).

7.3. Historia Wenus według Semjase

Według Plejadan Wenus nie jest odpryskiem Malony, lecz dawnym satelitą Urana. Olbrzymia kometa zwana przez nich „Niszczycielem" wy­rwała ją przed 10.000 lat (dokładnie 10.314 lat temu w odniesieniu do roku 1990) z orbity Urana i zawlokła w pobliże Ziemi, wywołując w ten sposób szereg kosmicznych katastrof. Dopiero przed 3500 lat ów dawny księżyc Urana usadowił się ostatecznie na obecnej orbicie pomiędzy Merkurym i Ziemią.

Owe dane i inne wyjaśnienia na temat tej planety, zwanej przez nas często gwiazdą poranną, Semjase przedstawiła Billy'emu podczas 29 spot­kania 7 lipca 1975 roku. Powiedziała wówczas również:

Po tych burzliwych wydarzeniach Wenus skierowana została na bardzo spokojną orbitę, która jest najbardziej ustabilizowana ze wszystkich planet. Jest to skutkiem bliskiego przelotu obok Ziemi, podczas którego doszło również pod wpływem siły przyciągania Ziemi do zmiany jej kierunku obrotu na przeciwny. Krótki czas przebywania w obrębie ziems­kiego pola grawitacyjnego sprawił, że nie zdążyła ona nabrać większej prędkości obrotowej i obecnie jej czas obrotu wokół własnej osi jest najmniejszy spośród wszystkich planet Układu Słonecznego. Stąd też jeden dzień na Wenus trwa 117 ziemskich dni [doba słoneczna], przy czym czas rotacji wokół nachylonej pod kątem 3 stopni osi biegunów wynosi 243 ziemskich dni [doba gwiazdowa]. Podczas swojego przelotu w pobliżu Ziemi 3453 lat temu [3472 w odniesieniu do roku 1994] Wenus została z powodu siły przyciągania Ziemi „okradziona" ze swojej energii rotacyjnej i w wyniku sił tarcia wzrosła jej temperatura. Ów wzrost temperatury pod wpływem sił tarcia jest przyczyną obecnie panujących na Wenus warun­ków. Już same te warunki dowodzą fałszywości twierdzeń wszystkich tych, którzy utrzymują, że na Wenus istnieją ludzkie formy życia. Taka moż­liwość w ogóle nie wchodzi w grę, ponieważ warunki fizyczne panujące na

236

powierzchni tej planety oraz skład jej atmosfery są zabójcze dla ludzi. Temperatura powierzchni Wenus mierzona na głębokości 32 kilometrów wynosi obecnie 457 stopni Celsjusza. Dlatego właśnie wszelka woda, jak znajduje się na tej planecie paruje i tworzy ową bardzo gęstą pokrywę chmur. Powstała w ten sposób atmosfera jest tak gęsta, że jej ciśnienie przy powierzchni planety jest 334 razy wyższe od ciśnienie powietrza na Ziemi mierzonego na powierzchni morza. Interpretując to w waszych naukowych kategoriach jej atmosfera jest zabójcza dla ludzkich form życia, ponieważ w 87 procentach składa się z dwutlenku węgla, przy czym ta wartość zmienia się nieznacznie w zależności od miejsca. Tlen istnieje dzisiaj tylko w niższych warstwach i to w wyłącznie w ilości 4,23 procenta, resztę zaś stanowią azot i gazy szlachetne. Para wodna występuje obecnie w niewiel­kich ilościach, a atmosfera jest znacznie większa od waszej ziemskiej. Ciśnienie właściwe atmosfery Wenus jest 107 razy większe od ciśnienia właściwego atmosfery Ziemi. Ono również jest zabójcze dla ludzkich form życia, które zostałyby przez nie zmiażdżone; ten sam los spotkałby również metalowe struktury. Przy okazji chcę ci powiedzieć, że znaleźliśmy na Wenus ziemskie urządzenie, które zostało doszczętnie zmiażdżone przez jej atmosferę, zanim jeszcze dotarło do jej powierzchni. Chodzi tu o sondę wysłaną przez naukowców jednego z waszych państw zwanego Rosją. Wyglądało ono, jak gdyby zostało ciśnięte z ogromną siłą o metalową ścianę. Wenus posiada nikłe pole magnetyczne oraz słabo jeszcze wykształ­coną warstwę nazwaną przez was „Pasem Van Allena", co sprawia, że nie jest ona osłonięta przed tym, co nazywacie „wiatrem słonecznym". Poza tym bardzo wysoka temperatura nieustannie uszkadza ten pas. Brak wody jest również dodatkowym czynnikiem potęgującym nieprzyjazność tej pla­nety dla życia. Od chwili zajęcia orbity między Merkurym i Ziemią 3453 lat temu planeta ta znajduje się w fazie wypoczynku i jednocześnie ponownego kształtowania. Z ciągu następnych stuleci i tysiącleci powstaną na niej odpowiednie do rozwoju życia warunki, po czym zaczną kształtować się jego prymitywne formy, tak to ma zawsze miejsce na wszystkich światach tworzących życie... Mimo iż obecnie wydaje się to niemożliwe, w przypad­ku Wenus mamy jednak do czynienia z planetą, która znajduje się w począt­kowym stadium na drodze do stworzenia życia. Co się tyczy samej planety, to należy stwierdzić, że jest ona bardzo płaska, zwłaszcza w obszarze równikowym, obszary reliefowe położone są daleko od tego rejonu. Tem­peratura stron znajdujących się w fazie dnia i nocy jest prawie równa, duże różnice występują natomiast w sile wiatrów wiejących na różnych wysoko­ściach. Przy powierzchni jest bezwietrznie. Wiatry zaczynają wiać w miarę oddalania się od niej i na dużych wysokościach ich prędkość rośnie,

237

osiągając wartość nawet do 117 metrów na sekundę. Dolny pułap chmur zaczyna się na wysokości 43,17 kilometra [licząc od powierzchni planety], przy czym wartość ta może ulegać zmianie z powodu sztormów atmo­sferycznych. Jest to możliwe przede wszystkim nad tymi obszarami, gdzie wiatry kierowane są w dół i docierając do powierzchni owiewają góry wznoszące się średnio na wysokość 2,3 kilometra. Klimat i warunki atmosferyczne są w zasadzie takie same na całej planecie, z kilkoma wyjątkami. Tak więc życie ludzi na tej planecie jest obecnie niemożliwe, chyba że wsparte zostanie odpowiednimi środkami technicznymi. W tym właśnie znaczeniu, wbrew twierdzeniom wielu oszustów, na Wenus nie istnieje jakiekolwiek życie. Istnieją tam jednak zupełnie inne formy [życia], których nie da się jednak w żaden sposób porównać do ludzkich. Planeta ta jest jeszcze bardzo dzika, bo i jaka ma być po zaledwie 3453 latach. Przykładem może być chociażby wasz Księżyc, który jest niemal kopią Wenus skrytą za grubą warstwą chmur. Jeśli my lub inne formy życia udajemy się na Wenus, która jest bogata w różne minerały i pierwiastki, musimy używać do tego celu specjalnych kombinezonów chroniących nas przed niebezpiecznymi wpływami jej atmosfery, panującym tam żarem i tak dalej, a także różnorodnymi truciznami i gazami, których zabójcze obłoki przemieszczają się nad jej powierzchnią. Ponadto musimy brać pod uwagę występujące lokalnie różnice, które mogą sprawiać, że temperatura powie­rzchni planety może wynosić w pewnych miejscach ponad 500 stopni Celsjusza, w innych może z kolei wystąpić różnica w procentowym składzie gazów takich jak dwutlenek węgla, azot, hel, argon i neon, a w jeszcze innych — różnice ciśnienia, które mogą się wahać od 88 i 107 atmosfer. Tak się przedstawiają podstawowe fakty dotyczące możliwości istnienia ludz­kich lub podobnych form życia na Wenus.

W innym miejscu Erranie wyraźnie podkreślili, że obecnie w Układzie Słonecznym na żadnej planecie oraz księżycu oprócz Ziemi nie istnieją jakiekolwiek ludzkie formy życia, również w formie duchowej, z wyjątkiem nielicznej grupy istot pozaziemskich przebywających czasowo w celach badawczych w kilku bazach na różnych planetach. W dawnych czasach oprócz Ziemi zamieszkałe były jeszcze Malona i Mars.

Wszystkie dane fizyczne podane przez Semjase były sukcesywnie po­twierdzane przez sondy rosyjskie i amerykańskie. Od pewnego czasu ziemscy astronomowie wiedzą, że Wenus wiruje wokół własnej osi w kie­runku przeciwnym w porównaniu do wszystkich pozostałych planet i jedno­cześnie przeciwnym do ruchu orbitalnego. Reiner Klingholz w swojej książce z roku 1990 Maraton w kosmosie podaje następujące czasy obrotu poszczególnych planet Układu Słonecznego wokół własnej osi: Merkury

238

—  58,65 dni (ziemskich); Wenus -- 243 dni; Ziemia -- l dzień; Mars

—  l dzień; Jowisz — 0,41 dnia; Saturn — 0,44 dnia; Uran — 0,72 dnia; Neptun — 0,67 dnia oraz Pluton — 6,39 dnia.

Ziemska nauka nie potrafi jeszcze wyjaśnić tych anomalii. Rudolf Kippenhahn w swojej książce z roku 1987 Obce światy na stronie 146 pisze:

Jeśli chodzi o tę ekstremalnie powolną i niezwykłą pod względem kierunku rotację Wenus, wydaje się, że „maczała w tym palce" nasza Ziemia. Co 583,9 ziemskich dni Wenus i Ziemia zbliżają się do siebie na bardzo małą odległość. Wenus podlega wówczas dolnej koniunkcji i odległość między obu planetami wynosi wówczas zaledwie 41 milionów kilometrów.

Przypuszczenie Kippenhahna jest bliskie prawdy i godne uwagi, zwłasz­cza gdy uwzględni się fakt, że najprawdopodobniej nie wie on o opisanym powyżej wydarzeniu.

7.4. Księżyce Saturna

Oto fragment rozmowy Billy'ego z Quetzalem o księżycach Saturna przeprowadzonej podczas 154 kontaktu 10 października 1981 roku:

BILLY: Rozumiem, a skoro już mówimy o gwiazdach, to mam jeszcze pytanie dotyczące Saturna. Jak wiesz, amerykańska sonda kosmiczna Yoyager ruszyła w kierunku tej planety i śle stamtąd na Ziemię zdjęcia. Znowu naukowcy się zdziwią, jak było w przypadku Jowisza, kiedy okaże się, że wokół tego niedoszłego słońca krąży więcej satelitów, niż do tej pory przypuszczano. Do dzisiaj sądzono, że Saturn posiada 10, maksimum 12 księżyców, podczas gdy w rzeczywistości jest ich 19, pomijając planetki. Interesuje mnie, czy wszystkie księżyce mogą zostać odkryte dzięki tym zdjęciom?

QUETZAL: Tak, a nawet jeszcze więcej. Jak sam się mogłeś przekonać podczas swojej podróży, wokół Saturna krąży 19 księżyców. Wszystkie one mogły zostać sfotografowane przez sondę i już niewiele brakuje do ich odkrycia [wszystkich 19]. Od czasu twojej podróży w pobliże Saturna naukowcy ziemscy odkryli już kilka z nich i nadal liczą na odkrycie następnych. I tam czeka na ich niespodzianka!

BILLY: Masz na myśli asteroidy?

QUETZAL: Owszem. Te planetki, asteroidy, są tak małe, że nie widać ich z Ziemi, przynajmniej jeszcze nie teraz, ponieważ brak jest jeszcze odpowiednich przyrządów. Większą część tych planetek sonda już sfoto­grafowała, co wywołało spore zamieszanie wśród naukowców.

239

BILLY: Aż trudno uwierzyć, że wokół tej planety krąży aż tyle asteroid, nie licząc tych wędrownych, które od czasu do czasu przelatują obok niej. Nic dziwnego, że są niewidoczne z Ziemi, skoro ich średnica wynosi od 10 do 15 kilometrów. O ile sobie dobrze przypominam, w roku 1975 wspomi­nali mi o tym Ptaah i Semjase.

QUETZAL: To prawda, lecz powinieneś również wiedzieć, skąd one się wzięły na orbicie wokół Saturna.

BILLY: To wiem. Semjase powiedziała mi, że te małe obiekty są resztkami planety Malona, która krążyła kiedyś między Marsem i Jowiszem, zanim eksplozja wywołana przez nierozsądnych ludzi zniszczyłają, rozrywając ją na tysiące kawałków, które zostały wyrzucone w przestrzeń kosmiczną na wszystkie strony. Większość z nich dostała się w pole grawitacyjne Saturna i od tego czasu stanowią one jego satelity. Z tego wynika, że nie są one właściwymi księżycami tego niedoszłego słońca, lecz jedynie przechwyconymi przezeń obcymi ciałami wędrownymi wielkości asteroid. Właściwych księżyców Saturna jest tylko 19.

Jak podała 26 lipca 1990 roku znana szwajcarska gazeta Tages Anzeiger, osiemnasty księżyc Saturna odkrył niedawno amerykański astronom Mark Showalter. Zatem do odkrycia przez ziemskich astronomów pozostał jesz­cze jeden z nich.

7.5. Niektóre fakty dotyczące Jowisza

W czasie spotkania w dniu 19 października 1978 roku Billy zapytał Semjase, czy amerykańska sonda kosmiczna Voyager-l uzyska dobre dane podczas przelotu obok Jowisza. Oto odpowiedni fragment tej rozmowy:

SEMJASE: Zgodnie z naszymi obliczeniami trajektoria lotu tej sondy przebiega bardzo blisko Jowisza i jego księżyców, co oznacza, że należy się liczyć z dobrymi rezultatami, o ile znajdująca się w niej aparatura będzie pracowała bez zarzutu.

BILLY: Czy to oznacza, że naukowcy niedługo odkryją, że ta tak zwana czerwona plama Jowisza jest w rzeczywistości gigantycznym wirującym lejem na wzburzonej powierzchni tej niedoszłej gwiazdy oraz centrum potężnej, trwającej od tysiącleci burzy? Czy to oznacza również, że wkrótce okaże się, że nie tylko Saturn, ale także Uran i Jowisz posiadają pierścienie, tyle że o wiele cieńsze i mniejsze.

SEMJASE: Oczywiście. Należy oczekiwać, że tak będzie, ponieważ sonda będzie przelatywała tak blisko tych obiektów, że będą musiały być odkryte.

BILLY: Acha. To pewnie zostanie również odkryte, że pierścień otacza­jący Jowisza składa się w większości z cząstek pochodzących z wulkanów

240

księżyca lo, których część została pochwycona przez pole grawitacyjne Jowisza, i że większość wyrzuconego przez nie materiału opadła z po­wrotem na lo praktycznie przykrywając otwory wulkanów, dzięki czemu jego powierzchnia w przeciwieństwie do innych księżyców Jowisza jest gładka mimo licznych kraterów.

SEMJASE: Widzę, że uważnie słuchałeś wszystkich moich wyjaśnień i zapamiętałeś je. Czy pamiętasz również inne rzeczy?

BILLY: Oczywiście, pamiętam jeszcze co nieco z tego, co ty i Ptaah mówiliście mi. Pamiętam, że duże księżyce Jowisza różnią się od siebie barwami, mają na przykład kolor czerwony, żółty, brązowy, biały oraz pomarańczowy. Wiem także, że mówiłaś mi, iż Jowisz jest płyną kulą i powinien być właściwie gwiazdą, którą nie stał się jednak z powodu zbyt małej masy, i że prawie w całości składa się z płynnego helu i wodoru. Także ty albo Ptaah powiedzieliście mi, że powierzchnia jądra stanowi grubą skorupę złożoną z soli wapnia i związków siarki, które są pozostałoś­cią po odparowaniu wody. O ile dobrze pamiętam, to właśnie ty powiedzia­łaś mi, że księżyc lo był dawniej całkowicie pokryty wodą. Ty albo Ptaah powiedzieliście mi, że księżyc Europa jest dokładnie przeciwieństwem lo. Masy wodne nie wyparowały tam, lecz zamarzły i stworzyły gigantyczny pancerz lodowy. Poza tym wyjaśniliście mi także wiele innych rzeczy, jak na przykład to, że księżyc, który przypominał mi wyglądem kurze jajo, ma średnicę 200 km, zdaje się, że to był najbliższy księżyc Jowisza, nie pamiętam jednak jego nazwy.

SEMJASE: Księżyc, o którym wspomniałeś, nazywana się u was Amalthea. Księżyc lo, o którym mówiłeś, jest najbardziej aktywnym wulkanicznie ciałem w Układzie Słonecznym. Ale musieliśmy już o tym mówić, skoro o tym wspomniałeś.

BILLY: Tak, takich rzeczy szybko nie zapominam. Powiedziałaś wów­czas, że księżyc ten jest bardziej aktywny wulkanicznie od Ziemi, a także i to, że wielokilometrowej wielkości chmurowe twory w leju wichrowym Jowisza poruszają się z bardzo dużą prędkością i obracają w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara.

SEMJASE: Tak, to prawda.

BILLY: Nie wiem, czy dobrze sobie przypominam pewne fakty związa­ne z aktywnością wulkaniczną lo. Powiedziałaś mi swego czasu, że wybu­chy wulkanów następują tam z ogromną siłą, które niczym eksplozje bomb atomowych wyrzucają materiał wulkaniczny tworząc chmury w kształcie grzyba wznoszącego się na wysokość nawet do 180 kilometrów. Są to głównie cząstki pyłu, gazy, popiół i nieco magmy, które mkną w górę z prędkością dochodzącą do 2300 kilometrów na godzinę. Powiedziałaś mi

241

wtedy także, jak już wspomniałem, że większość wyrzuconego materiału opada z powrotem na jego powierzchnie. Reszta jest wyrzucana w prze­strzeń kosmiczną, gdzie część z niej jest przechwytywana przez pole grawitacyjne Jowisza i w jego pierścieniu zagęszcza się w ogromne pasmo jonów siarki. Czy tak? SEMJASE: Tak.

Wszystkie te i inne informacje udostępnione opinii publicznej były od początku przedmiotem ataków sceptyków, którzy wyśmiewali je jako „faąta-zje" Billy'ego. Z czasem jednak zaczęły one ustawać, gdyż w zasadzie wszystkie informacje podane powyżej zostały już potwierdzone przez naszych naukowców, o czym świadczą informacje podawane we współczes­nych podręcznikach astronomii (z 17 księżyców Jowisza znanych jest już dzisiaj 16, znane są już również pojedyncze pierścienie Jowisza oraz Neptuna, a także co najmniej 11 pierścieni Urana, zaś czerwoną plamę Jowisza nazwano gigantyczną trąbą powietrzną wirującą w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara; największą niespodzianką dla astronomów był jednak bezsprzecznie księżyc lo ze swoją aktywnością wulkaniczną).

Nawiasem mówiąc, kazałem poświadczyć własnoręcznym podpisem informacje podane w punktach 7.4. i 7.5. zawarte w sprawozdaniach z rozmów z Semjase i to jeszcze w czasie, gdy nasza ziemska nauka nie znała podanych tam faktów (1982).

8. Dwa listy

W roku 1975 Billy otrzymał od pana V. z Niemiec kopię bardzo interesującego listu. Ponieważ jest ona złej jakości i nie nadaje się do przedstawienia tutaj, treść listu przytaczamy w całości poniżej.

Szanowny Panie,

Proszę mi wybaczyć, że piszę do Pana ten list, mimo iż nie znam Pana osobiście. Pański adres otrzymałam od pewnej osoby, która poradziła mi napisać do Pana jako do osoby, która może być zaintere­sowana moim przeżyciem.

Najpierw chciałabym się jednak przedstawić. Jestem obywatelką Niemiec i mam 35 lat. Od około 4 lat podróżuję autostopem po świecie w poszukiwaniu przygód. W czasie takich podróży nietrudno o dziwne przeżycia, jakich się normalnie nie doznaje.

To, o czym chcę Panu opowiedzieć, przydarzyło mi się 17 dni temu. Było to na pustyni w Iranie w odległości około 3 kilometrów od wsi Zahedan wczesnym rankiem. Razem z moim przyjacielem Pete-

242

rem rozbiliśmy namiot z dala od wsi, aby nie być niepokojonym przez jej mieszkańców. Około godziny 7. zbudził nas dziwny dźwięk, lecz z wnętrza namiotu nie widzieliśmy, co mogło być jego przyczyną. Po chwili ustaliliśmy, że dochodził zza wydmy znajdującej się około 50 metrów od nas. Peter uznał, że to jacyś robotnicy wykonujący tam jakąś pracę, i zadowoliwszy się tym wyjaśnieniem, wrócił do namiotu.

Mnie jednak to wyjaśnienie nie zadowoliło i poszłam zobaczyć, co ci robotnicy tam robią. Obeszłam dookoła całą wydmę i nagle stanęłam twarzą w twarz z kobietą mniej więcej w moim wieku. Była dziwnie ubrana i przypominała wyglądem astronautów, jakich widzia­łam na zdjęciach. Ona również się wystraszyła widząc mnie i z miejs­ca przerwała swoją pracę, która polegała na grzebaniu w piasku jakimś dziwnym przyrządem. Wciąż zdziwiona jej widokiem, pode­szłam do niej i zapytałam ją po angielsku, co tu robi. Powiedziała, że szuka czegoś, co spadło w tym miejscu. Po chwili wróciła do przerwanego zajęcia i po kilku minutach znalazła to, czego szukała - dość osobliwie wyglądający spiralny cylinder, który włożyła do dziwnego urządzenia stojącego obok. Szykując się do odejścia pożeg­nała się ze mną.

Czułam, jak coś ciągnie mnie do niej, i szybko poprosiłam ją, aby została jeszcze trochę, na co po chwili wahania w końcu przystała. Przedstawiłam się i spytałam ją, czy mieszka tutaj w Zahedanie. W odpowiedzi zaśmiała się i powiedziała, że ta miejscowość nie jest zbyt gościnna i że pochodzi z bardzo daleka. Następnie dodała, że nazywa się Semjaze lub Semjase, o ile ją dobrze zrozumiałam. Poplotkowałyśmy jeszcze trochę o Irańczykach, po czym powiedziała, że musi już iść. Pożegnałyśmy się więc i jeszcze przez chwilę krzątała się przy swoim urządzeniu, które ku mojemu zdziwieniu wzniosło się nieco w powietrze, zanim odeszła i zniknęła za pobliskim piaszczys­tym pagórkiem.

Gdy nieco ochłonęłam, ruszyłam w górę pagórka, za którym przed chwilą zniknęła. Kiedy znalazłam się na jego szczycie, poczułam oszołomienie, widząc coś, co nie mogło być prawdą. W odległości około 100 metrów ode mnie stało coś, z czego zawsze się śmiałam, kiedy ludzie o tym mówili, to znaczy „latający spodek"! Nie mogłam w to uwierzyć i pomyślałam, że chyba mi odbiło. Musiała to być jednak prawda, ponieważ widziałam, jak ta kobieta wniknęła razem ze swoim urządzeniem przez otwór w dole statku, który następnie zamknął się za nią. Wkrótce spodek wzniósł się bezdźwięcznie w górę i przeleciał nade mną. W tym momencie jakaś niewidzialna siła

243

przydusiła mnie do ziemi. Przez chwilę widziałam, jak ten latający spodek wznosił się powoli niemal pionowo w górę, po czym wy­strzelił jak strzała, szybko niknąc na tle niebieskiego nieba i wy­dzielając dziwny dźwięk.

Stałam jak zamurowana w tamtym miejscu przez jakiś czas, zanim wróciłam do namiotu. W drodze do niego nagle poczułam się dziwnie i usłyszałam wewnątrz głowy obcy głos, który kilkakrotnie powtórzył skierowane pod moim adresem przeprosiny.

Kiedy opowiedziałam o tym potem Peterowi, wyśmiał mnie, mó­wiąc, że to było „pustynne przywidzenie". Pokłóciliśmy się i kilka godzin później rozstaliśmy na zawsze. Powiedział mi, że nie chce mieć do czynienia z wariatką i zaproponował, aby każde z nas poszło swoją drogą.

A przecież wiem, że nie jestem ani trochę stuknięta, i wiem także, co widziałam. Pamiętam, jak powiedziała w pewnym momencie, że ma bardzo dobrego przyjaciela w Europie. Wiem, że ją widziałam, także dziwny przyrząd, którym przeszukiwała piasek, oraz ten latają­cy spodek. Nie jestem stuknięta i wszystko, o czym tu piszę, przeży­łam naprawdę.

W międzyczasie poznałam pewnego mężczyznę, któremu opowie­działam o tym zdarzeniu. Powiedział mi, że takie rzeczy są możliwe, i dodał, że powinnam napisać do Pana, ponieważ zajmuje się Pan takimi sprawami, i opowiedzieć tę historię, co niniejszym czynię. Ten mężczyzna wiedział o Panu z jakiejś gazety. Proszę jednak nie wymieniać mojego nazwiska, kiedy będzie Pan relacjonował tę historię komuś innemu. Wystarczy mi tych przykrości, których już zaznałam od innych ludzi, którym o tym opowiedziałam. Nie chcę, aby po powrocie do Niemiec ludzie wytykali mnie palcami i mówili: To ta „rąbnięta babka", która widziała w Iranie latający spodek i kobietę z gwiazd szukającą czegoś na pustyni jakimś dziwnym przyrządem. Proszę mnie zrozumieć i nie wymieniać mojego nazwiska. Dlatego też nie podaję bliższych danych o sobie, żadnego adresu i tak dalej, ponieważ, jak już powiedziałam, wystarczy mi tych przykrych słów, które już usłyszałam od ludzi, którym o tym opowiedziałam. W Niemczech mogliby mnie wysłać do szpitala dla umysłowo chorych po moim powrocie do domu, gdyby dowiedziano się, kim jestem. Proszę mieć to na uwadze.

Przesyłam Panu serdeczne pozdrowienia

Szczerze oddana

[Elsa Schröder]

Anatolia, Turcja, 8 marca 1975

244

Poniższe słowa dopisane zostały ręcznie u góry listu:

Szanowny Panie!

List, który dołączam, został przysłany do mnie omyłkowo przez turecką pocztę. Co miesiąc otrzymuję z Anatolii w Turcji przesyłki z czasopismami, które są często źle zapakowane, a czasami nawet otwarte. W ostatniej przesyłce znalazł się również niniejszy list. Wilgotny znaczek przykleił się do jednej z gazet i dlatego trafił on do mnie razem z całą prasą. To nie ja oderwałem znaczek, w związku z czym proszę mi to wybaczyć.

Ponieważ jestem uczciwym człowiekiem i nie otwieram cudzych listów, wysyłam ten list do Pana.

Wyrazy szacunku

J. Krauer

W czasie rozmowy, która miała miejsce 17 listopada 1989 roku, Jszwjsz Ptaah, ojciec Semjase, potwierdził autentyczność opisanego w liście spotkania.

Latem 1976 roku Billy otrzymał kolejny list, w którym opisane było spotkanie pewnego niemieckiego obieżyświata z istotami pozaziemskimi, podczas którego zostało potwierdzone, że kontakty Billy'ego z Plejadanami są prawdą.

Wielce szanowne Panie i szanowni Panowie!

W załączeniu przesyłamy Państwu kopie listu od jednego z na­szych przyjaciół, który podróżuje obecnie po świecie. Zgodnie z jego wolą nie podajemy Państwu jego adresu, a dlaczego, zrozumieją Państwo po zapoznaniu się z jego listem.

Po wielu rozmowach z naszym pastorem, wielebnym Dillmannem, postanowiliśmy sporządzić dodatkowe kopie załączonego listu i wy­słać je pod podane przezeń różne adresy. Mając nadzieję, że ów list będzie Państwu przydatny, jednocześnie wątpimy w zawarte w nim informacje i poważnie martwimy się stanem zdrowia naszego przyja­ciela. Mimo tych wątpliwości spełniamy życzenie naszego przyjaciela i za radą wielebnego Dillmanna przesyłamy ten list, którego treść muszą Państwo przeanalizować sami.

Poinformowano nas, że zajmują się Państwo sprawami, o których jest mowa w tym liście, i że będą Państwo wiedzieli, o co w nim chodzi. Wraz z listem przesyłamy dodatkowo kopię rysunku, który nasz przyjaciel załączył do swojego listu. Ze swojej strony zapew-

245

niamy, że jest on dobrym rysownikiem, zwłaszcza jeśli chodzi o ludzi, w związku z czym szkice obu głów oraz latającego obiektu są najprawdopodobniej zgodne z rzeczywistością, o ile oczywiście jego informacje odpowiadają rzeczywistym faktom i nie są wytworem gorączki czy czegoś w tym rodzaju, co podejrzewamy, lecz czego nie możemy sprawdzić. Od lutego nie mieliśmy od niego żadnych wiado­mości. Dołączamy również wszystkie adresy podane nam przez pas­tora Dillmanna, pod które wysłaliśmy kopie załączonego listu. Być może wspólnymi siłami uda się Państwu ustalić coś na podstawie informacji przekazanych nam przez naszego przyjaciela.

Mamy nadzieję, że nasza pomoc w tej sprawie okaże się na coś przydatna, zarówno Państwu, jak i naszemu przyjacielowi.

Serdeczne pozdrowienia

A. Albers

Oto list, o którym mowa w liście A. Albersa:

Trinidad, 2 styczeń 1976

Drodzy przyjaciele!

Podróżując po świecie dotarłem właśnie do Trinidadu. Ta dziura znajduje się nad rzeką Mamore na terenie Llanos de Mojos w Boliwii. Jestem tutaj już od trzech dni i zobaczyłem wiele bardzo inte­resujących rzeczy. Moje wrażenia i przeżycia spisałem na maszynie. Wczoraj rano zdarzyło się jednak coś, co sprawiło, że omal „nie wyskoczyłem z butów" z wrażenia. Z początku myślałem, że to halucynacja lub objaw tropikalnej gorączki, ale szybko stwierdziłem, że nic mi nie jest. Pewnie pomyślicie to samo po przeczytaniu tego listu. Znacie mnie dobrze i wiecie, że nie mam zwyczaju zmyślać, w związku z czym będziecie musieli mi uwierzyć, mimo iż nie przyjdzie wam to łatwo. To wszystko jest tak szalone, że jeszcze dzisiaj zastanawiam się, czy nie wystąpiły jakieś błędy w funkc­jonowaniu mojego umysłu, a nawet biorę pod uwagę możliwość jakiegoś urojenia.

Wszystko to jednak wydarzyło się tak, jak to opisuję. Wrażenia z wczorajszego przeżycia są wciąż jeszcze we mnie bardzo żywe i muszę wyznać, że dla mnie samego wydało się ono nieprawdopodo­bne. Nie potrafię tego wyrazić inaczej. Nie uważajcie mnie więc za chorego psychicznie, ponieważ tak nie jest. Jestem tak samo normal­ny, jak wy i nie zwykłem, jak wiecie, fantazjować. Pozwólcie, że przejdę teraz do sedna sprawy i opowiem wam, co mi się przytrafiło.

246

Obudziłem się o piątej rano i zwlókłszy się z łóżka, zacząłem przygotowywać się do wypadu w okolice Trinidadu. Po około 10 minutach od chwili wstania dostrzegłem na porannym niebie coś, w co nie mogłem uwierzyć. Słyszałem już kiedyś o latających spodkach, lecz nigdy nie przywiązywałem do tego wagi, uważając to za bzdury. Informacje na ich temat zawsze uważałem za czyjś żart. A tu nagle widzę, jak spokojnie, zupełnie bezdźwięcznie tego typu obiekt przelatuje sobie nad Trinidadem powoli opadając, aż w końcu zniknął gdzieś za drzewami w lesie. Pomyślałem, że śnię, i przetarłem z wrażenia oczy, ponieważ uważałem, że to, co zobaczyłem, jest niemożliwe. Z miejsca, w którym stałem, wyglądał jak dwie nałożone na siebie tarcze, jak dysk.

Usiadłem i zacząłem się zastanawiać, czy nie powinienem przypa­dkiem wrócić do cywilizowanego świata i poddać się badaniom lekarskim. Ostatecznie jednak postanowiłem zbadać dokładnie tę sprawę przed podjęciem jakiekolwiek kroków w tym kierunku. Wzią­łem kompas i określiłem dokładny kierunek, w którym opadł obiekt. Następnie spakowałem plecak i ruszyłem w drogę w kierunku wska­zanym przez kompas, to znaczy mniej więcej na wschód. Z wielkim wysiłkiem przedzierałem się przez zarośla i z każdą upływającą chwilą odnosiłem wrażenie, że nigdy nie dotrę do celu. Chciałem już zawrócić, byłem już bowiem ponad 3 godziny w drodze i na nic nie trafiłem. Stopniowo dochodziłem do wniosku, że uległem halucyna­cji. Z początkowej oceny wynikało, że niedługo powinienem natknąć się na ten obiekt, jeżeli on rzeczywiście w ogóle wylądował. Sapałem z wysiłku i pot lał się ze mnie ciurkiem, i coraz częściej myślałem o zawróceniu. Mimo rosnącego zniechęcenia brnąłem naprzód, czując jakiś nieodparty przymus podążania dalej. Wyglądało to, jak gdyby jakaś niewidzialna siła ciągnęła mnie do przodu bez jakiegokolwiek sprzeciwu z mojej strony. Tak minęło dalsze pół godziny. W końcu uznałem, że mi odbiło, gdy nagle za krzakami zamigotało coś metali­cznego. Stanąłem jak wryty, nie wierząc własnym oczom. Po chwili przełamałem się i przedarłem przez ostatnią ścianę zarośli.

Ponownie pomyślałem, że chyba śnię, ponieważ w środku polany unosił się na wysokości około l metra nad ziemią duży metaliczny dysk o średnicy 14-15 metrów. Nie było słychać żadnego dźwięku, bądź też był on niesłyszalny, poza tym obiekt unosił się swobodnie w powietrzu. Stałem w miejscu jak sparaliżowany zaledwie 20 metrów od niego i gapiłem się weń. Nie byłem zdolny jasno myśleć ani się ruszyć. Niejedno już widziałem podczas swoich wędrówek

247

i nie tak łatwo zbić mnie z pantałyku, ale to zamurowało mnie zupełnie. To po prostu nie mogło być prawdą, ponieważ coś takiego nie może istnieć.

Nie wiem, jak długo tak stałem, nie ruszając się. Wiem tylko, że nagle coś dotknęło mojego ramienia i bezwiednie obróciłem się. To, co zobaczyłem, przeszło moje wszelkie oczekiwania: obok mnie stało dwóch mężczyzn w kombinezonach nurków. Pamiętam, że się bardzo zdziwiłem i zastanawiałem, co ci faceci w strojach nurków robią w środku dżungli. Po chwili zacząłem dostrzegać różnice. Ich kom­binezony były lżejsze niż skafandry nurków i w przeciwieństwie do nich miały srebrzysty kolor. Obaj mężczyźni byli blondynami i nie mieli na głowach hełmów ani żadnych urządzeń do oddychania w obcym środowisku. Mieli jednak na swoich kombinezonach dziw­nie wyglądające przyrządy różnej wielkości i kształtu. Stałem nadal jak oniemiały nie mogąc wydusić z siebie słowa, mimo iż ci mężczy­źni z całą pewnością będący członkami załogi tego latającego spodka nie wyglądali złowrogo, a nawet uśmiechali się do mnie przyjaźnie. Wtedy to jeden z nich powiedział coś do mnie, ale nie zrozumiałem go ani trochę. Następnie odezwał się drugi, ale jego także nie zrozumiałem. Ani jednego słowa. Ich język brzmiał dla mnie zupełnie obco, był jednak bardzo melodyjny i sympatyczny dla ucha, co mnie nieco uspokoiło i sprawiło, że zacząłem się rozluźniać.

Obydwaj mężczyźni byli równi wzrostem i mierzyli mniej więcej tyle samo co ja, to jest około 174 cm. Wzięli mnie pod pachę i poprowadzili w kierunku swojego pojazdu. Nie opierałem się. Około 5 m przed nim stało ustawionych na ziemi kilka dziwnych przed­miotów, wśród których były nietypowe stołki i krzesła. Usiedliśmy na nich. Nadal nie mogłem wykrztusić z siebie słowa. Jeden z mężczyzn uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i coś powiedział, czego znowu nie zrozumiałem. Jego mówienie do mnie miało na mnie kojący wpływ i powoli zacząłem czuć, jak opuszcza mnie ogólne zesztywnienie. Ogarnął mnie spokój i odzyskałem mowę. Zapytałem ich pełnym zdziwienia głosem po hiszpańsku o to niezwykłe zdarzenie i oczywiś­cie, jak przypuszczałem, nie zostałem zrozumiany. Spróbowałem więc po angielsku, lecz rezultat był taki sam. Podobnie było z niemie­ckim. Po prostu nie mogliśmy się zrozumieć. Wówczas ponownie przemówił jeden z nich w tym swoim sympatycznym i melodyjnym języku i jednocześnie sięgnął do paska, gdzie zaczął manipulować przy jakimś urządzeniu niewiele większym od paczki papierosów. W trakcie mówienia jego język zmieniał się i w pewnej chwili

248

usłyszałem słowa hiszpańskie, francuskie, a potem niemieckie. Nie wiem dlaczego, ale ucieszyłem się w tym momencie, co ów mężczyzna musiał zauważyć, gdyż pozostał przy niemieckim. Od tej chwili mówili do mnie w moim rodzinnym języku. Nadal pamiętam bardzo dokładnie, co powiedzieli do mnie w tym momencie: „.. .teraz możemy porozma­wiać dzięki naszemu translatorowi. Pozdrawiamy cię i nie bój się. Przybyliśmy tu w pokojowych zamiarach i w pokoju odlecimy". To były pierwsze słowa, które mogłem zrozumieć, i nigdy w życiu ich nie zapomnę, a także ich brzmienia. Wywarły na mnie tak duże wrażenie, że zapamiętałem je bardzo dokładnie, możecie mi wierzyć.

Mogliśmy teraz rozmawiać ze sobą. Spytali mnie, czy rozumiem ich i czy jestem w stanie zapamiętać wszystko, co mówią. Powiedzia­łem, że tak i że wszystko to mogę stenografować na bieżąco, jak zwykłem to czynić, o ile oczywiście nie mają nic przeciwko temu. Jestem podróżnikiem i żyję z moich relacji. Jeden z nich powiedział, że to dobry pomysł, i zapytał, co to jest stenografowanie. Zdziwiło mnie to pytanie, lecz odpowiedziałem na nie, za co mi podziękował. Wyjąłem mój notatnik i ołówek i zabrałem się za spisywanie naszej rozmowy. Dzięki temu właśnie mogę wam ją teraz przedstawić słowo w słowo. Z całą pewnością będziecie nią zaskoczeni i trudno wam będzie w to wszystko uwierzyć, podobnie jak jest mnie samemu.

Pozwólcie, że przedstawię teraz po kolei całą naszą rozmowę, tak jak ją zanotowałem.

[Rozmowa pomiędzy dwiema istotami pozaziemskimi Kohunem i Atharem z układu Proximy Centauri z niemieckim podróżnikiem Horstem Fennerem]

—  Jestem Kohun — powiedział jeden z mężczyzn.

Mnie nazywają Athar — przedstawił się drugi.

- Nazywam się Horst Fenner — powiedziałem.

Mieszkasz tutaj w tym dzikim kraju? — spytał Athar.

Nie, jestem turystą z Niemiec.

-  Co to jest turysta? — spytał Athar.

-  To osoba, która odwiedza inne miejsca - odpowiedziałem.

-  Zatem Athar i ja jesteśmy turystami — powiedział Kohun.

- Jak mam to rozumieć? — spytałem.

-  Nie jesteśmy z tego świata, który nazywacie Ziemią — odrzekł Kohun.

—  A jak to mam rozumieć? — spytałem zaskoczony.

- Pochodzimy z gwiazd — odparł Kohun. — Nie jesteśmy istotami z tego świata.

249

-  Żartujesz sobie ze mnie, prawda? — spytałem.

-  Ależ skąd, pochodzimy z układu Proximy Centauri — brzmiała odpowiedź Kohuna. - - To jest najbliżej położony waszego układ słoneczny. Oddalony jest o około 50 bilionów kilometrów według waszego pomiaru odległości.

To przecież nie istnieje, to utopia — powiedziałem. [Aby było łatwiej zapisywać tę rozmowę, w dalszej części tej transkrypcji przed wypowiedzią każdego z nas, będę umieszczał imię mówiącego].

KOHUN: Nie żartujemy.

HORST: Zatem musicie być ludźmi z gwiazd.

KOHUN: Jesteśmy nimi, jeśli chcesz nas tak nazywać.

HORST: Nie mogę w to uwierzyć.

ATHAR: Nie kłamiemy.

HORST: Czy naprawdę mam w to uwierzyć?

KOHUN: Ależ to prawda.

HORST: To niewiarygodne, a co tutaj robicie?

KOHUN: Często odwiedzamy Ziemię, śledzimy przebieg wydarzeń na niej i obserwujemy rozwój ludzkich istot. Niestety są one bardzo zacofane w swoim rozwoju religijnym z powodu intryg politycznych. Błędny rozwój i nieustanna walka o władzę Ziemian może spowodo­wać wiele zła, którego skutki mogą dotknąć nawet odległe systemy gwiezdne. Właśnie z tego powodu odwiedzamy Ziemię i prowadzimy obserwacje, aby w razie potrzeby zapobiec złu.

HORST: To brzmi wręcz niewiarygodnie.

ATHAR: Mówimy prawdę.

HORST: Jeśli rzeczywiście mówicie prawdę, to powiedzcie mi, co moglibyście zrobić, gdyby naprawdę stało się coś złego?

KOHUN: Nie obawiaj się, nie jesteśmy sami. Oprócz nas Centaurian jest jeszcze wiele innych kosmicznych ras, których przedstawiciele rezydują na Ziemi. Wielu z nich pochodzi z dużo bardziej odległych systemów słonecznych.

HORST: Mimo wszystko brzmi to dla mnie jak utopia. Co możecie zdziałać na Ziemi? Nie możecie przecież nic zmienić używając przemocy, ponieważ to by oznaczało wojnę. Skąd pochodzą inni gwiezdni ludzie?

KOHUN: Powiedziałem ci już przecież, że mówimy prawdę. To nie utopia. Nie zamierzamy podejmować żadnych działań przeciwko Ziemi. Nie mamy do tego prawa, zwłaszcza używając przemocy, która jest zakazana. Tak więc nie musicie obawiać się wojny z naszej strony. Mamy wielu przyjaciół na Ziemi, z którymi utrzymujemy stały kontakt i którzy działają w oparciu o nasze wskazówki i zalecenia

250

w pokojowy sposób w imię dobra całej ludzkości. Rozpowszechniają wiedzę o naszym istnieniu i naszej misji. Ludzi tych nazywacie łącznikami. Działają oni zgodnie z naszymi wskazówkami i z tego powodu są często ostro atakowani. Oskarża się ich o głoszenie kłamstw i wprowadzanie ludzi w błąd, przed czym jest im niestety bardzo trudno się bronić. Często w szeregi tych ludzi wkradają się jednostki, które kłamią i wprowadzają innych w błąd, nieraz dla żartu, co nie służy dobrze naszej misji. Najważniejsi łącznicy bardzo często atakowani są ze szczególną zajadłością, a nawet próbuje się ich pozbawić życia. Jest jeden człowiek, który został wyedukowany na proroka obecnych czasów. Jego misja jest najważniejsza, ponieważ ma za zadanie ponownie przedstawić mieszkańcom Ziemi nauki dotyczące prawdy. Jego nauki to nauki duchowe. Nauki te zostały mu przekazane z bardzo wysokich poziomów bytu przy współpracy z cywilizacjami pochodzą­cymi z gwiazdozbioru Lutni, Plejad i wszechświata DAL. Oprócz nich na Ziemi stale przebywają jeszcze przedstawiciele innych kosmicz­nych ras. Najważniejsze misje są realizowane przez rasy należące do gromady gwiazd zwanej Plejadami, ponieważ ich dawni przodkowie są również przodkami Ziemian, w związku z czym ta wielka misja spoczywa na ich barkach. Rasy te posiadają trzy różne bazy na Ziemi, którymi kieruje istota imieniem Quetzal. Jego namiestnikiem jest kobieta mająca około 350 lat ziemskich o imieniu Semjase, która jest córką komendanta kosmicznej floty Plejadan. Ziemskim łącznikiem Plejadan jest blisko czterdziestoletni mężczyzna mieszkający w kraju zwanym Szwajcarią. Ma na imię Billy. Wiele różnych ras odwiedza Ziemię i jej najbliższe gwiazdy24, Wenus i Marsa, gdzie w bazach przebywa niewielka, pięćdziesięcioosobowa grupa istot, jako że obie te planety nie nadają się do normalnego życia z braku odpowiednich warunków. Ta sama uwagą dotyczy innych ciał planetarnych w wa­szym systemie słonecznym, w którym, jak ci wiadomo, jedynie Ziemia posiada odpowiednie warunki do rozwoju życia i na której istnieje ono zarówno w postaci materialnej, jak i duchowej. Wasza nauka niedługo się o tym przekona, mimo iż na razie twierdzi co innego.

HORST: To niewiarygodne, czy to wszystko jest prawdą?

ATHAR: Mówimy tylko prawdę.

HORST: Po prostu nie mogę w to uwierzyć. To brzmi jak jakiś utopijny horror.

24 Jak widać z tej wypowiedzi, również te istoty, podobnie jak Plejadanie, często nazywają gwiazdami te obiekty kosmiczne, które my nazywamy planetami.

251

KOHUN: Mimo to naszym zadaniem jest głoszenie prawdy.

HORST: Chyba muszę w to uwierzyć, czy chcę, czy nie. Wasz latający spodek dowodzi, że musicie mówić rację.

ATHAR: My nazywamy nasze latające pojazdy statkami promiennymi.

HORST: Czy mogę dowiedzieć się czegoś o ich napędzie.

ATHAR: Nie wolno jest nam udzielać tego rodzaju informacji.

HORST: Szkoda.

ATHAR: Gdybyś mógł nam pomóc, bylibyśmy ci bardzo wdzięczni.

HORST: Chętnie, co mam zrobić?

ATHAR: Chcielibyśmy zlecić ci pewne zadanie w związku z naszym istnieniem.

HORST: Czy chcecie, abym coś o was napisał?

ATHAR: Właśnie.

HORST: Nie mogę tego zrobić, jeszcze nie zwariowałem. Nikt by mi nigdy nie uwierzył w taką historię. Uznano by mnie za wariata.

KOHUN: Jak chcesz. Zatem nasz trud jest daremny. Musisz nas teraz opuścić.

HORST: Poczekajcie, nie to miałem na myśli. Może mógłbym

spróbować, ale anonimowo?

ATHAR: Jak mamy to rozumieć?

HORST: Zwyczajnie, nie podając swojego nazwiska.

KOHUN: To nie będzie dobrze służyło naszej sprawie.

HORST: Co mam więc zrobić?

KOHUN: Musiałbyś występować publicznie jako łącznik.

HORST: Co to, to nie, jeszcze nie zwariowałem!

KOHUN: Zatem naszą rozmowę możemy uznać za zakończoną.

HORST: Szkoda, że nie chcecie mnie zrozumieć. KOHUN: Jeśli to jest twoje ostatnie zdanie, to znaczy, że zakoń­czyliśmy tę rozmowę.

HORST: Niech więc tak będzie, po prostu nie mogę postąpić inaczej. Czy mogliście odpowiedzieć przynajmniej na jedno pytanie?

KOHUN: O ile nie dotyczy ono naszych pojazdów i sprzętu, to tak.

HORST: Wspomnieliście coś wcześniej o osobach nazywających siebie łącznikami... ale nie będących nimi. Swego czasu spotkałem się gdzieś z kilkoma nazwiskami. Jedno brzmiało coś jak Adami lub podobnie, inne Genovesa, a inne Michalk. Czy moglibyście mi coś o tym powiedzieć?

ATHAR: Dlaczego cię to interesuje, skoro sam chcesz zachować swoją osobę w tajemnicy?

HORST: To tylko pytanie. Z drugiej strony przekonaliście mnie, że faktycznie pochodzicie z gwiazd. Po prostu chciałbym się dowiedzieć

252

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADv]

Szkic Horsta Fennera przedstawiający Kohuna, Athara i ich pojazd

czegoś nowego, lecz nie mogę występować publicznie, jak proponuje­cie. Z jednej strony nie uwierzono by w ani jedno moje słowo, z drugiej zaś nie jestem odpowiednim człowiekiem do tego celu. KOHUN: Może i masz rację. Z drugiej strony masz prawo znać prawdę. Te trzy wymienione przez ciebie nazwiska są nam dobrze znane, chociaż źle je wymówiłeś: pierwszy z tych ludzi nazywa się Adamski, drugi Genovese, a trzeci Michalek25. Nie są to prawdziwi

25 Te istoty również się pomyliły, ponieważ ten człowiek nazywa się Michalak.

253

łącznicy, lecz zwyczajni oszuści. Żaden z nich nie kontaktował się z nami ani też z kimkolwiek z innych ras kosmicznych. Nie są oni wcale jedynymi kłamcami, jest ich o wiele więcej. Jeżeli kiedykol­wiek usłyszysz takie nazwiska, jak Zilar, Menger, Miller, Nelson, Castillio czy Siracusa... możesz być pewny, że masz do czynienia z oszustami.

ATHAR: Naprawdę nie chcesz pracować dla dobra naszej misji?

HORST: To kusząca propozycja, ale naprawdę nie mogę. Może kiedy

indziej. Najpierw jednak chciałbym porozmawiać z kimś, kto zna-się

na tych sprawach. Znacie kogoś takiego?

KOHUN: Zwróć się po prostu do najważniejszej osoby. Nie możesz jednak podjąć się tego zadania potem. Decyzję musisz podjąć teraz. Albo wiesz już teraz, co jest twoim obowiązkiem i co jesteś w stanie zrobić, albo musimy zrezygnować z twojej pomocy. Niestety, w tej kwestii musimy być nieustępliwi.

HORST: W takim razie muszę chyba zrezygnować, ponieważ nie jestem teraz w stanie podjąć takiej decyzji. Szkoda. Przemyślę sobie to wszystko i być może spróbuję opisać i opublikować to spotkanie z wami.

ATHAR: Sprawiłbyś tym nam dużą radość i byłoby to z pewnością użyteczne. Ale teraz musisz już iść, ponieważ mamy jeszcze trochę pracy. Szkoda że trudziliśmy ciebie tutaj na darmo. Idź w pokoju i nie bój się niczego!

Drodzy przyjaciele, tak oto przedstawia się cała nasza rozmowa, która pod koniec nie wydawała mi się już tak fantastyczna. Po kilku przyjacielskich słowach pożegnania udałem się w drogę powrotną do Trinidadu, gdzie dotarłem tuż przed zmierzchem. Przez całą noc nie mogłem zasnąć i rozmyślałem o tym wszystkim. Doszedłem do wniosku, że postąpiłem głupio, gdyż zgodziwszy się na propozycję Athara i Kohuna, mógłbym zapewne dowiedzieć się od nich czegoś więcej. Bałem się panicznie, że zostanę potraktowany jak wariat, jeśli spróbuję napisać cokolwiek na ten temat. Teraz już naprawdę nie wiem, co mam o tym wszystkim sądzić, i czy przypadkiem nie uroiłem sobie tego. Proszę, porozmawiajcie o tym z moim ojcem i pastorem i spytajcie ich, co o tym sądzą, a następnie napiszcie mi o tym. Zapytajcie także pastora, czy powinienem rozpowszechnić tę rozmowę, czy nie. Jeśli uzna, że tak, zróbcie to. Proszę tylko nie podawać mojego ani swojego adresu, ponieważ nie chcę być przez nikogo nękany po swoim powrocie...

254

Czekam na waszą odpowiedź i opinię. Za mniej więcej miesiąc będę w La Paź, gdzie możecie pisać pod znany adres.

Serdeczne pozdrowienia i wszystkiego dobrego

Wasz obierzyświat

Horst

9. Uwagi końcowe

9.1.  Tajemnicza likwidacja jodeł

(zdjęcia 55 i 56)

Historia o zniknięciu jodły jest sprawą drażliwą (patrz rozdział VII). Wielu sceptyków wykorzystało ją w swojej walce z Billym, twierdząc, że to drzewo nigdy nie istniało. Tym zarzutom przeczą następujące sprawy:

1.  Pierwszy zarzut, że jodła w ogóle nie istniała, łatwo obalić, ponieważ istnieją co najmniej dwa zdjęcia, na których jest ona widoczna.

2.  Poza tym istnieje zdjęcie tego samego fragmentu terenu bez drzewa, co daje nam możliwość dokonania porównań. Na jednym z nich widać młode wybujałe drzewo w otoczeniu czerwonawego buku rosnącego z boku, na drugim zaś nie ma po nim śladu, zaś wymieniony buk widać nieco w dali. Jeżeli założymy, że Billy własnoręcznie usunął tę jodłę, to należy przypuszczać, że ktoś mógł widzieć, jak to robi. Co więcej, musiał w ciągu 1-2 godzin zatrzeć wszelkie ślady. Jak wiadomo, trawa nie mogłaby wyrosnąć w tamtym miejscu w tak krótkim czasie.

3.  W końcu chciałbym zwrócić uwagę na wymieniony już buk rosnący nieco z boku - i to nie bez powodu.

9.2.  Niesamowite dźwięki

(szkic na stronie 154)

Trzecia demonstracja dźwięków wydawanych przez statek Semjase miała miejsce 18 lipca 1980 roku w Sadelegg-Hinterschmidrüti. Jest kilka argumentów przemawiających za prawdziwością tego zdarzenia. Podobnie jak podczas poprzednich demonstracji, również tym razem było wielu świadków mogących potwierdzić to zdarzenie, ponieważ wszyscy oni:

a)  obserwowali Billy'ego przez cały czas dokonywania nagrań (patrz szkic z zaznaczonymi pozycjami świadków);

b)  słyszeli na własne uszy te głośne dźwięki;

c)  również je nagrali.

Przy tej okazji pozwolę sobie przypomnieć jeszcze raz pozostałe dzienne demonstracje. Były to ślady lądowania, pozaziemskie krasnoludki, nieco-

255

dzienne rozmowy radiowe, pokaz pistoletów laserowych. Do tej samej kategorii należą również demonstracje nocne, a także obserwacje dzienne i nocne.

9.3. Historia z brodą

Regułą jest, że mężczyzna goli się w czasie porannej toalety. Jeżeli jednak tego nie zrobi z jakichś powodów, na przykład braku czasu lub lenistwa, nie jest to przestępstwem. Niegolenie się przez dłuższy czas sprawia, że zarost szybko staje się widoczny. Wie o tym każdy, ale wspominam o tym nie bez przyczyny, ponieważ ma to posłużyć jako wprowadzenie do pewnej historii związanej z brodą, którą usłyszałem od Jacobusa Bertschingera.

Zdarzenie to miało miejsce w roku 1975, gdy Eduard Meier mieszkał z rodziną jeszcze w Hinwil. Nie nosił wówczas brody, jak to ma obecnie miejsce, i golił się codziennie. Było to latem, a dokładnie w czwartek 17 lipca. Świeżo ogolony wyszedł rano około godziny 9. z domu, gdzie wrócił dopiero wczesnym rankiem następnego dnia.

W tym czasie Jacobus czekał cierpliwie w jego domu na jego powrót. Gdy Billy wszedł do mieszkania, Jacobus z miejsca zauważył dwie rzeczy: po pierwsze, Billy sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego, z trudem patrzył na oczy, po drugie, miał tak długą brodę, jakby nie golił się od tygodnia. Jacobus doskonale wiedział, że nie było go zaledwie jeden dzień. Ciekaw jestem, co pomyśleliby inni, gdyby ich dobry znajomy pojawił się z wieloty­godniowym zarostem, mimo iż wiedzieliby, że nie golił się tylko jeden dzień? Z pewnością pomyśleliby o jakimś cudownym napoju bądź środku na porost włosów. Oba te przypuszczenia są jednak błędne w tym przypadku, bowiem wyjaśnienie tej zagadki jest zupełnie inne. Otóż tego dnia, kiedy Billy wyszedł z domu, Plejadanie zabrali go statkiem dowodzonym przez Ptaaha w daleką podróż po naszym wszechświecie. Ta niezwykła podróż, jakiej nie odbył żaden inny Ziemianin, trwała 5 ziemskich dni. Najbardziej zagadkowy był jednak jego powrót, który nastąpił po 22 godzinach. Ale i na to jest wyjaśnienie, którym jest manipulacja czasem. Kolejną ciekawostką było oświadczenie Billy'ego, że przez cały ten czas nie zmrużył oka. W związku z tym nasuwa się pytanie, jak mu się to udało? Odrzekł, że nie było to jego zasługą. Po prostu otrzymywał odpowiedni pokarm, który utrzymywał go w stanie pełnej świadomości. Pokarm spożywany przez Plejadan działa podobnie jak dostępne u nas w handlu środki pobudzające. Po tych pięciu bezsennych dniach Billy poszedł wypocząć i spał przez 36 godzin.

9.4. Badania ogólne

Aby dokładnie zbadać całą tę sprawę, wielu badaczy zjawiska UFO z Ameryki i Japonii przez około 4 lata (łącznie przez 300 dni) przebywało

256

w pobliżu domu Billy'ego, kontrolując go dosłownie w dzień i w nocy, a także jego przyjaciół i współpracowników.

Wyniki tego dochodzenia opublikowane zostały w USA w dwutomowym albumie obficie ilustrowanym zdjęciami Billy'ego UFO... Contactfrom the Pleiades (UFO... kontakt z Plejad) autorstwa Brit i Lee Eldersów oraz Toma Welcha, a także książce emerytowanego podpułkownika lotnictwa wojsko­wego Wendelle C. Stevensa UFO... Contactfrom the Pleiades: Preliminary Imestigation Report (UFO... kontakt z Plejad raport wstępny). Dwa lata później, w roku 1984, pojawiła się kolejna książka w języku angielskim Istoty pozaziemskie i tęsknota Ziemian za pokojem Maartena Dillingera, który już od dłuższego czasu zajmował się tym problemem. Przez kilka tygodni na przestrzeni 3 lat znany amerykański publicysta Gary Kinder badał przypadek Billy'ego. Owocem jego pracy był bestseller Light Years (Lata świetlne).

Autorzy tych prac stwierdzają w nich jednoznacznie, że ów jednoręki mężczyzna, Billy, nie byłby w stanie sam zgromadzić tak ogromnego materiału dowodowego. Ponieważ nie dysponował wystarczającą sumą pieniędzy, nasuwa się pytanie, czy wspomagał go ktoś w tym finansowo. Jeśli tak, to na pewno nikt ze Szwajcarii. W rzeczy samej nie udało się znaleźć nikogo, kto by go finansował, w związku z czym to przypuszczenie należy odrzucić.

Jak już wcześniej wspomniałem, Billy nie żyje jak samotnik w jaskini, lecz mieszka pod jednym dachem razem ze swoją rodziną i innymi ludźmi wspomagającymi go w jego misji. Wszyscy oni mają stały wgląd w jego poczynania i doskonale wiedzą, co się dzieje w Centrum. Nie wyobrażam sobie, aby pozwalali wodzić siebie za nos, gdyby wiedzieli, że coś w tym jest nie tak.

Chciałbym również wspomnieć o dzieciach, które jak wiadomo, są bystrzejszymi obserwatorami od dorosłych. Można więc przyjąć z pewnym prawdopodobieństwem, że jeśli będą wiedziały coś, czego nikt nie wie, to być może pewnego dnia poznamy to.

Poza tym Billy musiał mieć się na baczności przed swoją żoną, która w początkowych latach nie była do końca przekonana do jego kontaktów i pochodziła do nich z dużą rezerwą. Wraz z nabraniem przez nie oficjalnego charakteru w jego rodzinie nastąpiły ogromne zmiany. Z dnia na dzień został wciągnięty przez istoty pozaziemskie w wir intensywnej pracy, przez co coraz mniej miał go dla rodziny. Której żonie podobałaby się taka sytuacja?

Z tych powodów żona Billy'ego z niechęcią śledziła wszystkie jego poczynania i wcześniej czy później odkryłaby różne rzeczy, na przykład wykonywanie przez niego rzekomych modeli statków kosmicznych. Nic takiego jednak się nie stało. Mając to na uwadze, twierdzenie, że Kalliope wspierała Billy'ego w preparowaniu rzekomego oszustwa, jest całkowicie

257

irracjonalne. Było wręcz odwrotnie, o czym może zaświadczyć wiele osób, które ją znają.

9.5. Najważniejsze ogniwa łańcucha dowodów

W przedstawionym dotychczas łańcuchu dowodów brakuje bezsprzecz­nie jeszcze jego najistotniejszych elementów, a mianowicie łącznika i jego świadków. Spośród wszystkich szczególnie nurtuje pytanie, co skłoniło Billy'ego, aby przez lata uważać siebie za superłącznika, jak się go często błędnie określa. Jeśli wierzyć jego antagonistom, na ów szczyt wyniósł się przy pomocy swoich zwolenników i ich kosztem.

Kto wierzy w takie bzdury, ten nie ma zielonego pojęcia o tej sprawie. Dlatego powtarzam to, co już napisałem w rozdziale V, że mimo kłopotów zdrowotnych Billy niestrudzenie oddaje się pracy twórczej będącej częścią jego misji, wspiera FIGU oraz pomaga przy rozbudowie i utrzymaniu Centrum — oczywiście bez wynagrodzenia!

Z biegiem lat jego warunki mieszkaniowe znacznie się poprawiły, lecz jest to zasługą przede wszystkim jego samego. Na szczęście wśród jego współpra­cowników jest wielu pasjonatów, którzy wspierają go, jak mogą. Poza tym ma wielu sympatyków na całym świecie. Jeśli ktoś sądzi, że kontakty z istotami pozaziemskimi należą wyłącznie do przyjemności, to jest w wielkim błędzie. W rozdziale V wyjaśniłem wyraźnie, że wiąże się z tym bardzo uciążliwa praca. W ten oto sposób dotarliśmy do odwrotnej strony medalu, to znaczy do nieco mniej przyjemnej strony życia łącznika. W realizację jego misji zaangażowana jest spora grupa ludzi, lecz mimo to na nim spoczywa największa odpowiedzialność. Stąd też twierdzenie, że kieruje nim żądza zdobycia sławy, jest pozbawione racjonalnych podstaw. Dodatkowo przema­wiającym za tym argumentem jest odrzucenie przezeń między innymi bardzo ponętnej propozycji objęcia intratnego kierowniczego stanowiska w mają­cym powstać globalnym stowarzyszeniu wspierania przyjaźni z istotami pozaziemskimi. Skąd więc to ględzenie o chęci zdobycia sławy. Niestety, nie jest mu dane wiedzenie zwykłego życia, gdyż był i jest nadal nieustannie poddawany wielu próbom, zarówno psychicznym, jak i fizycznym.

1.  Jak wiadomo, Billy nazywany jest kłamcą i oszustem, który spreparował cały swój materiał fotograficzny i filmowy, a także pozostałe dowody. Tego typu opinie głoszą najczęściej ci, którzy z reguły nie orientują się w całej tej sprawie.

2.  Wielu wrogo do niego nastawionych dziennikarzy i reporterów neguje wszystko, co dotyczy jego przypadku, jak na przykład regularnie or­ganizowane przezeń medytacje o pokój, wymyślając jednocześnie różne bzdury na jego temat.

258

3.  Często twierdzi się, że nie dementuje on zarzutów, jakie są kierowane pod jego adresem, w związku z czym muszą być one słuszne.

4.  Coraz częściej dowiaduje się, że jego teksty sprzedawane są bez jego zgody w innych krajach, często w złych przekładach i co najgorsze, świadomie przeinaczane.

5.  Jest spora grupa ludzi, którzy akceptując w pełni jego wspaniały materiał dowodowy, odrzucająjednocześnie jego opisy podróży kosmicznych oraz w czasie, a także opinie na temat religii jako zmyślony stek bzdur. Mogę w tym miejscu powiedzieć jedynie, że wielu zjawisk mających związek z jego kontaktami nie da się w świetle współczesnej nauki wytłumaczyć, przeto nic dziwnego, że nie są one akceptowane. Tego typu reakcja jest czymś naturalnym w przypadku zdarzeń, wobec których nauka jest bezsilna. Billy zdaje sobie z tego doskonale sprawę i dlatego unika tego rodzaju tematów. Pomija zatem rzeczy, które mogłyby prowadzić do nieporozumień i stać się przyczyną złośliwych pomówień. (Na przykład w przeciwieństwie do Ziemian Plejadanie za system słoneczny uważają taki układ, w którym istnieje co najmniej jedna planeta z nie mniej niż trzema księżycami).

6.  Wielu przeciwników Billy'ego przypisuje mu wszelkie możliwe i nie­możliwe cudowne zdolności, a następnie określa go mianem szarlatana. Muszę stwierdzić, że to bardzo niegodziwa gra.  Gdyby ci ludzie wiedzieli, jakie brzemię dźwiga człowiek, którego zadaniem jest gło­szenie prawdy, być może zastanowili się nad swoim postępowaniem.

7.  Wielu dawnych członków jego grupy i przyjaciół stało się z biegiem czasu  źródłem jego rozczarowań,  kiedy to zaczęli  go opuszczać. Niektórzy z nich dopuścili się nawet oszczerstw - - ludzie, którym poświęcił tak wiele swojego czasu i cierpliwości.

8.  Jestem pełen podziwu do Billy'ego, że mimo tych wszystkich przeciw­ności oraz złego stanu zdrowia nie porzucił swojej działalności i wszel­kimi siłami nadal usiłuje pełnić swoją misję najlepiej, jak to tylko możliwe, dla dobra ogółu.

9.  W podzięce za te starania jest nieustannie wyszydzany. W ciągu minionych 15 lat dokonano łącznie 13 zamachów na jego życie (patrz rozdział XIII). Często również atakowany był przez Inteligencję Giza (patrz rozdział XIV). Zastanawiające jest, dlaczego tak usilnie próbuje się go wysłać w zaświaty, jeśli jest on kłamcą i oszustem?

10. Bardzo często grupę Billy'ego przedstawia się jako religijną sektę, a jego samego jako jej guru.

Wymienione argumenty powinny, jak sądzę, dostarczyć notorycznym sceptykom wystarczającej ilości materiału do przemyśleń. Ostatecznie każ-

259

dy czytelnik sam musi zadecydować, czy uważa Billy'ego za osobę wiary­godną, czy też nie.

Znaczącą rolę w sprawie Meiera odgrywają również jego współpracow-i nicy i świadkowie. Gdyby to wszystko były brednie, wówczas nikt z nich nie narażałby na szwank swojej reputacji, którą cieszy się w miejscu pracy oraz w swojej lokalnej społeczności. Tym bardziej, iż wiedzą dobrze, że każdy, kto popiera publicznie Billy'ego musi się liczyć z szyderstwami i ośmieszaniem. Znam to z własnego wieloletniego doświadczenia. Wiem dobrze, jak może czuć się osoba publicznie oczerniana, lub gdy potajemnie szepce się za jej plecami, że na przykład wskutek odniesionej w czasie drugiej wojny światowej rany w głowę brak jej „piątej klepki".

Czy się to komu podoba, czy nie, prawda jest prosta i około 20 świadków udokumentowało swoimi podpisami prawdziwość przytoczonych przeze mnie relacji. Oczywiście najchętniej kwestionowane są najbardziej wymow­ne wypowiedzi, co przychodzi szczególnie łatwo, kiedy świadków zna się tylko ze słyszenia lub przelotnie. Dla wielu ludzi nawet zbadanie faktów i poznanie świadków nadal nie będzie dostatecznym argumentem do uzna­nia ich za prawdziwe. Nic dziwnego, bowiem prawdzie zawsze trudno jest się przebić na światło dzienne.

Semjase wielokrotnie usiłowała uzmysłowić Ziemianom, że właśnie w Erze Wodnika winni wyprzedzać czas, kierować się przede wszystkim rozumem i logiką. Poza tym dała jasno i wyraźnie do zrozumienia, że otrzymaliśmy za pośrednictwem Billy'ego znacznie więcej dowodów do analizy niż trzeba i że jedyne, co nam teraz pozostaje, to jej rzetelne przeprowadzenie.

Ze względu na obowiązujące prawa istoty pozaziemskie nie są upoważ­nione do przekazywania Ziemianom gotowych prawd, co nie podoba się wielu ludziom, którzy nie chcą w żadnym wypadku tego zaakceptować, gdyż nie odpowiada to ich wyobrażeniom. Ich zdaniem istoty pozaziemskie powinny nieść nam pomoc oraz wspierać na wszelkie sposoby.

Intensywna praca umysłowa związana jest z ogromnym wysiłkiem i dlatego niezbyt lubiana przez wielu, zwłaszcza gdy nie stoją za tym korzyści finansowe. Rzecz w tym, że droga do prawdy wiedzie właśnie poprzez intensywny wysiłek umysłowy i w żaden sposób nie da się tego ominąć. Wszystkim poszukującym prawdy mogę jednak powiedzieć na pociesze­nie, że zgodnie z uniwersalnym prawem każdy dążący do niej uparcie wcześniej czy później na pewno osiągnie cel.

Oświadczenie świadków

Niżej podpisani oświadczają, że nigdy nie widzieli, aby Eduard Albert (Billy) Meier mieszkający w Szwajcarii w miejscowości Schmidrüti nieda-

260

leko Zurychu dokonywał kiedykolwiek jakichś mistyfikacji, oraz że nigdy nie słyszeli, aby ktokolwiek wspierał go finansowo w tego typu działaniach. Ponadto oznajmiamy, że zawarte w tej książce nasze relacje z różnych przeżyć, których byliśmy świadkami, są całkowicie zgodne z prawdą, i że w każdej chwili jesteśmi gotowi potwierdzić je przed sądem.

Hinterschmidrüti, Semjase-Silver-Star-Center, 16 lutego 1991 roku

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADw]

Nazwiska świadków i ich podpisy

261

XIII ZAMACHY NA BILLY’EGO

(według Bernadetty Brand)

Szykanowanie łączników oraz ich sprzymierzeńców nie jest niczym nowym. Odnosi się to szczególnie do Billy'ego, którego usiłowano wielo­krotnie zabić, w roku 1976 cztery razy, w 1978 — dwa, w 1980 —jeden, w 1982 — cztery, 1989 — jeden i ostatni raz w roku 1990.

W tym zestawieniu pominąłem wymyślne próby jego uśmiercenia przez Inteligencje Giza, o czym jest mowa w następnym rozdziale.

Przyczyna wszystkich tych ataków jest jedna. Chodzi o to, że Billy jako orędownik prawdy jest „solą w oku" wielu ludziom i organizacjom, ponie­waż bez ogródek piętnuje ich machinacje i kłamstwa.

Pierwszy zamach na jego życie miał miejsce 5 stycznia 1976 roku w Hinwil. Było to w chwili, gdy znajdował się w swoim gabinecie. Około godziny 19.30 strzał z broni małokalibrowej stłukł szybę w oknie i przed jego nosem przeleciała kula, która odbiła się od miedzianej spirali przy żyrandolu i wbiła się w sufit. To wydarzenie Billy opisał potem w 23 numerze swojego miesięcznika Stimme der Wassermannzeit w artykule zatytułowanym „Wszystkiego należy się nauczyć".

Jakiś czas temu zgłosiła się do mnie pewna osoba i ze skruchą przyznała się do zamachu. Było to efektem mojej obietnicy, którą złożyłem w 7 numerze, że nie nagłośnię tej sprawy, o ile sprawca zgłosi się do mnie. Obietnicy dotrzymałem, a wspomniana osoba należy już do grona moich przyjaciół. Osoba ta w dowód wdzięczno-

262

ści napisała potem na moją cześć wiersz, ja zaś puściłem całą tę sprawę w zapomnienie.1

Drugi zamach miał miejsce 21 kwietnia 1976 roku w czasie wyjazdu Billy'ego wraz z przyjaciółmi samochodem Jacobusa do Monachium, gdzie na spotkaniu ufologów miał wygłosić prelekcję obrazując ją swoimi zdję­ciami. W okolicach Bregenzy koła ich samochodu zaczęły dziwnie pod­skakiwać. Zatrzymali się i ku swojemu przerażeniu stwierdzili, że śruby mocujące wszystkie cztery koła były nie dokręcone. Później okazało się, że nie była to wina mechanika.

W 65 relacji ze spotkania, które odbyło się 23 października 1976 roku, Ptaah przestrzegł Billy'ego przed podróżami, gdyż wszędzie czają się jego wrogowie. Przypomniał mu przy tym to ostatnie wydarzenie z nie do­kręconymi śrubami. Na krótko przed ich wyjazdem do Monachium widział nieznaną osobę, która je poluzowała.

W jednym przypadku mogliśmy zapobiec nieszczęściu w ostatniej chwili, kiedy jechałeś razem z przyjaciółmi, podobnie jak chcesz dzisiaj. Jak sobie zapewne przypominasz, koła samochodu twojego przyjaciela zaczęły nagle się chybotać z powodu poluzowanych śrub. Nie była to wina mechaników ze stacji samochodowej, jak podej­rzewałeś, ale zamierzony atak na życie twoje i twoich przyjaciół. Przeprowadziłem własne dochodzenie w tej sprawie, ponieważ ta sprawa zaintrygowała mnie. Śruby zostały odkręcone przy wszystkich czterech kołach, co było według mnie nielogiczne, jeśli miało to wyglądać na wypadek lub zaniedbanie. Zbadałem to i stwierdziłem, że wspomnianej nocy jakaś osoba, niestety nie znana mi, manipulowa­ła przy samochodzie i poodkręcała te śruby.

Na trzeci zamach nie trzeba było długo czekać. Doszło do niego wczesnym, deszczowym rankiem 27 maja 1976 roku, w czasie gdy Billy zmierzał udać się w towarzystwie Jacobusa Bertschingera oraz Hansa i Konrada Schutzbachów do Sadelegg na spotkanie z Semjase. Śledziły ich wówczas dwie nieznane osoby. Gdy samochód z Billym znalazł się na wolnej przestrzeni, z położonych w odległości około 25 metrów zarośli rozległ się strzał. Sześciomilimetrowy pocisk wystrzelony z Magnum-High-speed trafił Billy'ego w okolicę serca. Na szczęście pod ciepłą kanadyjską

1W niniejszym, polskim, wydaniu tej książki pominęliśmy ten wiersz, jako mało istotny, nie wnoszący nic nowego do całej sprawy Meiera.

263

kurtką miał na sobie kuloodporną osłonę własnej roboty. Tym razem uzbrojony był w pistolet i wiedział, że jego trzem przyjaciołom nie grozi niebezpieczeństwo. Kula miała trafić Billy'ego w serce, najpierw jednak przeszła przez kurtkę, a następnie przez wszystkie kartki trzycentymetrowej grubości notesu, po czym odbiła się od metalowej płytki i utkwiła między kartkami.

Dzięki swemu niezwykłemu opanowaniu wyszedł z tego zamachu bez szwanku. Udało mu się nawet z odległości 70 metrów zestrzelić napast­nikowi kapelusz z głowy (patrz zdjęcia nr 75 i 76).

We wrześniu tego samego roku miał miejsce czwarty zamach na jego życie. Było to w miejscowości Winkelriet położonej niedaleko Wetzikon, gdzie Billy odkrył ślady statku kosmicznego, który próbował następnie odszukać. Według Ptaaha był to pojazd pozaziemskiej rasy pochodzącej z innej galaktyki, którego napęd międzygwiezdny z nieznanych przyczyn uległ całkowitemu zniszczeniu, w związku z czym nie mógł on opuścić naszej planety. Jego załoga utrzymywała się przy życiu, dopóki starczyło im ich gazu do oddychania. Nasze powietrze nie nadawało się im do od­dychania i wkrótce wszyscy się udusili. Statek ten, którego anty grawitacyj­ny napęd planetarny funkcjonował bez zarzutu, został opanowany przez jakąś grupę neonazistowską.2 Właśnie na ten obiekt natknął się Billy. Jego nadejście zostało zauważone przez dwóch członków załogi, którzy licząc na jego ciekawość chcieli zwabić go w jego pobliże, a następnie pojmać. Lecz intuicja Billy'ego i tym razem go nie zawiodła. Jadąc motorowerem na miejsce lądowania miał wyłączone światła, dzięki czemu nie było go dobrze widać. Wymierzona w niego kula chybiła celu. Zaraz potem obiekt wzniósł się w powietrze i oświetlił okolicę. W kierunku Billy'ego padł kolejny strzał, lecz i tym razem był chybiony, ponieważ Billy zdążył ukryć się w rowie i zniknąć napastnikom z pola widzenia.

21 maja 1978 roku po północy siedemnastoletni wówczas Silvano Lehmann goszczący w Centrum po raz pierwszy był bezpośrednim świad­kiem piątego zamachu na Billy'ego. Również ja sam byłem świadkiem tego zdarzenia. Silvano, Billy i ja staliśmy na parkingu przed budynkiem Centrum obok psiej budy, rozmawiając o dochodzących z oddali dziwnych dźwiękach. Billy wysłał mnie do domu, abym sprawdził, czy nic się tam nie stało. Ledwie zniknąłem za jego rogiem domu, gdy od strony garażu padł strzał. Pocisk przeleciał obok Silvano i wbił się w ziemię obok stóp Billy'ego. Na jego prośbę Silvano chwycił dwa kamienie i udał się na poszukiwanie napastnika, sam Billy pobiegł zaś do domu po pistolet. We

2 Całe to zdarzenie związane z przejęciem tego statku miało miejsce w Brazylii.

264

wschodniej części domu natknąłem się na nich obu i w trójkę udaliśmy się w stronę garażu, skąd padł strzał. Stanowisko niedoszłego mordercy znaj­dowało się obok starej betoniarni przy garażu.

Szósty zamach miał miejsce 4 grudnia również w 1978 roku. Było to około godziny 21., w czasie gdy Billy udzielał swojej żonie Kalliope lekcji jazdy samochodem.

W czasie 118 spotkania, które odbyło się 7 grudnia 1978 roku, Semjase i Quetzal poprosili Billy'ego, aby zrelacjonował im dokładnie przebieg tego zdarzenia.

BILLY: W poniedziałek 4 grudnia o godzinie 20.53 przejeżdżałem z żoną samochodem Madeleiny obok garażu, gdy nagle silnik zaciął się i przestał funkcjonować pedał gazu. Mimo usilnych starań nie udało mi się opanować samochodu. Za kierownicą siedziała Kalliope i to po raz pierwszy, co utrudniało mi opanowanie pojazdu. Usiłowałem zahamować, ale bez rezulta­tu, nie udało mi się również wyłączyć silnika. Znajdowaliśmy się kilka metrów od domu i bałem się, że za chwilę wpadniemy w poślizg i z prędkoś­cią 65 kilometrów na godzinę uderzymy weń. Silnik wył na cały głos i na chwilę przestałem walczyć z samochodem. I wtedy nastąpiło zderzenie, w wyniku którego uderzyłem prawym okiem w kierownicę, a potem głową w okno. Potem z Jacobusem obejrzeliśmy samochód dokładnie, zwłaszcza pedał gazu, gdzie znaleźliśmy przyczynę. Okazało się, że był zablokowany.

SEMJASE: Zatem zawiodły hamulce. Wyjaśnił mi to Quetzal.

QUETZAL: To prawda. Nie rozumiem jednak, dlaczego razem z hamul­cem nie wcisnąłeś sprzęgła, dzięki czemu pojazd mógłby się zatrzymać. Och, oczywiście, przecież powiedziałeś, że za kierownicą siedziała twoja żona i to po raz pierwszy. Rozumiem. Twoja relacja jest zgodna z moją późniejszą obserwacją. Poza tym zauważyłem, że trzy nieznane osoby manipulowały coś przy twoim samochodzie, niewykluczone że właśnie przy dźwigni hamulca. Z całą pewnością planowali zamach na twoje życie i było im zupełnie obojętne, że narażają przy tym inne osoby. Już od wielu miesięcy ostrzegamy cię przed podejmowaniem ryzyka i namawiamy do tego, aby ktoś pilnował w nocy waszej siedziby, ale widzimy, że nie dbasz o to. Nie muszę ci chyba wyjaśniać, jakie mogą być tego skutki. Przecież możesz stracić przez to życie.

BILLY: Powiedź mi coś więcej o tych trzech postaciach.

QUETZAL: To członkowie tajnej grupy neonazistowskiej nazywającej się „Ludzie w czerni"3. Jeden z tych trzech ludzi, którzy odwiedzili waszą

3Men in Black.

265

siedzibę z piątku na sobotę stał na czatach, a dwaj pozostali manipulowali przy samochodzie, w którym uległeś potem razem ze swoją żoną wypad­kowi. Kiedy skończyli, odjechali dużym czarnym pojazdem.

Prawdopodobnie dzięki nocnym dyżurom, które Billy wprowadził na stałe w Centrum, udało mu się wyjść cało z siódmego zamachu. Było to 11 maja 1980 roku około godziny 22., kiedy siedział razem z Wendelle'em Stevensem na sofie przed domem. Nagle poczuł tak silny ból głowy, że aż nie mógł usiedzieć spokojnie w miejscu. Był on już mu znany,- bowiem stanowił znak ostrzegawczy przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. W chwilę potem tuż obok jego głowy przeleciał pocisk i wbił się w mur kilka centymetrów od niej. Kilka minut później Gilgamesha, jego córka, wydłubała z muru całkowicie zdeformowany pocisk. Bernadetta, która pisała właśnie na maszynie w swoim pokoju, również słyszała ten strzał. Po prawie rocznej przerwie między kwietniem i lipcem 1982 roku doszło do czterech kolejnych zamachów. 5 kwietnia 1982 roku Billy siedział w swoim gabinecie i pracował. Nagle ciszę wczesnego przedpołudnia przerwał wystrzał. Pocisk przebił szybę w przedpokoju, na szczęście jednak nie zranił nikogo ani nie wyrządził większych szkód. Dziewiąty zamach miał miejsce w niedzielny poranek 6 czerwca 1982 roku około godziny 6. Billy siedział w tym czasie pod drzewem Semjase. Nagle z północnego zachodu nadleciał pocisk i wbił się w korę drzewa. Był to pocisk kalibru 22. Jeszcze tego samego popołudnia Ferdinand Pfeiffen-berger wydłubał go z kory drzewa.

Do dziesiątego doszło na krótko przed jedenastym, to jest na początku czerwca 1982 roku. Tego dnia Billy i Uschi Büchli siedzieli naprzeciwko garażu. Około godziny 14. tuż obok głowy Billy'ego przeleciał pocisk, który wystrzelony został od strony łąki Sirrwies lub pobliskiego pagórka. Po chwili nadbiegł Silvano z Popi. Silvano udał się w kierunku, skąd prawdopodobnie oddano strzał, ale niestety nic ani nikogo tam nie znalazł. Po tym zdarzeniu na dachu garażu zamontowano reflektor.

Jedenasty zamach na życie Billy'ego dokonany został 19 lipca 1982 roku około godziny 23., kiedy siedział razem z Uschi Btichli na sianie w szopie. W pewnym momencie obok jego stóp przeleciał pocisk i wbił się w ziemię. Obydwoje zerwali się na równe nogi i pobiegli w kierunku domu po pomoc. W tym czasie padło kolejnych pięć strzałów, lecz na szczęście wszystkie były niecelne. Billy z Jacobusem przeczesali cały budynek i okolicę w poszukiwaniu strzelca, aby złapać go i oddać w ręce sprawiedliwości. Ich poszukiwania zakończyły się jednak fiaskiem. Tuż przed północą miało miejsce jeszcze jedno przykre zdarzenie. W pewnym momencie Billy

266

zauważył nagle cień i odruchowo sięgnął po broń. Już miał pociągnąć za spust, gdy w ostatniej chwili stwierdził, że to jego przyjaciel Engelbert Wachter.

Niedługo potem, 30 września 1989 roku, nastąpił dwunasty zamach. Tego dnia Billy wybrał się z Evą Bieri na zakupy. Około godziny 11.35 na drodze z Hittnau do Saland przed warsztatem stolarskim Widmera szybę Łady, którą jechali, przeszył pocisk. Po południu Billy i Eva złożyli doniesienie w tej sprawie w komisariacie policji w Pfaffikon. Okazało się, że strzelec znajdował się w lesie za warsztatem stolarskim i prawdopodob­nie wiedział, że Billy będzie tamtędy przejeżdżał.

Wszystkie te zamachy dowodzą, że Billy jest dla wielu ludzi i organizacji bardzo niewygodną osobą.

24 kwietnia 1990 roku miał miejsce trzynasty zamach, jedyny w swoim rodzaju, jako że był dziełem obcych istot. Oto fragment rozmowy Billy'ego z Ptaahem na ten temat, która została przeprowadzona dwa dni później, 26 kwietnia, podczas 236 kontaktu:

PTAAH: Tak, teraz mogę wyjawić, dlaczego właściwie przybyłem?

BILLY: Chętnie tego wysłucham, niemniej mam do ciebie pytanie dotyczące mnie osobiście.

PTAAH: Zatem słucham.

BILLY: Otóż we wtorek wieczorem o godzinie 19.30 przydarzyło mi się coś bardzo zagadkowego.

PTAAH: Masz na myśli tę historię z błyskawicą?

BILLY: Tak. Otóż przez całe popołudnie jeździłem z Evą załatwiając różne sprawy. Było to we wtorek 24. Około 19.15 wróciliśmy do Centrum i zajęliśmy się rozładowaniem samochodu. Potem razem z Silvanem poszliśmy nad sadzawkę [położoną w Centrum obok parkingu], aby oczyścić teren z korzeni i gałęzi pod kamień, który mieliśmy tam umieścić. Przynieśliśmy go dzień wcześniej po południu około godziny 16. Stałem tuż za nim i w pewnym momencie pochyliłem się do przodu w stronę Silvana, wyciągając do niego rękę po gałąź. Stał na drodze nieco poniżej mnie. Mniej więcej 3 metry na lewo od niego stała Bernadetta i jej syn Natan. Właśnie w momencie gdy wyciągnąłem rękę po gałąź z lewej strony około 15 centymetrów od głazu przemknął błysk światła i rozległ się syk podobny do tego, jaki powstaje podczas spięcia. Trwało to ułamek sekundy. Równocześnie na moim kciuku pojawił się niebieskobiały łuk świetlny i poczułem silne uderzenie, które przeszło przez całą rękę, następnie w tył głowy i do prawej nogi i stopy. Sekundę później błysk przeniósł się z mojej dłoni na leżący obok mnie kamień, z którego odprysł odłamek i wyleciał w powietrze niczym żarząca się kulka kierując się w stronę Bernadetty. W tym czasie mniej więcej 35 centymetrów poniżej górnej krawędzi kamienia rozległ

267

się krótki trzask i wokół Silvana przeleciała duża ilość syczących odłamków kamienia. Były one fragmentami odłamka kamienia grubości około l centy­metra i wielkości talerza wyrwanego z głazu przez świetlny błysk. Wszystko to rozegrało się w ciągu ułamka sekundy, potem poczułem uderzenie w rękę i to tak silne, że odrzuciło mnie w lewą stronę. To miejsce boli mnie do dzisiaj. Jak powiedziałem, trwało to ułamek sekundy, najwyżej sekundę. Mniej więcej w tym samym czasie ujrzałem w odległości około 7 metrów z lewej strony nad drzewem Semjase niebieskobiałą, jasno świecącą kulę wielkości około 6 piłek futbolowych. Na wysokości około 2,50 metra nad ziemią, dokładnie w środku pomiędzy drzewem cedrowym i czerwonym bukiem nad sadzawką, ów jaskrawo świecący obiekt eksplodował z potężnym hukiem. Silvano przestraszył się nie na żarty, zaś Natan stojący 3 metry za nim szybko cofnął i pobiegł co sił w nogach do domu. Bernadetta, która stała na drodze w odległości około 3 metrów z lewej strony Silvana, zamarła w bezruchu jak sparaliżowana nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Z uwagi na reakcję Bernadetty i Silvana zmusiłem się mimo silnego bólu ręki do uśmiechu, starając się w ten sposób rozładować grozę tej sytuacji. Obydwoje stali przez chwilę jak zamurowani. Ale nie oni jedni byli ciężko przestraszeni. Po chwili z budynku Centrum nadeszła Eva z pytaniem, co to za grzmot. Jak powiedział mi potem Engelbert, również i on go słyszał. Kiedy potem rozważyłem to wszystko na spokojnie, doszedłem do wniosku, że to zdarzenie nie miało nic wspólnego z normalnym piorunem. Po pierwsze, stałem bezpośrednio pod japońskim modrzewiem [dwunastometrowej wysoko­ści], który z całą pewnością ściągnąłby go na siebie. To samo dotyczy sadzawki, która znajdowała około 3,5 metra ode mnie z lewej strony, oraz dwóch brzóz i czarnych olch mierzących po około 12 metrów wysokości rosnących za sadzawką w odległości około 15 metrów od miejsca, w którym stałem. Jeżeli to był piorun, to dlaczego nie trafił w jedno z tych drzew. Poza tym całe to zdarzenie miało miejsce w piękny słoneczny dzień. Za dużo tu niezwykłości. Po prostu coś mi nie gra w tej historii. Wszystko tu było inne niż w czasie naturalnych zdarzeń tego typu, jak na przykład podczas pewnej burzy, kiedy to piorun kulisty przeleciał w odległości zaledwie pół metra od mojej głowy i eksplodował, w co zapewne nikt by nie uwierzył, gdyby nie Freddy, który stał obok mnie i był świadkiem tego zdarzenia. Tego wieczora we wtorek wszystko odbyło się zupełnie inaczej niż w czasie wspomnianej burzy w roku 1977. Stałem wtedy w kuchni i spoglądałem przez okno, gdy nagle około metrowej średnicy piorun kulisty przetoczył się po dachu i w końcu eksplodował. W wyniku jego eksplozji z dachu spadło kilka dachówek. Całe to zdarzenie wyglądało na czyjeś celowe działanie. W tym ostatnim zdarzeniu też była świetlista kula, na co

268

mam świadków. Choćby Bernadettę, która także widziała, jak z tej kuli wystrzelił „piorun". Chciałbym jeszcze dodać, że nasi ziemscy naukowcy nie są wciąż zgodni, czy pioruny kuliste rzeczywiście istnieją, czy też są ludzkim wymysłem lub halucynacją. To w zasadzie już wszystko, co miałem do powiedzenia w tej sprawie. Teraz pójdę chyba do lekarza, ponieważ nadal czuję ból i pieczenie w ręce [patrz zdjęcia nr 77 i 78].

PTAAH: Twoje opowiadanie było bardzo wyczerpujące i zgodne z tym, co zarejestrowało urządzenie kontrolne. Powinieneś rzeczywiście niezwło­cznie udać się do lekarza. Niestety nie mogę ci pomóc w tej sprawie, ponieważ nie mam żadnego doświadczenia w tej dziedzinie. Na wszelki wypadek chodź jednak ze mną do kabiny, abym mógł przynajmniej stwier­dzić, czy nie doznałeś poparzenia.

BILLY: Nie mam żadnych poparzeń.

PTAAH: Nie bagatelizuj tego. Twoje przypuszczenie, że to zdarzenie było sterowane, jest w pełni uzasadnione. Było ono zaplanowane i sterowane, jednak nie miało charakteru nienaturalnego, to znaczy, nie było nienaturalną siłą. Wręcz przeciwnie, ów piorun kulisty miał charakter absolutnie natural­ny i powstał z energii pochodzącej z atmosfery. Jej koncentracja miała charakter naturalny, lecz siła, która do niej doprowadziła, była sztucznego pochodzenia, podobnie jak ta, która wzbudziła błyski owych piorunów.

BILLY: Do diaska, tak właśnie myślałem. Może więc prawdą jest również, że ten ryczący piorun rozerwał się nad nami na wysokości około 110 metrów.

PTAAH: Tak było, twoje przypuszczenia są bliskie prawdy. Jak ob­liczyłeś tę odległość?

BILLY: Bardzo prosto. Wystarczyło tylko pomnożyć czas między błyskiem pioruna, który trafił mnie w rękę, a jego odgłosem przez prędkość rozchodzenia się dźwięku. Według mojego szacunku czas ten wynosił jedną trzecią sekundy, a nawet nieco mniej. Przy temperaturze O stopni Celsjusza dźwięk rozchodzi się w powietrzu z prędkością 331 metrów na sekundę, co przy trzech sekundach odpowiada odległości 993 metrów. Trzy sekundy odpowiadają więc odległości prawie jednego kilometra. Stąd więc mój wynik. Wiem, że moje wyliczenie nie jest dokładne, ponieważ nie wiem, jaka była temperatura powietrza w czasie tego zdarzenia, co jest istotne do uzyskania dokładnego wyniku4.

PTAAH: Właściwie to mogłem się spodziewać od ciebie tak logicznej odpowiedzi. Mogę ci powiedzieć, że ten piorun powstał na wysokości 108 metrów nad ziemią, tyle że nie był to normalny piorun.

4 Gwoli ścisłości znacznie istotniejszy jest w tym przypadku dokładny pomiar czasu. Temperatura powietrza ma tu całkowicie marginalne znaczenie.

269

BILLY: Tak mogłem przypuszczać. PTAAH: Chwileczkę, nie wiesz, co chcę powiedzieć. BILLY: Ależ wiem, przyjacielu. Grzmot był krótki, jakby powietrze zostało rozerwane na strzępy, lecz nie przez błysk, ale unoszący się w powietrzu piorun, co nie jest normalne. Stwierdziłem to w chwili, gdy trafił we mnie błysk światła. W normalnych warunkach, co wiem z doświad­czenia, w czasie uderzania pioruna powietrze rozrywane jest w ułamku sekundy na strzępy. Uwzględniając obliczenia Adama Riese i innych mądrych głów, powinno to nastąpić w momencie, gdy piorun trafił w moją rękę i odrzucił mnie w bok. Lecz nic takiego się nie zdarzyło, natomiast dopiero po około jednej trzeciej sekundy nad naszymi głowami rozległ się osobliwy grzmot w niczym nie przypominający naturalnego...

PTAAH: Tak, twoje przypuszczenie jest bardzo trafne. Eksplozja pioru­na była efektem zniszczenia przez nas nieznanego obiektu latającego, który został zaprogramowany, aby cię zabić za pomocą tego pioruna kulistego. Ta błyskawica, która trafiła cię w rękę, to był jedynie promień rozpoznawczy owej śmiercionośnej kuli energetycznej, to znaczy pioruna kulistego. Już sam promień mógłby cię uśmiercić z powodu ogromnej energii, jaką niósł, gdyby tylko trafił cię w klatkę piersiową lub plecy. Dzięki naszej interwen­cji, niestety nieco spóźnionej, bowiem nie panowaliśmy w pełni nad sytuacją, ten zamach na twoje życie został powstrzymany dosłownie w osta­tniej chwili. Nie mogliśmy nic więcej zrobić, dlatego pewne jego konsek­wencje musiały cię spotkać. Bardzo nas zaskoczyło, że wcale się nie przestraszyłeś, w przeciwieństwie do innych osób obecnych w Centrum. To, że poza błyskiem jaskrawego światła, które trafiło cię w rękę, oraz pioru­nem kulistym nic więcej nie zauważyłeś, nie jest dla nas niespodzianką, ponieważ ten obiekt, który był zaprogramowany na zabicie ciebie, był zabezpieczony przed jakakolwiek lokalizacją. Niestety nie byliśmy w stanie osłonić dźwięku eksplozji, jak również powstrzymać fali uderzeniowej i słabego promieniowania radioaktywnego, przed którym nie udało nam się także ciebie uchronić. Na szczęście po kilku tygodniach zniknie ono zupełnie. To by były właściwie wszystkie objaśnienia, które chciałem ci przekazać. Właśnie one były celem mojej wizyty i oczekiwania na ciebie dzień przed atakiem, 23 kwietnia, kiedy to przestraszyła mnie bardzo Eva. Tego dnia przyszedłem ostrzec cię, co mi się jednak nie udało. BILLY: Jesteś dobrym człowiekiem. Czy wiesz także, że... PTAAH: Jesteśmy naprawdę bardzo ostrożni, ty zaś nic mi nie powie­działeś. Na szczęście jednak nie ma to dużego znaczenia, gdyż nasi...

BILLY: W porządku, czy mógłbyś mi teraz wyjaśnić, dlaczego ktoś chce mnie tak bardzo wysłać w zaświaty? Kto za tym stoi i jakie przesłanki

270

tym kimś kierują? Przypuszczam, że znowu ktoś z Mlecznej Drogi maczał w tym palce, gdyż Ziemianie nie dysponują jeszcze takimi możliwościami technicznymi. A może to ci... nie, oni nie mają jeszcze takich możliwości? PTAAH: To prawda. Posłuchaj teraz uważnie. Masz na Ziemi bardzo wielu wrogów, zarówno w Europie, Ameryce, Azji, jak i Afryce —: zwłasz­cza w Republice Południowej Afryki i Japonii. Na wszystkich kontynentach jest wielu oszczerców, kłamców, którzy nienawidzą ciebie i za wszelką cenę starają się ciebie zamordować. Wszyscy oni twierdzą, że kontaktują się z nami i innymi formami życia z kosmosu. Niestety również twoi przyjacie­le wyświadczają ci w tym względzie niedźwiedzią przysługę, gdyż dają posłuch tym kłamcom. Czynią to nieświadomie i omamieni ich oszczerst­wami i kłamstwami nie są już w stanie rozpoznać prawdy. Nie pojmują już, że jesteś jedyną osobą wybraną spośród wszystkich ludzi Ziemi i wszystkich nas do głoszenia prawdy. W podzięce za to jesteś opluwany i szkalowany, ty, który niesiesz pomoc całej ziemskiej społeczności. Wiele osób uchodzą­cych za twoich przyjaciół często i chętnie oczernia cię po kryjomu. Wielu z nich usiłuje zostać mistrzami i prorokami, nie posiadając ku temu odpowiedniej wiedzy, zdolności i predyspozycji. To jest przyczyną tak wielu zamachów na twoje życie, jak choćby tego wtorkowego. Winni im są wszyscy ci, którzy są częściowo twoimi wrogami, mimo iż publicznie podają się za przyjaciół. Winnymi są także wszyscy ci w Europie, którzy są przeciwni tobie i twojej pracy, dotyczy to także Lee Eldersa, Randy Wintersa, Roberty Brooks, Freda Bella i wielu inni. Winni są kłamcy i oszczercy z Japonii głoszący, że są z nami w kontakcie, którzy przy pomocy swoich kalumni, kłamstw i innych wrogich tobie działań wy­twarzają niezwykłe, groźne dla życia energie skierowane przeciw tobie. Ten wtorkowy atak był efektem działań pewnej grupy, która postanowiła ciebie zamordować i w ten sposób zniszczyć całą naukę prawdy. To właśnie jej członkowie zaprogramowali ten obiekt, którego zadaniem było uśmiercenie ciebie. Jego istota działania polegała na tym, że skupiał on w sobie wszystkie negatywne energie wysyłane przez ludzi przeciw tobie, które następnie kumulowały się w nim. Minęły prawie dwa lata, zanim w końcu wpadliśmy na ich trop. Stało się to w wyniku naszych starań zmierzających do ustalenia, dlaczego doszło do wiarołomstwa. W trakcie naszych po­szukiwań natknęliśmy się na trzy osoby żyjące w ciągłym silnym strachu, że mógłbyś je zdemaskować. Myśli tych „negatywnych osób" skierowane były na ciebie i zagrażały twojemu życiu do tego stopnia, że poczuliśmy się zobowiązani do interwencji. Wkrótce znaleźliśmy sprawcę tego morder­czego przedsięwzięcia. Były to niedobitki grupy skazanego na śmierć Ashtara Sherana, który zakończył swój żywot we wszechświecie DAL

271

[w 1983 roku]. Ludzie ci uważali za swój obowiązek pomszczenie swojego pana i mistrza i stwierdzili, że najłatwiej to osiągną tłumiąc na Ziemi w zarodku prawdę. Dlatego też do kilku twoich przyjaciół wysyłali negatywne impulsy, które przekształciły ich w kłamców i oszczerców. Uderzenie pioruna skierowanego na ciebie miało spowodować twoją śmierć, a eksplozja bomby energetycznej rozerwać cię na kawałki. Na szczęście udało nam się zapobiec temu w ostatniej chwili. Aby móc zrealizować swój plan, twoi wrogowie musieli zmagazynować wszystkie negatywne energie. Przy pomocy tych sił skoncentrowali w małym punkcie nad waszym Centrum naturalną energię elektryczną w celu utworzenia z niej energetycznej kuli i wysłania jej w ślad za promieniem. W ten sposób ludzie przebywający w twoim pobliżu pomyśleliby, że po prostu trafił cię zwykły piorun.

BILLY: I co mam na to powiedzieć? Ileż nienawiści musi być w tych ludziach. Są po prostu biedakami, którzy zbłądzili i w dzikiej nienawiści usiłują wszystko zniszczyć, jak to miało miejsce w Japonii.

PTAAH: Nie tylko w Japonii. Teraz gdy polityka w państwach bloku wschodniego zmieniła się na lepsze, także i tam docierają informacje z Zachodu o międzyplanetarnych obiektach latających, a wraz z nimi wszelakie związane z tym fantazje. Niewykluczone że również w tych państwach znajduje się wielu kłamców i oszczerców rozpowiadających o swoich rzekomych kontaktach z istotami z obcych planet. Początek tego zjawiska nastąpił już przed wieloma laty. Wdzięcznymi odbiorcami tych kłamstw są ludzie wierzący w życie pozaziemskie i sekciarskie grupy ufologów. Z tych poczynań tworzą nową ideologię, ale ideologie są...

BILLY: ...zawsze skazane na niepowodzenie.

PTAAH: To właśnie chciałem powiedzieć. Wiedziałeś to już w wieku 9 lat. Doskonale pamiętam, jak w roku 1946 ojciec powiedział mi to, co ty mi teraz powiedziałeś: „W całym wszechświecie nie istnieje ani jedna ideologia, która mogłaby być wytyczną dla ludzi lub drogowskazem w ich życiu - - jedynie prawda Kreacji, ducha oraz wszelkie prawa i nakazy płynące z mądrości są w stanie stać się wykładnią ludzkiego życia".

BILLY: Tak, przypomniałem sobie, że tak właśnie powiedziałem Sfaat-howi, który skwitował to milczącym spojrzeniem.

PTAAH: Powiedział mi potem, że był całkowicie zaskoczony, że dziewięcioletni chłopiec był w stanie tak rozumować. Nie znał jeszcze wtedy twojego pochodzenia. Kiedy opowiedziałem mu o tobie, jego za­skoczenie zmieniło się w respekt i szacunek dla ciebie.

BILLY: Będę mu za to bardzo wdzięczny do końca życia. Często o nim myślę i bardzo chciałbym się z nim spotkać i podziękować mu za wszystko, co dla mnie zrobił.

PTAAH: Już to uczyniłeś, Sfaath powiedział mi o tym.

272

XIV ATAKI INTELIGENCJI GIZA

1. Kim jest Inteligencja Giza?

Tak zwana Inteligencja Giza wywodzi się od przodków Plejadan zamie­szkujących w czasach prehistorycznych pewien obszar Ziemi. Po około 18.000 lat pokoju rządni władzy naukowcy jak dawniej postanowili po nią sięgnąć, jednak Ziemianie w porę przewidzieli ich plany i pokrzyżowali je. Nie pozostało więc im nic innego jak uciec w przestrzeń kosmiczną. Stało się to przed 15.000 lat. Wypędzeni udali się w systemu Beta Centauri, gdzie się osiedlili i rozwinęli wyjątkowo wyrafinowaną technikę. Nie zapomnieli jednak o Ziemi, wierząc, że kiedyś wrócą na nią i odegrają się na całej ludzkości. Żyli więc przepełnieni nienawiścią do naszej planety. Udało im się nawet przedłużyć przeciętny czas życia do kilku tysięcy lat. Wszyscy oni zostali starannie wyszkoleni w sztuce wojennej oraz w snuciu intryg i podstępów.

Po 2000 lat gotowi byli do ataku na Ziemię. Dowodzeni przez Jszwjsza Arusa-I przed 13.000 lat wylądowali na Ziemi. Arus-I był naukowcem o wyjątkowo bestialskim usposobieniu, w związku z czym nazywano go Barbarzyńcą. 200 naukowców z różnych dziedzin mianował na swoich zastępców. Jak grom z jasnego nieba zaatakowali Ziemię i w pierwszej kolejności zawładnęli Hyperboreą położoną w północnej części Ameryki Północnej, gdzie wówczas panował bardzo łagodny klimat. Dzisiaj jest to Floryda, która wskutek przesunięcia się biegunów zawędrowała na obecne miejsce. Stamtąd rozpoczęli dalsze działania wojenne. Nie chciałbym w tym

273

miejscu rozwodzić się szczegółowo o tych sprawach. Powiem tylko tyle, że Arus-I i jego zastępcy podbili Ziemię i zniewolili pozostałych przy życiu Ziemian. Sam Arus-I wyniósł się wkrótce ponad Kreację obwołując się Bogiem i Stwórcą Wszechrzeczy, zaś swoich zastępców mianował straż-nikami-aniolami.

Trzech synów Arusa-I, Ptaah, Salam oraz Arussem, który go zamor­dował, chcieli początkowo kontynuować jego dzieło, jednak dwaj z nich, Ptaah i Salam, postanowili w pewnym momencie położyć kres złu i przepę­dzili z Ziemi Arussema i jego zwolenników. Niestety nie na długo, ponieważ po pewnym czasie wrócił on do Układu Słonecznego i urządził sobie kwaterę w podziemiach piramidy w Gizie, skąd wywodzi się nazwa jego grupy — Inteligencja Giza. Przez długi czas działali w ukryciu przy pomocy najpodlejszych metod, takich jak intrygi i kłamstwa. Ich celem było zawładnięcie całym światem.

A oto praktyczny przykład z nowszych czasów, który przytaczam na podstawie wypowiedzi Semjase przekazanej Billy'emu podczas 35 kontak­tu, który miał miejsce 16 września 1975 roku.

.. .Rządna władzy Inteligencja Giza przygotowała zbrodnicze przed­sięwzięcie, którego celem jest zniszczenie wrogich sobie inteligencji. W ostatnich latach zmuszali Ziemian do popełniania przestępstw oraz wyśmiewania wszystkich, którzy wierzą w istnienie istot pozaziemskich.

Od dawna pod szczególnie negatywnym wpływem Inteligencji Giza znajduje się para Ziemian, której zadaniem jest rozpowszech­nianie niebezpiecznych informacji mówiących, że Ziemia w ciągu wieku nie będzie nadawała się do zamieszkania i że jej mieszkańcy zaczną wkrótce masowo wymierać.

Całą akcję wspierały plakaty i ogromne reklamy. Mówiły one, że wszyscy, którzy będą z nimi współpracować, zostaną uratowani. W tym celu zorganizowano nawet zjazd, który odbył się 14 września 1975 roku w miejscowości Waldport w Ameryce. Przybyłym na to spotkanie wyjaśniono, że zostaną przewiezieni statkami do nowego lepszego świata. Warunkiem było jednak sprzedanie całego swojego dobytku i rezygnacja z zabrania dzieci. O dziwo chętnych było o wiele więcej, niż przypuszczano. Nikt z tych ludzi nie podejrzewał kryją­cych się za tym przestępczym czynem intencji:

1.  Spotkanie miało charakter zbliżony do spotkań sekt religijnych, dzięki czemu łatwo było ukryć prawdziwe zamiary.

2.  Osoby słabsze i chorowite miały być stopniowo wymordowane.

274

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia -  UFO Z PLEJADx]

TAGES-Anzeiger, Züirich, 7 października 1975

Wiadomość z kosmosu znalazła chętnych

Waldport, 6 października (AP), W Waldport w amerykańskim stanie Oregon prowadzone jest obecnie dochodzenie w pewnej sprawie. Około 20 mieszkańców tego miasteczka sprzedało caty swój dobytek i wyprowadziło się po otrzymaniu nakazu od rzekomych istot 2 kosmosu. Rion Sutton z wydziału kryminalnego biura szeryfa powiedział w niedzielę, że słyszał o pewnym rybaku, który sprzedał za 5 dolarów swoją łódź wartą 5000. Podobnie postąpił pewien farmer, który zostawił swoje dzieci przyjaciołom, po czym zniknął bez śladu.

Podpis pod rysunkiem: „Czy to prawdziwe spodki? Johnsonowie wyzbywają się swojego dobytku".

275

3.  Część członków sekty miała stać się ziemskimi niewolnikami

- robotami w służbie Inteligencji Giza.

4.  Inną część miano wysłać jako niewolników na inną planetę.

5.  Reszta miała założyć sektę, której zadaniem miała być realizacja planów Inteligencji Giza na Ziemi.

Ten pięciopunktowy plan będący dziełem Inteligencji Giza miał być wprowadzony w życie, zaś zwerbowani do jego realizacji ludzie nieświadomi jego prawdziwego celu.

Gdy poznaliśmy prawdziwy charakter tej przestępczej grupy, przestało nas dziwić, że wszelkimi siłami starała się przeszkodzić budowie naszego Centrum w Hinterschmidrüti. Próbowała nawet uprowadzić Billy'ego, co się jej jednak na szczęście nie udało. Inteligencja ta działała nadal i przedsięwzięła szereg ataków na Billy'ego oraz Centrum. W dalszej części przedstawiam niektóre z nich.

2. Ataki Inteligencji Giza

2.1.  Pierwszy atak — zakłóczacz myśli

Pierwsza wroga akcja Inteligencji Giza w ramach kampanii prowadzonej przeciwko Billy'emu i jego grupie miała miejsce wiosną 1976 roku w miejs­cowości Hinwil. Podobnie jak inne działania również i to było bardzo precyzyjnie zaplanowane, chociaż tym razem nic poważnego się nie stało.

Od pewnego czasu Billy narzekał, że nie może skoncentrować się na pracy. Stan ten pogłębiał się coraz bardziej, zaś bezsilność wobec niego potęgowała go jeszcze bardziej. W końcu zwrócił się o pomoc do swoich pozaziemskich przyjaciół w nadziei, że wyjaśnią tę zagadkę. Po intensyw­nych poszukiwaniach okazało się, że był pod stałym wpływem niewidzial­nych promieni wpływających ujemnie na jego psychikę.

W lesie nie opodal Hinwil Quetzal odkrył trzy małe jednocentymetrowej wielkości wzmacniacze zainstalowane w trzech drzewach tworzących trój­kąt równoramienny o boku długości 2300 metrów. Ich zadaniem był odbiór odpowiedniego promieniowania zakłócającego z zewnętrznego nadajnika i przesyłanie go do gabinetu Bilły'ego. Nadajnik umieszczony był wysoko w atmosferze ziemskiej na stałej pozycji.

Na szczęście Quetzalowi udało się unieruchomić to sprytne urządzenie.

2.2.  Drugi atak — infekcja bakteryjna

Po ponad półrocznej przerwie doszło do kolejnego nieprzyjemnego zdarzenia w Hinterschmidrüti, którego sprawcą była Inteligencja Giza i jej pomocnicy.

276

Według Plejadan Inteligencja Giza zaprzyjaźniła się z agresywną grupą istot pozaziemskich zbiegłą z obszaru gwiazdozbioru Pegaza, która wiele tygodni wcześniej przybyła swoim pięćdziesięciometrowym statkiem do naszego układu planetarnego. Istoty te z chęcią przystały na propozycję współpracy z Inteligencją Giza.

Zdarzenie, o którym mowa, miało miejsce 10 sierpnia 1977 roku. Billy stał właśnie przed drzewem Semjase i obserwował niezwykle dużego owada nie spotykanego w naszej szerokości geograficznej. W pewnym momencie obleciał on wkoło Billy'ego i usiadł na nim. Billy'emu z miejsca zrobiło się niedobrze i w tym samym momencie wszyscy mieszkańcy Centrum poczuli silne bóle głowy, które nie były jednak tak intensywne, jak Billy'ego. Oczywiście nikt nie wiedział, co jest przyczyną tej niespodziewanej doleg­liwości.

Poza tym mieszkańców Centrum bardzo zdziwiło osobliwe zachowanie Semjase, która umówiła się wcześniej telepatycznie z Billym na spotkanie w nocy 10 sierpnia i ledwie się pojawiła, z miejsca odleciała bez słowa. Przyczynę tego dziwnego zachowania Billy poznał podczas następnego spotkania.

Po telepatycznej zapowiedzi pojawiła się swoim siedmiometrowym statkiem w Hinterschmidrüti ku radości mieszkańców Centrum, którzy mogli ją obserwować na niebie przez krótki okres czasu. Zgodnie z życze­niem Billy'ego miała zostawić na drzewie swojego imienia znak dla członków FIGU, czego jednak nie zrobiła.

Drzewo Semjase, jak wspomniałem w rozdziale VII, to rosnąca na terenie Centrum na niewielkim wzniesieniu jabłoń, którą Billy przestrzelił wypróbowując pistolet laserowy Menary. Posiada ono trzy znaki szczególne odróżniające je od innych drzew. Są to:

1.  Otwór po przejściu przez jego pień promienia laserowego.

2.  Brak korony.

3.  Ślad po zlikwidowanym gnieździe mikrobów.

Podczas przelotu nad tym właśnie drzewem, Semjase odczuła tak silne impulsy bólu pochodzące od Billy'ego, że aż krzyknęła i ze strachu wypuściła z rąk drążek sterowniczy, w wyniku czego zawadziła statkiem w jego koronę. Odgłos łamanych gałęzi zwrócił uwagę mieszkańców Centrum, którzy nie mogli jednak zobaczyć, kto jest tego sprawcą, ponie­waż Semjase zdążyła w porę włączyć ekran ochronny.

Jak już wspomniałem, nie kontrolowane impulsy bólu wysłane przez Billy'ego zostały odebrane i zarejestrowane przez Semjase. Ich dokładna

277

analiza wykazała, że ta nagła dolegliwość Billy'ego ma konkretną przyczynę.

W tych okolicznościach doszła do wniosku, że zaplanowane spotkanie nie powinno się odbyć. Wspólnie z Quetzalem postanowiła wyjaśnić, co się stało. Okazało się, że ów owad był sztucznym tworem, wewnątrz którego znajdowało się gniazdo bakterii, którymi zainfekowano Billy'ego poprzez wprowadzenie ich do jego organizmu za pomocą specjalnego urządzenia w kształcie strzykawki. Krótko mówiąc, było to wyrafinowane urządzenie skonstruowane przez przybyszy z gwiazdozbioru Pegaza. To oni skierowali je w kierunku Billy'ego, a następnie zdalnie nim sterując wstrzyknęli mu z jego organizmu bakterie chorobotwórcze, by go nimi zarazić, co im się znakomicie udało. Ale to nie wszystko. Za pomocą tego sztucznego owada wśród gałęzi drzewa istoty te umieściły ponadto gniazdo owych bakterii, aby w ten sposób rozprzestrzenić te zarazki po całej Ziemi. Zdaniem Quetzala wywoływały one nieznaną nam chorobę, która mogła okazać się tragiczna w skutkach, gdy nie szybka interwencja Semjase.

Podczas następnego spotkania Billy otrzymał przywilej zlikwidowania gniazda tych bakterii na drzewie. Oto odpowiedni fragment jego rozmowy z Semjase na ten temat pochodzący z zapisu spotkania, które odbyło się 24 sierpnia 1977 roku:

SEMJASE: Jak wiesz, mój statek wyposażony jest w różnego rodzaju broń, na przykład pistolet promienny, jakim zrobiłeś dziurę w drzewie. Wypalając powierzchnię drzewa zniszczę to gniazdo. Spójrz tutaj na ekran.

BILLY: A czy ja mógłbym to zrobić?

SEMJASE: Przecież nigdy tego nie robiłeś.

BILLY: Mimo to chciałbym spróbować.

SEMJASE: Jeśli chcesz, ale musisz zbliżyć się do drzewa. Poczekaj... tak, teraz jesteśmy w odległości 38 metrów. Tym regulatorem możesz ustawić wymiar promienia, a tym kierunek. Jeśli dotkniesz tego małego wybrzuszenia, wówczas uwolniona zostanie energia z tego niewielkiego otworu w dolnej części statku. Możesz jeszcze regulować moc promienia... o tak, aby nie uszkodzić samego drzewa. A teraz poćwicz trochę.

BILLY: Dobrze, a co ty będziesz robiła?

SEMJASE: Ja tymczasem sprawdzę kilka funkcji statku, bądź ostrożny, przyjacielu, właśnie uwolniłeś promień.

BILLY: Tak wiem, ta wstrętna rzecz właśnie zniknęła.

SEMJASE: Nie słuchałeś mnie... po prostu namierzyłeś cel i uwolniłeś energię.

BILLY: Właśnie tak.

278

SEMJASE: Mówiłam ci przecież, żebyś najpierw...

BILLY: Czy coś jest nie w porządku? Najpierw popatrz, zanim się zdenerwujesz.

SEMJASE: W porządku... wszystko w porządku, jedynie zasięg pro­mieniowania był zbyt duży. Dziwi mnie, że potrafisz tak dobrze obsługiwać to urządzenie.

2.3. Trzeci atak — betonowy mur

W ramach rozbudowy Centrum mieliśmy zgodnie z zaleceniami Plejadan zbudować przestronne pomieszczenie medytacyjne. W tym celu wznieśliś­my wspólnymi siłami między innymi mur długości około 5, wysokości 2 i o grubości 1,5 metra. Celowo wybraliśmy takie nietypowe wymiary, ponieważ mur ten został ustawiony na wzniesieniu i musiał wytrzymać napór wód gruntowych.

Po wielu godzinach wyczerpującej pracy około 4.30 nad ranem mur był gotowy. Mimo iż wszyscy byli bardzo zmęczeni, tryskali humorem i byli nawet skorzy do zabaw. Herbert Runkel i ja odtańczyliśmy mimo zmęczenia wokół niego taniec z łopatą. Nikt z nas nawet w najczarniejszych myślach nie przypuszczał, że nasza radość będzie trwała tak krótko. Nazajutrz okazało się bowiem, że nasz trud był daremny. Betonowy mur, z którego jeszcze wczoraj tak się cieszyliśmy, został zniszczony. Staliśmy jak spara­liżowani, gapiąc się w tamto miejsce i nie mogąc wydusić z siebie słowa. Po dłuższej chwili, gdy już nieco doszliśmy do siebie, zgodnie uznaliśmy, że w żadnym wypadku nie mogło to się stać w sposób naturalny. Wyglądał, jak gdyby został uniesiony w górę i następnie zrzucony na ziemię. Jedynym wyjaśnieniem, jakie przychodziło nam do głowy, było działanie nie znanych nam sił.

Zagadka ta została wyjaśniona dokładnie tydzień później przez Plejadan. Podczas spotkania w niedzielę 4 września 1977 roku, na które wyjątkowo przybyli razem Ptaah, Semjase i Quetzal, ten ostatni wyjaśnił, co się stało.

Wrogo usposobiona Inteligencja Giza wszelkimi sposobami usiłowała przeszkodzić nam w budowie pomieszczenia medytacyjnego. Zaaranżowała wszystko w taki sposób, aby jej ingerencja wyglądała na działanie natural­nych sił przyrody. Zlikwidowała wszelkie dowody świadczące o jej udziale, wiedząc, że sprzymierzeńcy Billy'ego będą starali się ustalić sprawcę. Ów betonowy mur wydawał się jej odpowiednim obiektem do rozpoczęcia dzieła zniszczenia. Podobnie jak poprzednim razem pomagały jej złośliwe istoty z gwiazdozbioru Pegaza.

Początkowo jedna z nich wysłana została na przeszpiegi do Centrum. Jak się później okazało, Billy i Renato wytropili ją na terenie Centrum poprzed-

279

niej nocy. Według Billy'ego miała ona 1,80 metra wzrostu. Szczególną uwagę zwracały jej świecące w ciemności oczy wielkości podstawek pod piwo. Kiedy zorientowała się, że została dostrzeżona, zniknęła bezgłośnie, wznosząc się nad Ziemię.

Właściwy atak nastąpił 30 sierpnia 1977 roku około godziny 4. nad ranem. Istoty z Pegaza sprowadziły do Centrum specjalny wibrator i umieś­ciły go bezpośrednio przy murze, po czym jedna z nich uruchomiła go przy pomocy sił umysłu, ponieważ członkowie Inteligencji Giza nie byli w stanie tego zrobić. Dalej wszystko poszło już jak z płatka. Wibrator wykorzys­tujący mikrofale wytworzył potężną falę, która w ciągu kilku sekund wyrwała mur z fundamentów, uniosła go w górę i cisnęła nim o ziemię.

Zdaniem Quetzala wibracje tego urządzenia są śmiertelne dla każdej żywej istoty. To zabójcze działanie objawia się w postaci błyskawicznie postępującego procesu starzenia się. Gdyby coś takiego spotkało kogoś, byłaby to sensacja na skalę światową, którą trudno byłoby zataić.

Na szczęście nikt z nas nie odniósł podczas tej akcji żadnej szkody i była ona ostatnią skierowaną przeciwko nam, w której udział brały istoty z Pegaza, o co zatroszczył się osobiście ojciec Semjase Ptaah, który pojmał je i jak to się u nas mówi, złożył im propozycję nie do odrzucenia, odsyłając je na ich ojczystą planetę.

2.4. Czwarty atak — uderzenie fali dźwiękowej

(według Bernadetty Brand)

18 lutego 1978 roku w sąsiedztwie Schmidrüti odbywało się wesele i jak jest w zwyczaju w Szwajcarii, z jego okazji wczesnym rankiem oddano trzy strzały. Dwie lub trzy sekundy po trzecim wystrzale nad dachem naszego domu w Hinterschmidrüti rozległ się niesamowity grzmot, który zatrząsł całym budynkiem. Billy odniósł wrażenie, że to uderzenie fali dźwiękowej, jaka powstaje podczas przekraczania

18 lutego 1978 roku w sąsiedztwie Schmidrüti odbywało się wesele i jak jest w zwyczaju w Szwajcarii, z jego okazji wczesnym rankiem oddano trzy strzały. Dwie lub trzy sekundy po trzecim wystrzale nad dachem naszego domu w Hinterschmidruti rozległ się niesamowity grzmot, który zatrząsł całym budynkiem. Billy odniósł wrażenie, że to uderzenie fali dźwiękowej, jaka powstaje podczas przekraczania przez samolot bariery dźwięku, gdyż kilka razy przeżył już coś takiego.

Raz miało to miejsce w czasie, gdy znajdował się w starej chacie na pustyni w Iranie nie opodal Zahedanu. Pod wpływem nagłego impulsu wybiegł z niej i pobiegł na oślep przed siebie. Oddaliwszy się na odległość około 150 metrów od niej, usłyszał w pewnym momencie wycie samolotu odrzutowego. Spojrzał w kierunku, z którego dobiegał jego odgłos, i ujrzał lecący na niewielkiej wysokości samolot, który kilkaset metrów od chaty wystrzelił nagle w górę, przeleciał nad nią i przeraźliwie zaryczał. Dźwięk ten przetoczył się nad Billym, który ujrzał, jak chata, z której przed chwilą wybiegł, w ciągu ułamka sekundy skurczyła się i uniosła w górę w tumanie kurzu.

280

Grzmot, który rozległ się rankiem 18 lutego 1978 roku w Hinterschmid­ruti, brzmiał tak samo. Billy oznajmił nam, że budynkowi Centrum mogło przytrafić się to samo, co tamtej chatce na pustyni.

To, że tak się nie stało, zawdzięczamy głównie żonie Billy'ego, Kalliope, która od kilku dni przebywała w szpitalu, gdzie miała być poddana operacji chirurgicznej. Ponieważ Billy bardzo się o nią martwił, był pod stałą obserwacją Quetzala i Menary, którzy stali się dzięki temu świadkami tego zdarzenia i z miejsca wkroczyli do akcji. Dzięki ich pomocy dosłownie w ostatniej chwili to zagrożenie zostało zlikwidowane. W chwili tego zdarzenia Quetzal przebywał w towarzystwie Menary tuż nad Centrum w swoim statku, który był całkowicie niewidoczny dzięki ekranom ochronnym.

Po pierwszych dwóch salutach od południa nadleciał zdalnie sterowany trójkątny statek kosmiczny Inteligencji Giza, który zatrzymał się na wyso­kości około 60 metrów nad budynkiem Centrum, aby w chwili trzeciego wystrzału wzbić się pionowo w górę z dwukrotną prędkością dźwięku.

Quetzal natychmiast zorientował się, o co chodzi, i błyskawicznie skierował swój statek nad dach budynku, aby wytłumić potężną falę uderzeniową. Zrobił to mimo niebezpieczeństwa uszkodzenia lub nawet zniszczenia swojego statku, do czego na szczęście nie doszło.

Statek Quetzala wytrzymał uderzenie fali dźwiękowej rozpraszając ją i zmniejszając jej moc. Gdyby nie jego interwencja budynek Centrum z całą pewnością ległby w gruzach grzebiąc w środku wiele ofiar, którymi mogli być: Billy i jego troje dzieci, Elsi Moser, Margarete Rosę, Jacobus Bertschin-ger oraz Engelbert i Maria Wachterowie z dwójką dzieci, Connym i Rolfem.

W odpowiedzi na ten atak Menara dała nauczkę Inteligencji Giza, której ta z całą pewnością długo nie zapomni. Otóż w drodze powrotnej zlik­widowała ten trójkątny obiekt latający, który był jedynym zdalnie sterowa­nym urządzeniem Inteligencji Giza.

2.5. Piąty atak — negatywne wibracje

Poza dotychczas wymienionymi atakami wymierzonymi w Billy'ego i jego misję Inteligencja Giza podjęła również inne bardziej wyrafinowane działania, które polegały przede wszystkim na nieustannym bombardowaniu wszystkich członków naszej grupy negatywnymi impulsami. W zależności od odporności reakcje poszczególnych osób były bardzo różne. W następst­wie tego długofalowego ataku:

a)  nie wszystkim członkom grupy udało się zmobilizować wszystkie siły obronne, w wyniku czego doszło wielu nieporozumień,

b)  liczba naszych wrogów zaczęła rosnąć.

281

Zaatakowane w ten sposób osoby nie miały oczywiście najmniejszego pojęcia, że ich zachowanie jest efektem nikczemnych knowań Inteligencji Giza.

2.6. Szósty atak — szok psychiczny

30 marca 1978 roku nastąpił punkt kulminacyjny knowań Inteligencji Giza. Tego dnia po południu grupa ta poszła na całość, dokonując hanieb­nego zamachu na życie Billy'ego. Został on przeprowadzony w czasie złego stanu jego zdrowia, w efekcie którego jego psychiczna blokada ochronna była znacznie osłabiona.

Nie chcę tutaj przytaczać szczegółowego przebiegu tego zdarzenia, bowiem jest ono bardzo złożone, w związku z czym proszę mi to wybaczyć. Ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że ten zamach miał charakter wymuszonego szoku psychicznego. Jego intensywność i zakres były tak ogromne, że zwykły człowiek przypłaciłby go co najmniej atakiem serca.

Nawet sami Plejadanie nie potrafili powiedzieć, jak to się stało, że Billy to wytrzymał. Po tym zdarzeniu stwierdzili z niepokojem, że w tego rodzaju sytuacjach musi on liczyć wyłącznie na własne siły. Ponadto przestrzegli go przed kolejnymi zamachami tego rodzaju, bowiem nic nie wskazywało na to, aby Inteligencja Giza miała zaniechać prób wyłączenia go z gry.

Wkrótce potem Plejadanie uznali, że nie mogą już dłużej pozostawiać go bez ochrony, i podjęli właściwe działania, które naszym zdaniem powinny były być podjęte dawno temu. Ich celem było położenie ostatecznego kresu tej makabrycznej grze.

W maju 1978 roku rozpoczęły się skomplikowane przygotowania do tej jedynej w swoim rodzaju akcji Plejadan, która miała pełne poparcie Wyso­kiej Rady. W związku z tym Ptaah i Quetzal mieli pełne ręce roboty z lokalizowaniem miejsc kryjówek członków Inteligencji Giza.

W czasie akcji oczyszczającej z jej najlepiej strzeżonej siedziby — kwate­ry głównej — znajdującej się pod piramidami w Gizie wypędzono około 2100 osobników. Zlikwidowano wszystkie znajdujące się tam urządzenia oraz statek kosmiczny, zaś pomieszczenia wypełniono materiałem skalnym, aby uniemożliwić ich ponowne wykorzystanie. Po zlikwidowaniu pozostałych punktów wypadowych Inteligencji Giza na Ziemi oraz w innych miejscach Układu Słonecznego wszystkich jej członków deportowano dużym statkiem kosmicznym na odległą planetę w galaktyce położonej w obszarze Neber.

2.7. Siódmy atak — dziwne zjawisko świetlne

Ostatni atak Inteligencji Giza nastąpił kilka lat po deportacji i był zupełnie nieoczekiwany. Tym razem miał charakter dziwnego zjawiska

282

świetlnego, które 14 i 15 sierpnia 1982 roku wieczorem z terenu Centrum zaobserwował Billy oraz częściowo ówczesna członkini naszej grupy pani Pfeiffenberger.

W niedzielę w nocy 15 sierpnia na niebie ukazał się bardzo duży jaskrawy obiekt świetlny podobny do mgły, który wykonywał dziwne ruchy sprawiające, że wyglądał jak olbrzymia ręka sięgającą w kierunku ogrodze­nia biegnącego wokół domu.

Co było bardzo dziwne, to zjawisko-twór unikał światła, na przykład lampy oświetlającej podwórze, i wysyłał w kierunku Billy'ego bardzo silne negatywne wibracje.

Noc wcześniej obok wozowni pojawiły się dwa podobne zjawiska, lecz

0 czerwonym odcieniu, a godzinę później jaskrawo zielone otoczone białą koroną, z której wyłoniła się świecąca czerwona postać. Całe powietrze wokół opalizowało i przesiąknięte było zapachem siarki. Wszystko to trwało około 15 sekund. Billy powiedział potem:

Gdy wybiegłem za róg domu, zobaczyłem poruszający się opalizujący twór, który zaraz potem przekształcił się w obracający się wir, który bardzo szybko jakby zgęstniał i skierował się w kierunku lasu, gdzie zniknął pośród gałęzi.

Co miał oznaczać ten spektakl i kto za nim stał? I tym razem ściągnięto na pomoc Plejadan. Po skomplikowanych poszukiwaniach udało im się w końcu wyjaśnić to skomplikowane zjawisko. Od Quetzala dowiedzieliś­my się, że jedynie dzięki samokontroli Billy'ego i jego niezwykłym siłom należy zawdzięczać fakt, że ani on, ani nikt inny z jego przyjaciół nie odniósł żadnych szkód.

Jak stwierdził Quetzal, te osobliwe zjawiska świetlne wywołane zostały za pomocą klosza energetycznego utworzonego nad Centrum, który skupiał

1  wysyłał do swojego wnętrza niezwykle silne szkodliwe promieniowanie wymierzone w mieszkańców Centrum. Działanie promieniowania miało charakter trójstopniowy w zależności od wielkości jego dawki wchłoniętej przez ofiarę. Porażenie nieznaczną dawką tego negatywnego promieniowa­nia miało sprawić, że dana osoba zaneguje wszelkie prawa i zasady i zacznie przejawiać silne skłonności do fanatyzmu. Średnia dawka miała doprowa­dzić ofiary do obłędu, zaś wchłonięcie pełnej dawki wywołać ich śmierć.

Aby zapobiec tego rodzaju skutkom, Plejadanie podjęli odpowiednie kontrdziałania. W tym celu stacjonujące już od dłuższego czasu wysoko w atmosferze nad Centrum urządzenie telemetryczne wyposażone zostało w dodatkowe przyrządy wysyłające do jego mieszkańców ochronne wibra­cje mające charakter okrycia głowy — swego rodzaju kapelusza z szerokim rondem o średnicy 34,2 centymetra.

283

W tym miejscu nasuwa się pytanie, co z tym wszystkim ma do czynienia Inteligencja Giza, skoro w maju 1978 roku została w komplecie depor­towana na odległą planetę. Okazało się jednak, że pewien jej odłam wygnany z Ziemi przed wieloma wiekami osiedlił się na planecie Saban, gdzie stworzył własne społeczeństwo. Ta nieżyczliwa planeta należy do niewielkiego układu planetarnego zwanego Karan położonego w odległości około 2,8 miliona lat świetlnych od Ziemi. Jej społeczność nie zaniechała swoich wrogich działań i cały czas była w kontakcie telepatycznym ze swoimi sprzymierzeńcami. Jak więc widać, Inteligencja Giza nawet po deportacji była wspierana i wspomagana w swoich działaniach. Sabanie stworzyli wyjątkowo wyrafinowaną technikę, która pozwalała im wysyłać negatywne wibracje na odległość wielu milionów lat świetlnych nawet do najmniejszych celów. To jednak nie wszystko. Istoty te doszły do takiej perfekcji, że były w stanie zlokalizować na Ziemi obiekt wielkości muchy. Jeśli chodzi o wytworzony przez Saban klosz energetyczny nad Centrum, Plejadanie bardzo szybko zorientowali się, że jego źródło znajduje się poza Ziemią, daleko w kosmosie, czego ponad wszelką wątpliwość dowodziły analizy Quetzala. Nie wiedzieli jednak gdzie.

Aby ostatecznie zlokalizować miejsce pochodzenia tych wibracji, Pleja­danie przeprowadzili w kosmosie gigantyczną akcję poszukiwawczą, w któ­rej uczestniczyło prawie 11.000 obiektów latających wyposażonych w naj­nowocześniejsze urządzenia namiarowe. Ta zakrojona na szeroką skalę akcja uwieńczona została w końcu sukcesem. Stwierdzono, że urządzenie nadawcze umieszczone było na wspomnianej planecie Saban.

Na koniec tej historii przedstawiam fragment rozmowy Billy'ego z Quet-zalem, którą przeprowadzili oni ze sobą podczas 179 spotkania w piątek 22 października 1982 roku.

QUETZAL: Aby całkowicie wyeliminować niebezpieczeństwo ze stro­ny Saban, musieliśmy zlikwidować wszystkie ich urządzenia, z czym mieliśmy duże trudności, ponieważ tak je zabezpieczyli, że przy ich niszczeniu moglibyśmy spowodować ogólnoświatową katastrofę o nieobli­czalnych następstwach. Dlatego też w ciągu minionej nocy musieliśmy włączyć do działań specjalne grupy, które ograniczyły zasięg katastrofy, odwracając ją.

BILLY: O ile cię dobrze zrozumiałem, miało to być coś w rodzaju bomby zegarowej. Nie rozumiem jednak, dlaczego nie możecie zniszczyć urządzeń, skoro byliście w stanie zastopować przebieg katastrofy.

QUETZAL: Całość jest skonstruowana w tak wyrafinowany sposób, że katastrofa rozpocznie się, jak tylko przebieg czasu zostanie przerwany

284

i urządzenia zniszczone. Jedyną możliwością jest przebiegunowanie prze­biegu czasu. Dopiero wówczas niebezpieczeństwo zostanie zażegnane i bę­dziemy mogli rozpocząć eliminację. Zagrożenie polegało na przekształ­ceniu całej planety w energię jak w przypadku eksplozji bomby typu „Overkill". Ale i tę groźbę wyeliminowaliśmy, bowiem przebieg czasu można odwrócić. Według ich obliczeń w najbliższą niedzielę [24 paździer­nika 1982 roku] o godzinie 14.11 i 8 sekund ma on osiągnąć punkt wyjścia. Dopiero po tym czasie będziemy mogli rozpocząć eliminację, co zajmie nam 46 minut. Tak więc dopiero w niedzielne popołudnie około godziny 15. wszystko powróci do normy i negatywne wibracje ustaną.

Mogliśmy wreszcie odetchnąć z ulgą, bowiem dzięki pomocy naszych pozaziemskich przyjaciół udało się ostatecznie zlikwidować wrogie działa­nia Inteligencji Giza.

285

XV CZEGO CHCĄ OD NAS ISTOTY POZAZIEMSKIE?

1. Skąd pochodzą NOLe i co wiemy o ich załogach?

Odpowiadając na to pytanie, na samym wstępie należy ustosunkować się do dość popularnego poglądu mówiącego, że źródła pochodzenia pozaziem­skich obiektów latających należy szukać w naszym układzie planetarnym. Opierając się na wyjaśnieniach Plejadan, którzy znakomicie orientują się w stosunkach panujących na naszej planecie, należy stwierdzić, co na­stępuje:

1.  W czasach prehistorycznych oprócz Ziemi zamieszkałe były jeszcze dwie inne planety Układu Słonecznego, a mianowicie tak zwana Czer­wona Planeta, czyli Mars, oraz legendarna Malona. Ta ostatnia, jak już podałem w rozdziale XII, została całkowicie zniszczona przed około 75.000 lat wskutek działań wojennych jej mieszkańców. Od tego czasu jej szczątki krążą wokół Słońca jako pas asteroid między orbitami Marsa i Jowisza, stanowiąc ostrzeżenie przed tym, do czego może doprowadzić wzajemna nienawiść i przemoc. Obie planety zamieszkałe były przez ludzkie formy życia.

2.  Obecnie w Układzie Słonecznym żadna inna planeta poza Ziemią nie jest zamieszkała. Poszczególne planety znajdują się w całkowicie różnych stadiach rozwoju. Niektóre z nich nie mogą już z racji wieku stworzyć

286

odpowiednich warunków do rozwoju i istnienia życia, inne zaś są jeszcze w stadiach, w których co prawda istnieją już na nich najniższe formy życia, lecz potrzeba jeszcze milionów lat, aby wytworzyły się z nich formy wyższe.

3.  Wbrew wielu twierdzeniom, w całym Systemie Słonecznym nie ma żadnych półduchowych form życia ani też wyższych - - czysto du­chowych.

4.  W Układzie Słonecznym istnieją jedynie bazy zbudowane i obsługiwane przez istoty pozaziemskie będące punktami wypadowymi dla różnego rodzaju ekspedycji naukowo-badawczych. Poza tym tego typu bazy istnieją również na Ziemi, gdzie są doskonale ukryte i zabezpieczone. Nie ma prawie żadnych szans, abyśmy mogli je zlokalizować przy pomocy posiadanych przez nas obecnie urządzeń. Na przykład od 300 lat istnieje w masywie górskim w Szwajcarii jedna z trzech ziemskich baz Plejadan. Druga znajduje się na Dalekim Wschodzie, trzecia zaś w Ameryce.

Wszystkie pozaziemskie rasy uczestniczące w jedenastoletnim okresie kontaktów, w latach 1975-1986, pochodzą z systemu Wegi w gwiazdo­zbiorze Lutni oraz gromady gwiazd zwanej Plejadami. Wszystkie pozostałe istoty odwiedzające Ziemię zamieszkują sąsiednie układy planetarne w sto­sunku do naszego, a nawet położone w odległych rejonach wszechświata.

Pozaziemskie odwiedziny nie są wymysłem ani też bajką pochodzącą z filmów i książek science-fiction. Otóż w samej naszej galaktyce zwanej Mleczną Drogą istnieje około 7,5 miliarda ludzkich cywilizacji, z których spora część opanowała na tyle technikę lotów kosmicznych, że mogą one bez trudu przybywać na Ziemię.

Ziemianie nie są więc jedynymi ludzkimi istotami powstałymi w wyniku aktu stworzenia, bowiem zgodnie z Genesis „Człowiek" nie jest żadnym wyjątkowym zjawiskiem w nieskończonym wszechświecie, a wręcz prze­ciwnie. Kreacja stworzyła 79, czyli 40.353.607, czystych ras ludzkich, które z biegiem lat wymieszały się ze sobą osiągając liczbę rzędu wielu miliar­dów. Co się tyczy ich budowy, mogę jedynie powtórzyć to, co podałem na temat Plejadan w rozdziale III: Pozaziemskie istoty nie są żadnymi po­tworami, niebiańskimi zjawami czy też istotami obdarzonymi magiczną mocą niczym nasi bajkowi czarodzieje. Są to istoty z krwi i kości, takie same jak my. Określenie „pozaziemskie" nie powinno więc być mylone z pojęciem „nadziemskie", czyli nadprzyrodzone.

Wszyscy ludzie w całym wszechświecie posiadają ciało z krwi i kości jak my, choć z licznymi anatomicznymi różnicami. Są one często większe, niż

287

tylko kolor skóry, na przykład układ oczu, dwie lub więcej rąk etc. Biorąc te różnice pod uwagę, możemy stwierdzić, że różnorodność ludzkich form życia jest ogromna. Nie możemy oczekiwać, że wszystkie one wyglądają tak samo jak my, Ziemianie, mimo to około 95 % z nich posiada wygląd podobny do naszego, choć wielu z nich brakuje nieco do naszego ideału. Wiele z nich z pewnością wydałoby się nam obcych, inne zaś egzotyczne, bowiem mało która ma idealnie wyważone proporcje.

Jeżeli chodzi o wzrost, mamy do czynienia zarówno z karłami, począw­szy od 40 cm, jak i olbrzymami mierzącymi po kilka metrów. Jeszcze więksi od nich są tytani dochodzący do 12 m.

Podobnie liczna jest różnorodność kolorów ludzkiej skóry. Kreacja stworzyła ich łącznie 73, czyli 343. Większości z nich Ziemianie jeszcze nigdy nie widzieli. Ta paleta barw zawiera również kolor zielony. Wspomi­nam o tym, bowiem w wielu gazetach stale wyszydza się „zielone ludziki", a następnie za pomocą tego zwrotu ośmiesza ludzi zainteresowanych zjawiskiem UFO.

Pomiędzy poszczególnymi rasami istnieją również ogromne różnice w długości czasu życia. Jedne osiągają wiek setek, inne wielu tysięcy lat (ziemskich), a jeszcze inne nawet więcej. Wszystkie istoty są jednak śmiertelne w sensie życia cielesnego, bowiem zgodnie z prawami przyrody wszystko podlega nieustannemu procesowi zmian, powstawania i przemija­nia, narodzin i śmierci.

Poza tym istoty pozaziemskie posiadają prawie takie same cechy jak my i to zarówno pozytywne, jak i negatywne. Podobnie jak my popełniają błędy.

Pod względem ewolucyjnym cywilizacje ludzkie istniejące w naszym wszechświecie znajdują się na bardzo różnym etapie rozwoju. Jedne wiodą żywot ludzi epoki kamiennej tocząc nieustanne walki ze sobą, inne zaś są na najwyższych szczeblach rozwoju duchowego. Są dwie podstawowe przy­czyny tego stanu rzeczy:

1.  Rozpoczynanie rozwoju ewolucyjnego w różnym czasie, często w os­tępach wynoszących nawet dziesiątki milionów lat.

2.  Kroczenie różnymi drogami na drodze rozwoju ewolucyjnego, mimo iż wszystkie one prowadzą w tym samym kierunku, to znaczy, poszczególne fazy rozwoju pokonywane są w różny sposób i w różnych okresach czasu. Inaczej mówiąc, los poszczególnych narodów oraz jednostek zależy od nich samych, zarówno po względem ich rozwoju materialnego, jak i duchowego.

Zatem każdy człowiek decyduje sam o tym, czy chce postępować zgodnie z prawami i nakazami Kreacji.

288

W niezmierzonej przestrzeni kosmicznej oprócz pokojowo usposobio­nych inteligencji istnieją również rasy wrogie i agresywne. Dlaczego wysoko rozwinięte pod względem technicznym rasy zachowują się jak przysłowiowi barbarzyńcy wykorzystujący każdą okazję do podboju słab­szych cywilizacji, trudno wyjaśnić. Postępowe rasy w znacznym stopniu ograniczyły swoją agresywność lub kontrolują ją, unikając mieszania się w wojenne rozgrywki.

Jeżeli cywilizacjom ludzkim uda się zaniechać działań wojennych, pokonać choroby i inne zagrożenia, a także postępować zgodnie z prawami natury, wówczas ich życie stanie się znacznie szczęśliwsze, bardziej udane, niż ma to miejsce w naszym przypadku.

Niezależnie od różnic wszyscy ludzie we wszechświecie mają jedno wspólne zadanie, inaczej mówiąc, sens życia ich wszystkich jest taki sam. W ten oto sposób dotarliśmy do jednego z najistotniejszych pro­blemów istoty życia: Skąd przychodzimy? Dokąd zmierzamy? W jakim celu? Co się dzieje po śmierci? I w końcu najważniejsze pytania: Po co człowiek w ogóle żyje?

Niektórzy ludzie zdziwieniem reagują na tego rodzaju pytania, bowiem na co dzień nie zaprzątają sobie głowy takimi filozoficznych dywagacjami. Ludzi takich porównać można do pacjentów, który dopiero gdy zachorują, zaczynają się zdawać sobie sprawę, że problem chorób dotyczy ich również. Dopóki są zdrowi, nie myślą, że kiedyś mogą sami zachorować.

Co się dzieje z ludźmi żyjącymi szczęśliwie i bez trosk, w bogactwie i dobrobycie? Uważają oni, że nie ma najmniejszej potrzeby rozważać tego rodzaju filozoficznych problemów, bowiem są przekonani, że i tak osiągną to, czego będą chcieli. Po cóż wiec im takie dywagacje. Wszystko jednak może się zmienić, gdy ich karta nagle się odwróci. Właściwie to godnym pożałowania jest fakt, że dopiero w sytuacji krytycznej człowiek uzmys­ławia sobie sens swojego istnienia.

Odwrotnie jest z ludźmi ubogimi, którzy żyją często na skraju egzystenc­jalnego minimum.

Na szczęście dzięki wibracjom Ery Wodnika coraz więcej ludzi, coraz częściej i coraz wnikliwiej będzie rozważało z wewnętrznej potrzeby ten problem.

1.1. Sens ludzkiego istnienia

Chociaż Kreacja jest czymś najdoskonalszym, co człowiek zna lub wydaje mu się, że zna, podlega ona procesowi nieustannej przemiany. Być może zabrzmi to absurdalnie, ale do tego celu niezbędna jest jej pomoc wszystkich ludzi. Dlatego też energia duchowa Kreacji nieustannie wy-

289

twarzą nowe, niewielkie skupiska dusz, które zamieszkują ludzkie ciała. Owe duchowe ludzkie formy ożywiają ludzkie ciała, które nie mogłoby bez z nich w żaden sposób egzystować. Zgodnie z prawem Kreacji sens ludzkiego życia sprowadza się wyłącznie do duchowej ewolucji. Każda duchowa forma zamieszkująca ludzkie ciało musi przejść przez niezliczoną ilość inkamacji, począwszy od niedoskonałej

młodej formy aż do duchowego ideału, który w końcowym etapie wraca do początku jednocząc się z Kreacją. Droga ewolucji wiedzie przez wiele przeszkód. Każdy człowiek mimo wielu wspólnych cech z innymi stanowi oddzielną formę bytu i sam obiera własną drogę rozwoju. Oznacza to, że w celu dokonania się pełnej duchowej ewolucji pojedyncze życie Człowieka jest zbyt krótkie, w związku z czym musi się on nieustannie odradzać aż do osiągnięcia celu.

1.2. Co się dzieje z człowiekiem po śmierci?

Gdy człowiek umiera, jego ciało rozpada się na części składowe, zaś zamieszkujący je duch mylnie określany nieśmiertelną duszą przechodzi do innego świata zwanego zaświatami, gdzie gromadzone są, oceniane i prze­twarzane wszystkie przeżycia i doświadczenia zebrane w danym wcieleniu. Informacje te nigdy nie giną i stają się cząstką danej duszy, stanowiąc obraz i dowód jej drogi do prawdy i mądrości.

Zaświaty nie znajdują się w jakimś nieznanym rejonie wszechświata, lecz stanowią powłokę otaczającą każde zamieszkałe ciało niebieskie. W przypadku Ziemi jest to obszar położony w obrębie naszej atmosfery podzielony na siedem różnych sfer ewolucyjnych. Po śmierci ludzka ducho­wa forma kierowana jest na odpowiedni poziom w zależności od stopnia jej rozwoju duchowego.

Po pewnym czasie proces przetwarzania informacji dobiega końca i duch może ponownie opuścić ten obszar i wcielić się w nowe ciało. Oto odpowiedni cytat z Życia i śmierci:

W czasie niezliczonych inkamacji duch wzbogacany jest kawałek po kawałku o takie wartości jak logika, doświadczenie, miłość, wiedza, prawda, mądrość etc. Drobina po drobinie gromadzi on bogactwo wyznaczające jego doskonałość. Droga prowadząca do jej osiągnięcia pełna jest niewysłowionego trudu, wyrzeczeń, cierpienia, radości i miłości w czasie niezliczonych lat życia.

Kreacja (energia duchowa Kreacji, wszechmocna siła Kreacji) stara się zapewnić każdemu człowiekowi wszelkie niezbędne warunki do kroczenia

290

obraną przezeń drogą, natomiast to, jak będzie on postępował w trakcie jej przemierzania, to już jego sprawa. Nie zabiega więc o pełną kontrolę jego życia, lecz zostawia mu swobodę kierowania własnym losem. W związku z tym człowiek jest sam odpowiedzialny za swoje myśli i czyny zgodnie z powiedzeniem: „Każdy człowiek jest kowalem swojego losu".

1.3. Co to jest Kreacja i kim jest Bóg?

Kreacja oznacza ducha Kreacji, energię ducha Kreacji, świadomość uniwersalną i inne tego typu pojęcia.

Kreacja to nieograniczona masa czystej energii wypełniającej nasz wszechświat. Jest ona nie uformowaną i najpotężniejszą siłą w całym wszechświecie, niepojętą w swojej wiedzy, mądrości, prawdzie, miłości, logice, sprawiedliwości etc. Kreacja jest stwórcą wszelkich rzeczy, co oznacza, że jest twórcą wszystkich światów oraz bytów.

Jedyny Bóg, o którym mówią niektóre religie, to właśnie Kreacja. Natomiast słowo Bóg oznacza króla mądrości i jest odpowiednikiem staro-lirańskiego pojęcia Jszwjsz (JHWH) oznaczającego ludzi o niezwykłej wiedzy, umiejętnościach i mądrości, którzy dzięki swej sile duchowej stawali się przywódcami niczym nasi królowie lub cesarze.

Pojęciem Boga jeszcze dziś określa się istoty pozaziemskie posiadające tego typu umiejętności. Sam Immanuel (Jezus Chrystus) powiedział: „Bóg jest człowiekiem jak każdy. Nad Bogiem, znacznie wyżej od niego, jest Kreacja, ta zaś jest niezmierzoną tajemnicą".

Tak więc Bóg i Kreacja nie są tym samym. Bóg nie ma żadnego wpływu na życie duchowe człowieka.

2. Dlaczego istoty pozaziemskie odwiedzają nas na Ziemi?

Od chwili opanowania techniki podróży kosmicznych, ludzka rasa dąży nieustannie do poszerzenia swoich horyzontów. Nic więc dziwnego, że naszą planetę odwiedza tak wiele różnych pozaziemskich inteligencji. Na pytanie, co je tu sprowadza, istnieje wiele odpowiedzi:

a)  Nieznaczny procent wszystkich odwiedzin ma charakter jednorazowy, często wynikają one z kłopotów technicznych wymagających przymuso­wego lądowania.

b)  Czasami jest to efekt niedostatecznego  opanowania techniki  lotów kosmicznych objawiający się błędami w nawigacji w czasoprzestrzeni.

c)  Inni przybywają do nas z czystej ciekawości, zbaczając nieraz z trasy swojego lotu, gdy tylko nasza błękitna planeta znajdzie się w jej pobliżu.

291

d)  Niekiedy są to grupy zwiadowcze z kosmosu, których zadaniem jest sprawdzenie, czy nasza planeta jest zamieszkała i jeśli nie, to czy nadaje się do zamieszkania.

e)  Od czasu do czasu, ale niezbyt często, pozaziemscy goście wydobywają na Ziemi pewne pierwiastki, które nie występują na ich planecie. Nie oznacza to jednak, że uważają naszą planetę za kopalnię.

f)  Inną ważną przyczyną było wejście naszej planety w epokę atomową poprzez zrzucenie bomb na Hiroszimę i Nagasaki oraz niezliczone próbne wybuchy jądrowe, które nastąpiły potem. Ten. f akt postawił kosmiczne siły bezpieczeństwa w stan gotowości.

g)  Największa część odwiedzin ma charakter naukowo-badawczy. Przyby­sze dyskretnie gromadzą okazy występujących u nas roślin, minerałów, a po zakończeniu badań opuszczają naszą planetę.

h) Wiele cywilizacji przybywa na naszą planetę, aby badać nasz styl życia i kulturę, głównie w celach porównawczych, aby zobaczyć, jak mogła wyglądać ich droga lub czego unikać, aby nie popełniać naszych błędów etc.

i) Główną przyczyną odwiedzin pozaziemskich przybyszy jest jednak Czło­wiek. Przy tej okazji zdarza się, że z konieczności nawiązują oni kontakt z niektórymi Ziemianami. Kontakty takie są z reguły krótkotrwałe, w rzadkich przypadkach trwają kilka miesięcy lub lat. Czasami Ziemia­nie zabierani są przez załogi pozaziemskich statków kosmicznych skła­dające się z robotów lub androidów do ich wnętrza, gdzie poddawani są różnorodnym badaniom. Po ich zakończeniu „ludzkie króliki doświad­czalne" wypuszczane są na wolność. Osoby te w wyniku blokady pamięci z reguły prawie wcale lub bardzo słabo pamiętają to niezwykłe zdarzenie. Dobry hipnotyzer jest jednak w stanie odblokować je i wywo­łać z pamięci, jak to miało miejsce w przypadku małżeństwa Berty i Barneya Hillów w USA.

Jak wcześniej wspomniałem, nie wszystkie istoty pozaziemskie są usposobione pokojowo. Istnieje spora grupa złowrogich istot owład­niętych niepohamowaną żądzą władzy, które przemierzają przestrzeń kosmiczną, próbując podporządkowywać sobie różne planety. Niektórym z nich udaje się również docierać do Ziemi. Przemoc jest dla nich sprawą naturalną, dlatego też nie wahają się przed uprowadzaniem ludzi. Najgor­szą rzeczą, jak może się przydarzyć pojmanej osobie, to uprowadzenie na obcą planetę, gdzie może zasilić szeregi niewolników.

Uprowadzenia Ziemian przez istoty pozaziemskie zdarzają się na szczęście bardzo rzadko, w związku z czym nie warto się nad tym rozwodzić.

292

j) Na koniec należy wymienić wszystkie te istoty, którym leży na sercu nasze dobro i które niosą nam pomoc. Dotyczy to przede wszystkim Plejadan i ich sprzymierzeńców, o których jest mowa w dalszej części.

W przeciwieństwie do często głoszonych opinii muszę podkreślić z całą mocą, że istoty pozaziemskie, niezależnie od tego, skąd pochodzą, nie przybywają na Ziemię jako wysłannicy Boga bądź aniołowie i w żadnym stopniu nie mają wpływu na los człowieka czy też całych narodów. Nic takiego nigdy nie miało miejsca i nie będzie miało w przyszłości.

3. Cel działalności Plejadan i ich sprzymierzeńców na Ziemi

Zainteresowanie Plejadan losem Ziemi sięga zamierzchłej przeszłości. Wynika ono z faktu, że mamy wspólnych przodków, którzy dawno temu przybyli na Ziemię z układu Wegi w gwiazdozbiorze Lutni. Wpłynęli na ewolucję mieszkańców Ziemi i to zarówno w sposób negatywny, jak i pozytywny. Niestety konsekwencje zła trwają do dzisiaj. Oczywiście nie można im przypisywać całej winy, bowiem Ziemianie opacznie zrozumieli ich nauki, a nawet zmienili je, przez co stali się współwinni szerzącego się zła. Z drugiej strony jednak należy wziąć pod uwagę fakt, że gdyby nie kontakt z wiedzą i umiejętnościami istot pozaziemskich nadal tkwilibyśmy w epoce kamiennej.

Tak więc mimo negatywnego wpływu Liran-Wegan (od których po­chodzą Plejadanie) Ziemianie nabyli wiele przydatnych wiadomości i umie­jętności niezbędnych do rozwoju.

Plejadanie czują się zobowiązani do zadośćuczynienia za zło swoich przodków i niosą nam pomoc zgodnie z prawem natury, które mówi, że silniejsi i mądrzejsi winni wspomagać słabszych i potrzebujących. Dlatego też wiele wysoko rozwiniętych ras funkcjonuje w kosmosie jako pomocnicy i obrońcy ludzkiego życia (kosmiczni strażnicy porządku) oraz duchowi nauczyciele.

Oto kilka możliwych przykładów pomocy:

1.  Jeżeli ewolucja jakiejś ludzkiej rasy jest zagrożona, na przykład w wyni­ku zbyt wczesnego wypalenia się jej macierzystej gwiazdy, wówczas aby przetrwać, musi ona wyemigrować na inną planetę. W przypadku Zie­mian, którzy nie opanowali jeszcze techniki lotów kosmicznych, z pomo­cą pośpieszyłyby im inne rasy.

2.  W razie konieczności przesiedlenia jakiejś rasy adaptacja nie zagospodaro­wanej planety do stanu, w którym będzie się ona nadawała do zamieszkania.

293

3.  Wspieranie ludzkich ras, które osiągają określoną fazę rozwoju i wcho­dzą w nowe stadium ewolucji.

4.  Najtrudniejszym zadaniem jest utrzymanie pokoju i porządku w prze­strzeni kosmicznej. W przypadkach koniecznych niezbędne jest użycie przemocy w celu uniknięcia katastrofy i zachowania harmonii.

Jeśli chodzi o Ziemię, znajdujemy się obecnie, jak już wspomniałem na początku książki, w bardzo krytycznym i niebezpiecznym momencie rozwo­ju. Dlatego też mile widziana jest każda forma pomocy. Żadna inna epoka nie jest w stanie podnieść ewolucji duchowej na wyższy poziom niż Era Wodnika, w której wstępnym okresie właśnie się znajdujemy. Jest to jedna z przyczyn, dla której Plejadanie właśnie teraz niosą nam swoją pomoc.

Co prawda forma i rodzaj ich pomocy nie bardzo odpowiada życzeniom i wyobrażeniom współczesnej ludzkiej społeczności. Od istot pozaziems­kich oczekuje się raczej bardziej radykalnej postawy, to znaczy przyjęcia kontroli nad Ziemią, co byłyby one zresztą w stanie uczynić, lecz czego nie biorą pod uwagę, ponieważ doskonale wiedzą, że tego rodzaju rozwiązanie niczego by nie dało. Rzecz w tym, że sami musimy zrozumieć swoje błędy i zadbać o to, aby pewnego dnia zapanował między nami pokój, szczęście, zrozumienie, a co za tym idzie — dobrobyt.

Pomocy istot pozaziemskich nie należy utożsamiać z pracą chirurga usuwającego choremu wrzód, ale raczej z praca lekarza rozpoznającego symptomy choroby i ordynującego odpowiednie środki terapeutyczne. Dalej już pacjent sam musi przestrzegać przepisów lekarza i regularnie zażywać leki. Podobnie jest z sugestiami istot pozaziemskich. Dotyczy to zwłaszcza problemów, które stworzyliśmy sami — sami musimy „wyciągać z ognia kasztany", które tam wrzuciliśmy. Sami musimy rozwiązywać swoje prob­lemy, oni co najwyżej mogą nam sugerować, jak tego dokonać. Nic nie powinno być na nas wymuszane, bowiem od nas powinno zależeć, czy dane wskazówki przyjmiemy, czy nie.

Ku zmartwieniu wielu osób zainteresowanych zjawiskiem UFO Plejadanie i ich sprzymierzeńcy nigdy dotąd nie wylądowali nigdzie oficjalnie, mimo iż pomagają nam już od bardzo dawna. Wyszukują natomiast odpowiednie osoby do pełnienia określonych misji. Najważniejszą z nich jest Eduard „Billy" Meier, który jest pośrednikiem między istotami pozaziemskimi i Ziemianami. Jest jedynym mieszkańcem Ziemi utrzymującym osobiste kontakty z Plejadanami. Aby móc sprostać swojemu zadaniu, przez lata był szkolony i przygotowywany do jego pełnienia. Plejadanie przez cały czas czuwają nad nim i chronią go, a także wspomagają go w urzeczywistnianiu inspiracji z duchowego poziomu Arahat Athersaty, Petale lub Wysokiej Rady.

294

Liczba pozostałych łączników wynosi obecnie, w roku 1990, nie mniej niż 203 osoby na milion osób, co przy 5,4 miliarda ludzi daje ogólną liczbę wynoszącą l .096.200. Są oni rozsiani po wszystkich krajach, muszę jednak dodać, że ich kontakt ma charakter nieświadomy, to znaczy, otrzymują oni przekazy, nie wiedząc, skąd one pochodzą. Zwykle sądzą, że te „impulsy" wypływają z ich własnej podświadomości.

Jedyny wyjątek stanowi 5 osób, które otrzymują przekazy świadomie. Działają one publicznie, nie ujawniając jednak swoich kontaktów (dane te zostały przekazane Billy'emu przez Jszwjsza Ptaaha 17 listopada i l grudnia 1989 roku).

Podobne inspiracje otrzymują pisarze oraz producenci filmowi piszący książki i kręcący filmy z gatunku science-fiction, poprzez które oswajają oni ludzi z myślą, że nie jesteśmy sami we wszechświecie, oraz przygotowują ich na nadchodzące zdarzenia.

Również ziemska nauka otrzymuje bodźce do poznawania nowych rzeczy, dzięki którym Człowiekowi łatwiej będzie stawiać czoło przyszłym problemom i kontynuować swój duchowy rozwój. Wszystko to dawkowane jest w odpowiednich porcjach.

Pewni ludzie otrzymują impulsy do publicznych wystąpień, ale tylko wówczas gdy wiadomo, że ich wiedza nie wyrządzi żadnych szkód innym. Z drugiej strony pozaziemscy pomocnicy dbają o to, aby naukowcy uzyskali odpowiednią dawkę wiedzy i jednocześnie z racji swojej pozycji nie stali się Bogami oraz by nie wykorzystywali swojej wiedzy do niecnych celów, co mogłoby mieć nieobliczalne skutki. Plejadanie starają się nie popełnić błędów swoich przodków.

Oczywiście ingerencja istot pozaziemskich odbywa się w pewnych ramach ograniczonych odpowiednimi prawami. Głównym celem Plejadan jest wspieranie naszego duchowego rozwoju i dlatego przypisują oni tak wielkie znaczenie do przekazywania wiedzy.

Na zakończenie muszę dodać, że poprzez Billy'ego przekazanych zostało już nam bardzo dużo cennych wskazówek i rad. Ma to zresztą miejsce nadal. Część tych cennych i ważnych informacji przedstawiam w dalszej części tego rozdziału.

Przekazywanie wiedzy duchowej

Plejadanie od zamierzchłych czasów nauczają Ziemian. Najważniejszym ich zadaniem jest właściwe ukierunkowywanie tej wiedzy duchowej, która z biegiem lat została znacznie wypaczona. Dotyczy ona praw i nakazów Kreacji oraz prawdziwej wiedzy o powstawaniu i rozwoju wszelkich form życia. Jest to nauka o prawdzie, która jest niezmienna w całym wszechświecie.

W Erze Wodnika jak w żadnym innym okresie dziejów niezbędne jest głoszenie prawdy. Wszystkie postępowe siły przyjmują tę wiedzę z wdzię­cznością i podziwem, bowiem świadome są tego, iż bez niej ich rozwój

295

duchowy postępowałaby znacznie wolniej, a nawet mógłby popaść w stag­nację. Plejadanie są na tak wysokim szczeblu rozwoju duchowego, że mogą nam przekazywać najczystszą prawdę. Oto wypowiedź jednego z nich:

Przekazywane przez nas objaśnienia reprezentują najwyższy znany nam poziom wiedzy o prawdzie, w związku z czym nie ma potrzeby ich ponownego dociekania bądź poznawania. To, co wam przekazuje­my, stanowi ostateczną prawdę, jaka jest możliwa do poznania z na­szego poziomu rozwoju duchowego.

Jest w tym wszystkim pewna kropla goryczy, którą my Ziemianie musimy przełknąć. Jest nią fakt, że Plejadanie nie przekazują nam wszyst­kiego, co chcielibyśmy wiedzieć. Wynika to stąd, że jest wiele rzeczy, które człowiek może poznać dopiero po osiągnięciu odpowiedniego poziomu rozwoju duchowego. Pewne rzeczy muszą być po prostu przemilczane, aby z powodu swojej niewiedzy człowiek nie wyrządził sobie nimi szkody.

Jak już wspomniałem na początku książki okres dziejów, w którym się obecnie znajdujemy, jest najkorzystniejszy do upowszechniania wiedzy duchowej. Należy jednak usunąć z drogi liczne przeszkody.

Postęp techniki tak bardzo wyprzedził rozwój duchowy, że nic dziwnego, iż wykorzystywana jest ona w niewłaściwy sposób. Kładąc nacisk na zaspokojenie potrzeb materialno-intelektualnych zupełnie zapomnieliśmy o potrzebach duchowych, odsuwając je na boczny tor. Należy więc ponow­nie sięgnąć po nie i przywrócić równowagę.

Nie mniejszym złem są szerzące się u nas religie, które zdaniem Plejadan nie mają w całym wszechświecie swojego odpowiednika. Innymi słowy, wszelkie panujące na Ziemi religie są zjawiskiem wyjątkowym w całym wszechświecie. Nie sposób wręcz opisać szkód, jakie uczyniły one miesz­kańcom naszej planety w ciągu minionych tysiącleci. Musimy wrócić na drogę prawdy, z której zboczyliśmy w zamierzchłych czasach. Aby to osiągnąć, musimy zmienić sposób myślenia. Wielu ludzi będzie musiało zmienić swój światopogląd, aby móc widzieć rzeczy takimi, jakimi one są. Każdy, kto zdobędzie się na wysiłek i wejdzie na drogę prawdy, wkroczy tym samym na właściwą drogę prowadzącą do duchowego rozwoju.

4. Niektóre wiadomości przekazane przez Plejadan

4.1. Totalne przeludnienie

Jeszcze nie tak dawno w każdym państwie żyło tyle ludzi, ile mogło się wyżywić bez pomocy środków chemicznych, to znaczy nawozów sztucz-

296

nych. Ten naturalny stan trwał mniej więcej do Rewolucji Francuskiej, kiedy to liczba mieszkańców Ziemi wynosiła około 500 milionów. Stale rosnąc w roku 1990 przekroczyła ona granicę 5 miliardów. Nasza planeta nie jest w stanie wytrzymać na dłuższą metę takiej liczby mieszkańców, bowiem optymalna ich ilość wynosi około 500 (dokładnie 529) milionów. Idealnym stanem jest 12 mieszkańców na l km urodzajnej gleby. Tak więc jednym z największych problemów naszego wieku jest nadmierne przelud­nienie, które jest przyczyną dużej części zła panującego na naszej planecie.

a)  Przeludnienie powoduje ograniczenie przestrzeni życiowej, sprawia, że ludzie żyją jak ryby w puszce, tłumiona jest ich inwencja i wzrasta agresja, co z kolei rodzi niebezpieczne spory terytorialne.

b)  Z roku na rok miliony ludzi umierają z głodu, poza tym duża część ludzkości żyje na jego granicy - - wszystko to sprawia, że sytuacja żywnościowa będzie się stale zaostrzała.

c)  Coraz bardziej kłopotliwy staje się problem bezrobocia. W krajach wysoko uprzemysłowionych są to już miliony ludzi, którzy w dużym stopniu wpływają na poziom życia pozostałej części ich mieszkańców oraz krajów rozwijających się. Gdyby Trzeci Świat otrzymał pomoc w postaci wysoko zaawansowanych technologii,  mogłoby dojść do ogólnoświatowej katastrofy gospodarczej.

d)  Ludzkość potrzebuje co raz więcej surowców oraz energii w postaci kopalin (gaz ziemny, ropa naftowa, węgiel) do produkcji elektryczności, których wręcz rabunkowa eksploatacja może już w niedalekiej przyszło­ści doprowadzić do ich wyczerpania. Nie można bez końca grabić Ziemi z bogactw naturalnych, które są przecież nieodnawialne. Grożą nam i inne niebezpieczeństwa, jak na przykład wzrost liczby konfliktów wraz z wyczerpywaniem się surowców energetycznych. W razie konieczności silniejsi będą starali się zabrać je słabszym.

e)  Wzrost uprzemysłowienia prowadzi do systematycznego zanieczyszcza­nia środowiska. Czyste do niedawna rzeki i wody gruntowe powoli zamieniają się w ścieki. Nie lepiej jest z powietrzem, które coraz mniej nadaje się do oddychania.

Głupota oraz żądza posiadania przyczynią się do tego, że na Ziemi coraz częściej występować będą anomalie klimatyczne, których rezultatem będą liczne katastrofy przyrodnicze, takie jak trzęsienia ziemi, potopy, susze, a co za tym idzie - - głód. I to w zaostrzonej formie. Stale narastać będą konflikty zbrojne i może dojść do globalnych epidemii, które zdziesiątkują ludność Ziemi.

297

Stąd też konieczne staje się podjęcie odpowiednich środków, aby zapo­biec tej nadchodzącej zagładzie. Odpowiedni przykład daje nam tu sama przyroda, która poprzez wybuchające od czasu do czasu epidemie i głód eliminuje na przykład nadmiar populacji danych gatunków zwierząt. W ten naturalny sposób przywracana jest równowaga w świecie zwierzęcym. Tylko człowiek swoim postępowaniem depcze prawa natury. W przeciwień­stwie do zwierząt płodzi bez opamiętania swoje potomstwo, nie zastanawia­jąc się nad tym, czy będzie ono miało odpowiednie warunki do życia i wystarczającą ilość pożywienia.

Każdy rozsądny człowiek musi wreszcie pojąć, że jedynym wyjściem z tej niebezpiecznej sytuacji jest zastosowanie dość niepopularnego środka, to znaczy kontroli urodzeń w połączeniu z niezbędnymi środkami pomoc­niczymi i przy uwzględnieniu specyfiki danego kraju. Jest to jedyny sposób na rozwiązanie tego problemu, wszelkie inne mogą go tylko odwlec i zaciemnić. Zamiast zaakceptować tę gorzką prawdę i powziąć czym prędzej odpowiednie działania, w imię fałszywie pojętego humanitaryzmu i miłości do bliźniego podejmuje się błędne decyzje, które jedynie powięk­szają ludzką nędzę. Winnymi tego stanu rzeczy są ostatecznie wszyscy, którzy nie reagują i z obojętnością przyglądają się temu, co się dzieje.

4.2. Niszczenie warstwy ozonowej chroniącej żywe organizmy

Od pewnego czasu w naszej atmosferze rodzi się niebezpieczeństwo zagrażające mieszkańcom Ziemi. Jest nim przewarstwienie pasa ozonowe­go. Rozciągający się w stratosferze ozonowy parasol chroniący nas przed promieniowaniem ultrafioletowym od lat nieustannie zmniejsza się z powo­du zaniku tego gazu (O3). Przyczyną tego zjawiska jest przede wszystkim zanieczyszczenie powietrza spalinami pochodzącymi z silników samocho­dowych, samolotowych i innych. Ponadto spalinami z fabryk, elektrowni oraz gospodarstw domowych, a także fluorochlorkiem węgla znanym jako freon masowo używanym w sprayach i urządzeniach chłodniczych. Oprócz zaniku ozonu w tej górnej warstwie atmosfery, której odbudowa jest niezwykle powolna, w zastraszającym tempie wzrasta zawartość tego trują­cego gazu w warstwie najniższej.

Zdając sobie sprawę z ogromnego znaczenie warstwy ozonowej dla życia wszystkich organizmów biologicznych istniejących na Ziemi już w roku 1975 Plejadanie przekazali Billy'emu ostrzeżenie, które w formie listu otwartego zostało następnie przesłane przezeń do kompetentnych naukowców, rządów i fabryk chemicznych na całym świecie. Oto, co 25 marca 1975 roku podczas 7 spotkania powiedziała na ten temat Billy'emu Semjase:

298

Już od dziesiątków lat badamy wszystkie sfery waszego świata, zachodzące w nich zmiany i wynikające z nich niebezpieczeństwa. Od wielu lat jesteśmy świadkami stopniowo rosnącej niebezpiecznej zmiany zacho­dzącej w waszej atmosferze, która będzie miała zabójcze skutki dla życia na całej Ziemi. Chodzi o zmiany zachodzące w warstwie ozonowej pod wpływem nieodpowiedzialnych działań człowieka wynikających z jego technicznego rozwoju. Różne związki chemiczne niszczące ozon nieustan­nie przedostają się pod postacią gazową do stratosfery. Dotyczy to przede wszystkim gazów bromowych [w języku Plejadan bromos oznacza związki fluorochlorowe -- przyp. G.M.], które dostają się do warstwy ozonowej i powoli rozkładają ją. Jest ona już zniszczona w 6,38 procenta. Tak duża zmiana jest już niebezpieczna dla wszystkich żywych organizmów i może wywoływać zmiany mutacyjne. To zniszczenie dokonało się w ciągu zaledwie ostatnich 60 lat. Szczególnie niebezpieczne są tutaj gazy zwane freonami. W rezultacie promieniowanie ultrafioletowe wysyłane przez słońce przenika przez atmosferę, a następnie oddziaływuje na żywe organiz­my. W wielu miejscach warstwa ozonowa jest już niebezpiecznie znisz­czona i nie spełnia swojej ochronnej funkcji. W trzech różnych miejscach istnieje zagrożenie całkowitego jej przerwania w ciągu najbliższych dziesię­cioleci, o ile nie zostanie powstrzymana emisja szkodliwych substancji do atmosfery. Jeżeli to nie nastąpi, wówczas w tym ekranie ochronnym pojawią się dziury i promieniowanie ultrafioletowe będzie mogło swobodnie przez nie przenikać niszcząc życie na Ziemi. Wszystko, co znajdzie się na drodze tego promieniowania, ulegnie destrukcji. Niszczące związki chemiczne i promieniowanie pochodzą przede wszystkim z silników spalinowych oraz wszelkiego rodzaju procesów związanych z rozszczepianiem materii, które począwszy od roku 1945 wpłynęły na bieg spraw na całym świecie oraz zmieniły los wszystkich form życia. Niszczące związki chemiczne oraz gazy uwalniane są do atmosfery przez wiele przedmiotów codziennego użytku, takie jak na przykład spraye. Przedostawszy się do atmosfery wznoszą się one ku górze, gdzie rozkładają ozon. W ostatnich latach naukowcy z wielu państw zrozumieli niszczący wpływ wielu środków chemicznych na warstwę ozonową, zwłaszcza freonów. Kierując się nie­odpowiedzialnym rozumowaniem rozważają również możliwość wykorzys­tania ich w celach wojennych, na przykład do budowy rakiet, które eksplodowałyby w stratosferze i powodowały powstawanie w odpowiednim miejscu dziur ozonowych, poprzez które na zaatakowany obszar mogłoby przenikać szkodliwe promieniowanie słoneczne. Zabliźnianie się takich dziur trwa bardzo powoli, nawet setki lat i to przy braku dalszej emisji szkodliwych substancji. Ponadto należy wziąć pod uwagę fakt, że warstwa

299

ozonowa ulega stałemu nieznacznemu przemieszczaniu się. Dana dziura może więc zaszkodzić nie tylko określonym obszarom, ale również innym, które nie były celem ataku. Tego wasi naukowcy jeszcze nie wiedzą.

4.3. Militarne oraz pokojowe wykorzystanie energii atomowej

Od czasu zakończenia II wojny światowej zagrożenie nuklearne wisi nad nami niczym miecz Damoklesa. Rzecz w tym, że nie tylko militarne (próby z bronią jądrową), ale również pokojowe wykorzystanie energii atomowej kryje w sobie ogromne zagrożenie, czego dowiodła katastrofa w Czernobylu. Wyliczanie w tym miejscu zagrożeń, które są powszechnie znane, wydaje mi się zbędne. Ograniczę się jedynie do kilku faktów, które nie są jeszcze znane szerokiej opinii publicznej. Przede wszystkim muszę stwier­dzić, że według Plejadan oprócz znanego nam promieniowania występuje jeszcze takie, o którym nawet nasi najwybitniejsi fizycy jądrowi wciąż nie mają najmniejszego pojęcia.

Najbardziej niebezpieczne zjawisko związane z wykorzystywaniem energii jądrowej dotyczy zakłóceń pola magnetycznego Ziemi i wynikające­go z nich przesunięcia biegunów połączonego ze zmianami klimatycznymi. Jest to jedna z rzeczy, która nie jest jeszcze powszechnie znana. Oto, co powiedział na ten temat Jszwjsz Ptaah we wrześniu 1975 roku:

Magnetyzm Ziemi został mocno naruszony poprzez eksplozje bomb atomowych [tak jak przypuszczał sam Billy przyp. G.M.]. Wpłynęły one również na zmianę jej ruchu obrotowego w wartościach prawie niemierzal­nych. Oznacza to, że normalny ruch obrotowy Ziemi został zakłócony i obecnie dostosowuje się on do nowych warunków. Również w niewielkim zakresie naruszona została orbita wokółsłoneczna, z której Ziemia została nieznacznie wypchnięta. W ten sposób ziemscy naukowcy dokonali zbrodni na własnej planecie oraz całej ludzkości, bowiem te zmiany będą miały katastrofalne skutki. W ostatnich latach doszło także do poważnego przesunięcia się biegunów magnetycznych. I tak na przykład północny biegun magnetyczny znajduje się dzisiaj w kanadyjskiej części Morza Arktycznego, zaś południowy przesunął się w kierunku Ameryki Południowej. Za około 1000 lat, a więc na początku nowego tysiąclecia zmiany biegunów magnetycznych Ziemi będą tak znaczne, że biegun południowy umiejscowiony będzie na Pacyfiku, zaś biegun północny przesunie się w kierunku Arabii Saudyjskiej. Biorąc pod uwagę obecne tempo przemieszczania się biegunów, w roku 3000 biegun północny będzie leżał między Dżuddą nad Morzem Czerwonym a Mekką. Ptaah potwierdził jeszcze jedno przypuszczenie Billy'ego: — W czasie eksplozji bomby atomowej w Hiroszymie i Nagasaki wyemitowane zostało promieniowanie, które objęło swoim zasięgiem całą

300

Ziemię. Najniebezpieczniejsze jest promieniowanie pierwotne, które zostało uwolnione podczas tych wybuchów. Stanowi ono największe zagrożenie dla życia. Działa ono powoli, ale nieubłaganie. W przypadku wybuchu bomby

0  sile tej, którą zrzucono na Hiroszymę, jego negatywny wpływ na żywe organizmy może trwać przez setki lat. W atmosferze wybuchy atomowe naruszają przede wszystkim warstwę ozonową znajdującą się w stratosferze

1  to w katastrofalny sposób, w wyniku czego do jej najniższych warstw dociera teraz promieniowanie ultrafioletowe, które powoduje powstawanie w nich ogromnych ilości właśnie tego gazu. Zalegający w przypowierzchnio­wych warstwach atmosfery ozon niszczy z kolei wszelkie mikroorganizmy.

W sprawie pokojowego wykorzystania energii atomowej Quetzal stwier­dził, że jest to możliwe bez narażania środowiska i ludzkiego życia.

Jest to możliwe i sami to robimy, jednak Ziemianie nie potrafią jeszcze tego... na razie. Postępują lekkomyślnie i nierozważnie z energią atomową, wywołując śmiertelne zagrożenie dla wszystkich żywych istot. Energię atomową można wykorzystywać bez tego zagrożenia, jednak jest to możliwe tylko wtedy, gdy wszystkie odpady radioaktywne będą w całości neutralizowa­ne. Dokonać tego można poprzez odpowiedni proces przetwarzania, podczas którego z odpadów powstaje nieszkodliwy produkt wyjściowy. Postępowanie wbrew tej zasadzie jest działaniem sprzecznym z prawami natury.

Na pytanie Billy'ego, czy Ziemianom uda się rozwiązać problem energii bez sięgania po energię jądrową, Quetzal odrzekł:

Każda planeta nieustannie dostarcza swoim formom życia dostatecz­nej ilości naturalnej energii, która nie stanowi dla nich żadnego zagrożenia, pod warunkiem że liczba mieszkańców danej planety mieści się w normie. Ze swoimi ponad 4 miliardami ludzi Ziemia jest mocno przeludniona [te liczby pochodzą z okresu, kiedy Quetzal wygłaszał tę opinię przyp. G.M.]. Ziemianie owładnięci są żądzą władzy, zysku i luksusu. Gdyby postępowali rozsądnie i wprowadzili kontrolę urodzin, w krótkim czasie nastąpiłoby zredukowanie liczby ludności do stanu normalnego wynoszącego 529 milionów. W ten sposób problem energii mógłby zostać rozwiązany w spo­sób naturalny, podobnie zresztą jak sprawa wyżywienia. Ludzka głupota pod tym względem jest przerażająca. Jeszcze bardziej potęguje ją fałszywie rozumiany humanitaryzm stojący w obronie tej zbrodni przeludnienia oraz narastający głód. Przywrócenie liczby ludności Ziemi do normalnego stanu to jedyne i słuszne działanie, które rozwiązałoby problem energii i żywności — wszystko inne to nielogiczne i co najwyżej połowiczne rozwiązania. Zapytany przez Billy'ego, jak to osiągnąć, Quetzal powiedział: — .. .rozwiązanie tego problemu jest możliwe i należy uporać się z nim w pierwszej kolejności. W związku z tym podsuwanie innych rozwiązań

301

problemu rosnącego zapotrzebowania na energię i żywność jest w obecnym stanie niecelowe. Poza tym ludzka głupota i chciwość mogłaby to zniwe­czyć. Możemy udzielić Ziemianom w tej kwestii wszelkich rad, ale dopiero wtedy gdy zajmą się oni redukcją swojej populacji do stanu normalnego.

Pilnego rozwiązania wymagają następujące sprawy:

1.  Natychmiastowe zaniechanie wszelkich prób z bronią atomową.

2.  Zakazanie produkcji broni atomowej przy jednoczesnym stopniowym niszczeniu istniejących jej arsenałów.

3.  Stopniowe zamykanie elektrowni jądrowych przy jednoczesnym prze­stawianiu się na wykorzystywanie źródeł energii przyjaznych środowis­ku (energia słoneczna, tak zwana wolna energia kosmosu etc.).

Quetzal zaznaczył ponadto, że poszczególne problemy nie powinny być rozwiązywane oddzielnie, w oderwaniu od siebie, ale wspólnie. Oto, co powiedział:

- Ponieważ każde działanie wbrew prawom i nakazom Kreacji zawsze kończy się katastrofą, oznacza to, że poszczególne problemy zazębiają się ze sobą. Dlatego żadnej z tych spraw nie należy traktować w izolacji od drugiej. Wszystko, co istnieje we wszechświecie, zazębia się ze sobą jak tryby w maszynie. Tworzy to coś w rodzaju zamkniętej spirali wznoszącej się z dołu do góry. Innymi słowy, jeśli człowiek lub cała ludzkość postępuje naprzód w rozwoju, wówczas ów proces pnie się spiralnie ku górze, jeśli natomiast dany człowiek lub jakiś naród ogranicza się wyłącznie do zaspokajania swoich potrzeb materialnych, wówczas jego rozwój będzie przemieszczał się ku dołowi, co oznacza cofanie się w ewolucji, czyli duchową stagnację i materialną degradację.

4.4. Bezwzględna eksploatacja Ziemi

W sprawie nadmiernej eksploatacji Ziemi Semjase powiedziała podczas 45 spotkania, które odbyło się 25 lutego 1976 roku, co następuje:

Wydobywanie rud metali i innych surowców mineralnych na plane­tach oraz innych ciałach niebieskich jest prowadzone przez nas tylko w wyjątkowych sytuacjach, ponieważ jest to proces, który je niszczy. Żadna planeta ani inne ciało niebieskie nie jest niszczone w takim stopniu, jak ma to miejsce na Ziemi. To, co człowiek wyprawia ze swoją planetą, jest niczym innym jak jej niszczeniem. Pierwsze katastrofalne efekty tej działal­ności wystąpiły już kilkadziesiąt lat temu i z każdym rokiem nasilają się. Człowiek musi zrozumieć, że eksploatując swoją planetę poprzez wydoby-

302

wanie z niej ropy naftowej, gazu czy różnych rud okrada ją z jej pod­stawowych sił życiowych. Następstwem tych działań jest jej pękanie i przesunięcia warstw wewnętrznych objawiające się wzmożoną aktywnoś­cią wulkaniczną i trzęsieniami ziemi. Podobny skutek wywołuje budowanie zapór wodnych i innych tego typu konstrukcji piętrzących masy wody, które wywołują bardzo niebezpieczne przesunięcia wewnątrz skorupy ziemskiej. Najgroźniejsze jednak w skutkach są przeprowadzane przez ludzi podziem­ne próbne eksplozje bomb atomowych. [...] Ziemskie zasoby złóż ropy naftowej wynoszą 646 miliardów ton, z czego do chwili obecnej wydobyto lub zniszczono około 65 miliardów ton. W wyniku samych podziemnych eksplozji atomowych zniszczeniu uległo około 20 miliardów ton, czyli prawie połowa tego, co do tej pory wydobyto [liczby te odnoszą się do stanu z lat 1975-1976 przyp. G.M.]. Planeta taka jak Ziemia produkuje w ciągu miliarda lat zaledwie około l miliarda ton ropy naftowej. Zatem licząc sobie 646 miliardów lat wyprodukowała do tej pory około 646 miliardów ton ropy naftowej. Z tej ilości w ciągu niespełna jednego stulecia Ziemianie wyko­rzystali już jedną dziesiątą, na której wytworzenie Ziemia potrzebowała 65 miliardów lat. Na zregenerowanie wydobytej do tej pory ropy naftowej Ziemia potrzebowałaby z kolei 118 miliardów lat, czyli prawie dwa razy tyle co na jej wytworzenie. Z powodu bezrozumnego postępowania ludzi Ziemia pozbawiona została wielu elementów niezbędnych do jej produkcji, które zostały jej przez nich zrabowane. W tym samym czasie, to znaczy w ciągu jednego stulecia, spora część urodzajnych gleb zamieniła się w pustynie i będzie musiało upłynąć wiele milionów lat, zanim przyroda będzie w stanie przywrócić je do pierwotnego stanu.

Tę wyliczankę szkód wywoływanych przez ludzką głupotę i chciwość można by ciągnąć bez końca.

Kończąc ten ponury rozdział przytaczam jeszcze fragment rozmowy Billy'ego z Ptaahem, która miała miejsce 3 lutego 1990 roku. W jej trakcie Ptaah przepowiedział między innymi następstwa huraganu szalejącego w Europie w lutym tego roku.

PTAAH: ...wszystkie kataklizmy przyrodnicze, do jakich dojdzie w tym miesiącu, oraz te, które wystąpią później, to skutki zbrodniczego niszczenia Ziemi i jej atmosfery przez nieodpowiedzialną ludzkość. Zanieczyszczenie powietrza, próbne wybuchy bomb atomowych i będące ich następstwem trzęsienia Ziemi, skażenie radioaktywne wywoływane również przez elekt­rownie atomowe, a także gigantyczne sztuczne zapory wodne są przyczyną nadchodzących katastrof, czego nie chcą zrozumieć ludzie będący u władzy. Wielu ludzi w trakcie trwania tych katastrof oraz po nich twierdzić będzie,

303

że nie mają one nic wspólnego z dewastacją środowiska naturalnego przez człowieka. Jest to dowód głupoty i nierozumienia elementarnych rzeczy oraz prymitywizmu wszystkich tych, którzy chcą się uwolnić od poczucia winy, którym obce jest poczucie odpowiedzialności, nie mówiąc już o ponoszeniu jej. To właśnie wszyscy ci kłamcy są winni owej zbrodni wobec ludzkości i Ziemi niezależnie od tego, czy będąc członkami rządzących elit lub naukowcami są bezpośrednimi autorami dzieła zniszczenia, czy tylko się do niego w jakiś sposób przyczyniają. Dotyczy to również zwykłych ludzi, zwłaszcza tych, którzy żyją wbrew prawom przyrody i przyczyniają się do wzrostu przeludnienia, płodząc licznych potomków ponad dopuszczalne 529 milionów, którzy stanowią potworne obciążenie dla Ziemi i tym samym wpływają na poziom życia ogółu ludzi. Nadmiar ludzi powoduje, że w miejscach ich skupisk zwanych miastami, w których mieszkają ich setki tysięcy, a nawet miliony, wytwarza się ogromny nacisk na powierzchnię planety pochodzący od nich samych, a w szczególności od budowli, pojazdów i innych urządzeń wywołujący powstawanie wewnątrz Ziemi olbrzymich ciśnień, które są przyczyną ruchów tektonicznych i pękania jej skorupy. Ziemianie unikają myślenia o tym, a nawet posuwają się do dementowania tych faktów i dalszego sukcesywnego dewastowania swojej planety, a co za tym idzie degradacji swojego życia, mimo iż już najwyższy czas, aby powstrzymać to szaleństwo. Ziemia nie może być dalej niszczona i sama zaczyna się już bronić oddając Człowiekowi cios za ciosem poprzez różne kataklizmy przyrodnicze, takie jak trzęsienia ziemi czy cyklony i huragany. Biorąc pod uwagę obecny stopień zniszczenia środowiska naturalnego na jego regenerację wasza planeta potrzebowałaby około 340.000 lat, zaś na przykład na regenerację złóż ropy naftowej wiele miliardów lat. Na zanik promienio­wania radioaktywnego wyzwolonego przez elektrownie jądrowe oraz wybu­chy bomb atomowych potrzeba będzie wielu tysięcy, a nawet milionów lat. [...] Ale dosyć już pytań, mój przyjacielu.

BILLY: Na razie wystarczy mi tego, co powiedziałeś. Dziękuję i do widzenia.

4.5. Ostrzeżenie przed podejmowaniem zaborczych planów

Podobnie jak w przypadku innych cywilizacji również na Ziemi zdarza się, że osiągnięcia techniczne wykorzystywane są przez ludzi do zaspokaja­nia żądzy posiadania. Mając to na uwadze, Semjase podczas 4 spotkania, które miało miejsce 15 lutego 1975 roku, przekazała Billy'emu następujące ostrzeżenie.

- Jeżeli w przyszłości [Człowiek] rozwinie na tyle swoją technikę, że będzie mógł latać na inne planety, musi pamiętać, że nie zawsze będzie

304

zwycięzcą. W przestrzeni kosmicznej, wszędzie tam, gdzie żyją rasy zdolne obronić się przed innymi, czyhają różnego rodzaju niebezpieczeństwa. W przypadku zaatakowania takiej planety Ziemianie mogą ściągnąć na swoją głowę nieszczęście i popaść w niewolę, co równałoby się cofnięciu w rozwoju do początku. Mogłoby się również zdarzyć, że zniszczona zostałaby cała Ziemia, ponieważ we wszechświecie żyją różne rasy, zarów­no humanitarne, jak i niehumanitarne. Jeżeli Ziemianie będą wyruszali w kosmos kierowani swoją barbarzyńską żądzą władzy i chciwością, muszą się liczyć z całkowitą zagładą i tym, że żadna inna rasa nie przyjdzie im wówczas z pomocą. Ziemianie muszą także przygotować się do obrony przed agresywnymi intruzami, co może się udać jedynie w przypadku zjednoczenia się wszystkich waszych krajów. Niebezpieczeństwa zagrażają­ce z kosmosu są ogromne i czyhają w każdej galaktyce. Istnieje wiele barbarzyńskich, żądnych władzy istot pozbawionych wszelkich uczuć. Wie­le ras potrafi i broni się przed nimi skutecznie. Gdyby we wszechświecie wybuchła wojna na dużą skalę, mógłby on ulec zniszczeniu. W dawnych czasach toczonych już było wiele wojen pomiędzy różnymi układami planetarnymi, które zakończyły się ich zniszczeniem. Wszystkie te rzeczy Ziemianie muszą brać pod uwagę, kiedy w niedalekiej przyszłości wyruszą w kosmos. Inne rasy kosmiczne nie pozwolą się bezkarnie atakować, wykorzystywać bądź podporządkowywać, jak to ma miejsce na Ziemi. Będą się bronić i wiele z nich jeszcze przez długi czas pozostanie na dużo wyższym poziomie rozwoju technicznego od Ziemian. A jeśli to nie pomoże, mogą liczyć na ochronę ras, które osiągnęły już perfekcję pod względem technicznym.

Ta wypowiedź to ważna przestroga dla nas wszystkich, abyśmy wyrusza­jąc w kosmos, okiełznali swoją niepohamowaną zaborczość, jeśli będziemy chcieli mieć przed sobą jakąkolwiek przyszłość.

4.6. Konieczność istnienia barbarzyństwa

Ludzkość znajduje się obecnie w bardzo krytycznej fazie swojego rozwoju i jej najbliższa przyszłość wciąż stoi pod znakiem zapytania. Mimo iż czasami można odnieść wrażenie, że robi ona wszystko źle, to jednak w rzeczywistości tak nie jest. Nie jest ona bowiem w swojej naturze bardziej zła niż inne ludzkie cywilizacje. Wynika to z faktu, że temu etapowi ewolucji jako rzecz naturalna przypisana jest pewna doza barbarzyństwa, które jest wręcz niezbędne do dalszego rozwoju, pod warunkiem że jest ono wolne od wynaturzeń.

Oto, co powiedziała na ten temat podczas 9 spotkania, które odbyło się 21 marca 1975 roku, Semjase:

305

...Ziemianie kroczą swoją własną drogą ewolucji. Jest ona bez­sprzecznie barbarzyńska, pełna gwałtu i bezwzględności. Barbarzyństwo jest cechą charakterystyczną dla wielu form życia i celowym uwarun­kowaniem służącym do zachowania bytu. Mam tu oczywiście na myśli naturalne barbarzyństwo, wolne od wynaturzeń. Charakteryzuje ono nawet bardziej rozwinięte od Ziemian rasy i zanika w trakcie wchodzenia na wyższy poziom rozwoju duchowego. Człowiek jest potomkiem dzikich przodków, który ma do przebycia własną drogę ewolucji. Wiedzie ona poprzez niedole i z trudem zdobywaną wiedzę. Bez odpowiedniej dawki barbarzyństwa dalszy rozwój ku lepszej przyszłości byłby utrudniony. Z początku inspiruje ono badania i rozwój, ponieważ pozwalają one przezwyciężyć ograniczenia, które hamują postęp. Ziemianie będą zdolni do znacznych osiągnięć, jeżeli wyzbędą się przywiązania do religii i szukać będą prawdy tam, gdzie ona jest. Nie zmniejsza to oczywiście w żadnym stopniu szacunku do życia ani do Kreacji, a wręcz przeciwnie szacunek do Kreacji i życia dopiero dzięki temu nabiera znaczenia. Jako przykład na to można podać fakt, że aby móc uwalniać ludzi od chorób, należy najpierw drogą eksperymentów zniszczyć inne życie, bowiem w ten sposób można poznać przyczyny danej choroby i sposoby jej leczenia. Aby móc zniszczyć czyjeś życie w celach badawczych, niezbędna jest z kolei pewna doza barbarzyństwa. Dlatego też głęboko wierzący człowiek nigdy nie dokona postępu, gdyż myśli i działa zbyt humanitarnie i jednostronnie.

Uważam, że doświadczenia nad zwierzętami należy zastąpić innymi, lepszymi metodami, gdy tylko pojawi się taka możliwość.

4.7. Niszczyciel

Gigantyczna kometa zwana Niszczycielem (ta sama, która wyrwała Wenus z orbity Urana) przed około 75.000 lat po raz pierwszy dotarła w pobliże Ziemi wywołując liczne zniszczenia. Następnie opuściła nasz układ planetarny, po czym w roku 16.098 przed naszą erą ponownie wróciła do niego. Od tego czasu wraca tu w mniej lub bardziej regularnych odstępach czasu. Ten kosmiczny dziwoląg wyrządził na Ziemi wiele złego i będzie to czynił nadal, dopóki nie położymy temu kresu. To właśnie on jest sprawcą między innymi biblijnego potopu, który miał miejsce 6613 lat przed naszą erą.

W jednej z rozmów z Billym Quetzal podał mu kilka szczegółowych informacji na temat tego zagadkowego ciała niebieskiego.

BILLY: Mówiąc o Niszczycielu zawsze nazywaliście go gigantyczną kometą. Interesują mnie jego rozmiary.

306

QUETZAL: Jego masa jest znacznie większa od masy Ziemi, podobnie jak ciężar właściwy, co oznacza, że jego materia jest bardziej zagęszczona od ziemskiej. W porównaniu do Ziemi, która ma objętość prawie 1083,3 miliarda km3 i ciężar właściwy 5,51 g/cm3, Niszczyciel ze swoim 1694,2 miliarda km3 objętości i ciężarem właściwym wynoszącym 7,18 g/cm3 jest prawdziwym gigantem.

BILLY: To interesujące. Czy Niszczyciel wiruje także wokół własnej osi tak jak Ziemia?

QUETZAL: Tak, z tym że nieco wolniej od Ziemi. Prędkość obrotowa Ziemi na równiku wynosi 465 m/s, podczas gdy Niszczyciela tylko 314,7 m/s.

BILLY: A więc mniej więcej 3/4 prędkości obrotowej Ziemi.

QUETZAL: Tak, lecz od dłuższego czasu za naszą sprawą systematycz­nie ona wzrasta, ponieważ usiłujemy wyrzucić tę wędrującą gwiazdę z jej orbity na inną, gdzie nie będzie wyrządzała żadnych szkód.

BILLY: Wspaniale. Zatem jeśli się wam uda, Ziemianie nie będą musieli się już obawiać zagrożenia z jej strony. [Najbliższa katastrofa spowodowana wtargnięciem Niszczyciela do naszego ukladu planetarnego mogłaby się wydarzyć w roku 2225. Przyp. G. M.]

QUETZAL: Zgadza się. Mamy nadzieję, że się nam to uda.

BILLY: Mam jeszcze jedno pytanie. Dlaczego z jednej strony możecie wpływać na Niszczyciela, aby zapobiec szkodom, jakie mógłby on jeszcze wyrządzić, a z drugiej nie możecie nic przedsięwziąć, aby powstrzymać inne zagrożenia, jak to na przykład to, które grozi nam ze strony czer­wonego meteoru?

QUETZAL: Wynika to stąd, że sprawcami zmiany naturalnej orbity Niszczyciela byli nasi przodkowie. To z ich winy wyrządził on wiele szkód w Układzie Słonecznym, co oznacza, że nie mają one naturalnego kosmiczne­go charakteru. Niestety nie posiadamy dokładnych danych z tamtego okresu, w związku z czym nie mogę ci podać bliższych informacji na ten temat.

4.8. Czerwony meteor

Niniejszy przykład pokazuje, że Plejadanie wiedzą doskonale, w jakiej sytuacji mogą nam pomóc, a w jakiej nie.

QUETZAL: Ten wymieniony w przepowiedniach ogromnej wielkości meteor spustoszy Ziemię i wywoła wiele zmian klimatycznych, tektonicz­nych i innych, a także zrobi wyrwę w jej powierzchni sięgającą od Bałtyku po Morze Czarne. Mknie on z otchłani kosmosu w kierunku Układu Słonecznego.

307

BILLY: Nie chodzi tu o żadną znaną nam kometę? QUETZAL: Nie. Ten meteor porusza się po trajektorii, która wiedzie do Układu Słonecznego, w którym jeszcze nigdy nie był.

BILLY: I jego wędrówka ma się zakończyć na Ziemi? Nie możecie temu zapobiec?

QUETZAL: Przecież wiesz dobrze, że tak się stanie i że nie wolno nam tego zmieniać. To zdarzenie zaprogramowane zostało przez kosmiczne siły i zapobiec mu mogą tylko sami Ziemianie. Kierując się materialistycznym rozumowaniem, a także z powodu głupoty lekceważą wszelkie, proroctwa i ostrzeżenia, przez co to zdarzenie będzie musiało nieuchronnie nastąpić. Będzie to nauczka i przestroga na przyszłość, jeśli o to ci chodzi. Nam nie wolno w to ingerować. Ludzie powinni słuchać twoich słów i przestróg, ale niestety tego nie czynią. Jesteś na straconej pozycji, niczym wołający na puszczy. Niektórzy ludzie wysłuchają cię i wezmą sobie do serca twoje słowa, większość jednak, która zignoruje je, spotka śmierć w chwili, gdy meteor ten rozpocznie swoją działalność, rozrywając Ziemię między Bał­tykiem i Morzem Czarnym, skąd na jej powierzchnię wydobędzie się lawa. BILLY: Przedstawiasz to bardzo dramatycznie i nienaukowe. Interesuje mnie, gdzie dokładnie powstanie ta wyrwa w Ziemi?

QUETZAL: Mamy zwyczaj, że nawet naukowym wywodom nadajemy ludzki wymiar. [...] Co się tyczy wyrwy, to przecież już powiedziałem, że powstanie ona między Morzem Pomocnym i Czarnym. Płonące masy lawy, które wydobędą się na powierzchnię, będą siać śmierć i spustoszenie, tworząc na swojej drodze strefę śmierci.

4.9. Niezwykła historia Semjase o Księżycu

Nawiązując do wzmianki o Niszczycielu przedstawiam poniżej na podsta­wie informacji przekazanych nam przez Semjase historię jego powstania, a następnie przytaczam fragment jej relacji opowiadający o genezie naszego księżyca. Jest to jedna z wielu niezwykłych historii z przeszłości przekazanych nam przez istoty pozaziemskie, o których milczą nasze podręczniki historii.

A. Kosmiczna katastrofa

Historia powstania Księżyca bierze swój początek od pewnej kosmicznej katastrofy, która wydarzyła się przed około 22 milionami lat. Była to eksplozja jednej z gwiazd sąsiadujących z Wegą w gwiazdozbiorze Lutni, która nastąpiła z nieznanych powodów. W rezultacie doszło do jej kolapsu i powstania w tamtym miejscu ogromnej kosmicznej dziury. W efekcie tego procesu gwiazda ta skurczyła się z 11 mln km średnicy do 4,2 km. Jej gęstość wzrosła do tego stopnia, że l cm3 jej materii waży teraz tysiące ton.

308

Od tego czasu ten gwiazdowy karzeł wędruje po kosmosie niczym ciemna żarząca się dziura i wsysa wszystko, co napotyka na swojej drodze z odleg­łości nawet wielu milionów kilometrów. Według terminologii naszej astro­nomii tego rodzaju twór określany jest mianem „czarnej dziury".

B. Narodziny Niszczyciela

W czasie tej eksplozji gwiazdy nie tylko ona zmieniła się, ale również cały jej układ planetarny. Jedne planety zostały zniszczone, a inne wy­rzucone w przestrzeń kosmiczną. Jedna z wyrzuconych planet dostała się w końcu w obręb obszaru przyciągania sąsiedniej gwiazdy, wokół której krążyła przez wiele tysięcy lat — daleko poza jej własnymi planetami po niestabilnej i w związku z tym niebezpiecznej orbicie. Niczym wygnaniec martwa i niedostępna przemierzała zimny wszechświat.

Dalszy ciąg tej historii opowie już sama Semjase. Oto fragment jej wyjaśnień w tej sprawie udzielonych Billy'emu podczas 5 spotkania, które miało miejsce 16 lutego 1975 roku:

- Przez kolejne tysiąclecia jej orbita zacieśniała się coraz bardziej zwiększając zagrożenie. Po pewnym czasie wpadła nieoczekiwanie w obszar orbit planet tego słońca. Niczym zjawa wyłoniła się z kosmicznego mroku obwieszczając zagładę. Obijając światło słoneczne niszczyciel ów ciągnął za sobą cienki ogon połyskujących cząsteczek. Znajdując się w odległości setek tysięcy jednostek odległości od najbliższych planet wywołał na nich potworne kataklizmy, w wyniku których zniszczeniu uległy ogromne połacie ziemi uprawianej przez pokojowe ludzkie istoty. W nocy trzeciego dnia po wniknięciu Niszczyciela w obszar orbit planet przeciął on eliptyczną orbitę szóstej planety. Wzniecając kosmiczne sztormy wypchnął tę planetę o kilka jednostek poza jej orbitę i wprowadził ją na niebezpieczną trajektorię przebiegającą w pobliżu słońca. Potężne trzęsienia ziemi i huragany systematycznie niszczyły niezwykłe piękno tej planety. W czasie wchodzenia na nową orbitę wokółsłoneczną góry zapadły się w głąb ziemi, a oceany wystąpiły z brzegów. Przerażeni ogromem tego kataklizmu ludzie szukali ratunku na rozległych połaciach lądu rozrzuco­nych po całej planecie. Rozpętane żywioły nie dały im jednak szans. W czasie tego aktu zagłady zginęło około 2/3 ogółu mieszkańców tej planety. Przelewające się masy wody rozerwały duże połacie stałego lądu, a eksplodują­ce wulkany pokryły jego powierzchnię płonącą lawą obracając wszystko w popiół i zgliszcza. Ruch obrotowy planety zmniejszył się i dzień stał się prawie dwa razy dłuższy, jej orbita wokółsłoneczną zmieniła kierunek. Ci, którzy przeżyli, pozbawieni zostali wszystkiego i musieli zaczynać swój rozwój od początku. Niszczyciel działał jednak dalej siejąc na swojej drodze zniszczenie i śmierć. W następnej kolejności przeciął orbitę piątej planety, która

309

znajdowała się na wstępnym etapie rozwoju. W czasie tego zdarzenia znajdowała się na szczęście daleko od niego, dzięki czemu nie doznała poważnych uszkodzeń. Niestety czwarta planeta nie miała takiego szczęścia. Była najmniejszą z planet i mknąc po swojej orbicie znalazła się na kursie kolizyjnym z Niszczycielem. I stało się! Niczym dwie rozjuszone dzikie bestie obie planety pędziły ku sobie — olbrzym i karzeł. Zanim się jednak zderzyły, olbrzymie eksplozje rozdarły pozbawionego życia karła. Część jego odłamków zostało wyrzuconych w otchłań kosmosu, gdzie obserwowano je jako meteory, które pochwycone przez pola grawitacyjne napotykanych planet, znajdowały swój kres płonąc w ich atmosferach. Inne odłamki tej planety spadły na słońce i zostały rozbite na atomy. Jeszcze inne spadły na Niszczyciela i stały się jego częścią.

C. Narodziny Księżyca

Po tym dość długim wstępie dotarliśmy wreszcie do momentu narodzin naszego księżyca. Po wspomnianej eksplozji owej karłowatej planety jej spora część wyrzucona została z ogromną siłą w przestrzeń kosmiczną niczym gigantyczna piłka. Wędrując przez kosmos kilkakrotnie dostawała się ona w obszar pól grawitacyjnych różnych gwiazd, w wyniku czego ulegała wstrząsom i bombardowaniu przez meteoryty, które powodowały systematyczną zmianę jej kształtu na coraz bardziej zaokrąglony. Jej powie­rzchnia pokryta była licznymi kraterami i ani trochę nie nadawała się do życia. Siły przyciągania napotykanych po drodze gwiazd i ich układów planetarnych zmniejszyły jej prędkość i kurs. W końcu dostała się w obszar przyciągania grawitacyjnego Układu Słonecznego. Przemknęła przez orbity zewnętrznych planet nie wyrządzając żadnych szkód. Dopiero w obszarze wewnętrznych planet zderzyła się z kilkoma planetoidami będącymi pozo­stałością po Malonie, które wyryły na jej powierzchni głębokie kratery. Te zderzenia ponownie zmieniły tor jej lotu i wepchnęły ją na orbitę równoleg­łą do orbity drugiej planety, na której istniało już prymitywne życie. Planeta ta (Ziemia) pokryta była ogromnymi oceanami i gęstymi pierwotnymi lasami. Od momentu dostania się tego kosmicznego wędrowca w pole grawitacyjne Ziemi do chwili jego wejścia na orbitę wokółziemską upłynęły zaledwie 34 dni. Od tego czasu krąży on wokół Ziemi wzdłuż stale zmieniającej się eliptycznej orbity jako Księżyc.

5. Czego nie wolno robić Plejadanom?

Plejadanie nieustannie dostarczają nam cennych i użytecznych infor­macji, jednak ich możliwości niesienia nam pomocy z uwagi na prawa

310

i nakazy Kreacji są ograniczone, co nie podoba się wielu ludziom. Nam, Ziemianom, trudno jest to zrozumieć i zaakceptować, ponieważ nasze rozumowanie zdominowane jest przez fałszywie pojmowany humanita­ryzm, który narusza równowagę poprzez zaburzenie funkcjonowania me­chanizmów samoregulacji.

W przyrodzie wszystko funkcjonuje w ten sposób, że wszelkie odchyłki od normy są eliminowane. Jedynie w przypadku człowieka owa samoregulacja nie funkcjonuje, czego rezultatem jest między innymi beznadziejne przeludnienie.

Dlatego więc jakakolwiek pomoc nie może przekraczać pewnych granic. W związku z tą zasadą Plejadanie nie mogą się za bardzo angażować w niesienie komukolwiek zbyt szeroko zakrojonej pomocy, bowiem każdy człowiek, każda ludzka istota ma do przebycia określoną drogę ewolucji, i to od początku do końca. Od skrajnej niewiedzy do najwyższej doskonało­ści. Niewskazane jest, aby ktokolwiek opuścił choć jeden etap na tej drodze.

Bardziej rozwinięte rasy mogą przekazywać mniej rozwiniętym tylko tyle wiedzy, ile jest im niezbędne do popchnięcia swojej ewolucji naprzód. Nigdy nie należy przekazywać im wiedzy, której nie potrafią one wykorzys­tać we właściwy sposób. To tak, jak gdybyśmy pierwszoklasiście usiłowali wbić do głowy algebrę, której nie jest on jeszcze w stanie pojąć. Podobnie rzecz się ma z naszymi pozaziemskimi nauczycielami, którzy przekazują nam dokładnie tyle wiedzy, ile ich zdaniem jesteśmy w stanie pojąć.

Oto, co powiedziała na ten temat Semjase:

- Nie możemy wpływać na ewolucję ludzi bardziej, niż zezwalają na to prawa i nakazy Kreacji. Każda forma życia ma prawo w swojej egzystencji do działania według własnego uznania i dlatego nie wolno nam jej do niczego zmuszać, chyba że jest to ważne dla jej życia.

6. Czy w rządach różnych państw działają istoty pozaziemskie?

Podczas jednej z rozmów Billy zadał Ptaahowi następujące pytanie:

Niedawno usłyszałem, że w rządach różnych państw na Ziemi działają istoty pozaziemskie. Czy jest w tym choćby źdźbło prawdy?

PTAAH: Takie informacje nazywa się u was bajkami. Gdyby tak było, to już od dawna na Ziemi panowałby pokój, bowiem ludziom za pośrednict­wem rządów przekazana zostałaby prawda. Ponieważ nie wolno nam osobiście mieszać się w ziemskie sprawy, zmuszeni jesteśmy wyszukiwać odpowiednich ludzi, poprzez których dopiero możemy przekazywać naszą wiedzę. Gdybyśmy mogli to robić sami, z całą pewnością pracowalibyśmy w rządach. Nie musielibyśmy się wówczas martwić, że byle głupek i zło­czyńca będzie nam publicznie ubliżał.

311

BILLY: Przecież te istoty mogłyby działać w ukryciu, potajemnie.

PTAAH: To nie jest tak, co powinna ci podpowiedzieć sama logika. Gdyby tak było, te istoty w ciągu kilku dni mogłyby doprowadzić do tego, że żaden rząd, żadna siła militarna nie uganiałaby się za naszymi pojazdami. Z całą pewności by o to zadbały.

7. Dlaczego Plejadanie nie wspierają nas finansowo?

Podczas budowy Centrum w Hinterschmidrüti Billy i jego grupa-musieli pokonać wiele trudności, przede wszystkim finansowych. Mimo iż ich kondycja finansowa była w owym czasie znacznie lepsza niż na początku, to jednak nie byli całkowicie wolni od trosk finansowych. Stale musimy dokładać trosk, aby nie popaść w długi.

Dlatego też coraz częściej pojawiało się pytanie, dlaczego Plejadanie nie udzielają nam pomocy finansowej, co nie powinno być przecież dla nich żadnym problemem. Mogliby na przykład doprowadzić do wygrania przez nas odpowiednich pieniędzy w grach loteryjnych. 16 czerwca 1975 roku w czasie 25 kontaktu Semjase wyjaśniła Billy'emu, dlaczego jest to niemożliwe:

[Ludzie] powinni wiedzieć, że nie posługujemy się żadnymi środkami płatniczymi, jak to ma miejsce na Ziemi. Nawet gdybyśmy chcieli, nie moglibyśmy dostarczyć wam waszych środków płatniczych, które nazywa­cie pieniędzmi, ponieważ niczym takim nie dysponujemy. Nie będziemy wykorzystywać do tego celu gier losowych i innych tego rodzaju środków, ponieważ są one według nas wyjątkowym złem. Po trzecie i najważniejsze, nie damy się sprowokować waszymi sugestiami i prośbami, ponieważ Ziemia jest waszą ojczyzną, a nie naszą. To, że jesteśmy tutaj i chcemy wam pomóc w rozwoju duchowym, jest działaniem, które podjęliśmy z własnej woli, i nie zamierzamy robić niczego pod presją łudzi. Nasza misja jest aktem dobrej woli. Również z waszej strony musi nastąpić jakiś wkład. Ziemianie także powinni wziąć na siebie pewne obowiązki. Nie mają racji, jeśli uważają, że mogą korzystać z pomocy nie dając nic od siebie. Dopóki ludzie będą działali według zasady, że lepiej jest brać niż dawać, dopóty nie uwolnią się od swojego zgubnego egoizmu. Innymi słowy, należy nie tylko brać, ale i dawać. Jeżeli stwarzamy wam możliwość rozwoju duchowego, to waszą powinnością jest nań zapracować. Ludzie są egoistami, zarówno pojedynczo, jak i w grupie i dlatego wzajemne wykorzystywanie siebie jest tak powszechne na waszej planecie.

Przy innej okazji Semjase powiedziała ponadto:

- Nie możemy wam pomóc finansowo, ale możecie liczyć na nasze rady w każdej sprawie. Chętnie udzielimy wam również rad w kwestii

312

budowy Centrum. Gdybyśmy próbowali pomóc wam finansowo, moglibyś­my ściągnąć na was ogromne nieszczęścia. Poza tym mogłoby to osłabić bojowego ducha wielu z was, którzy zaczęliby coraz częściej liczyć na naszą pomoc. Żyjecie w innym świecie niż my. Musicie na wszystko sami ciężko zapracować. Również Centrum musicie wznosić o własnych siłach. Mam nadzieję, że te wyjaśnienia stanowią wystarczającą odpowiedź na pytanie, dlaczego Plejadanie nie wspierają nas finansowo.

8.  Dlaczego nie można całkowicie zlikwidować wojen?

Nieustannie słyszymy pytanie, dlaczego istoty pozaziemskie, zwłaszcza Plejadanie nic nie robią, aby zapobiegać lub powstrzymywać działania wojenne. Wielu ludzi wciąż nie potrafi zrozumieć, dlaczego Plejadanie nie kładą kresu wojnom. Aby to wyjaśnić, zacytuję krótki fragment rozmowy Jszwjsza Ptaaha z Billym.

PTAAH: Działania wojenne są niezbędne i mogą mieć miejsce tylko wtedy, gdy może dojść do katastrofy o zasięgu galaktycznym lub między-galaktycznym.

BILLY: Oznacza to więc, że mieszkańcy danego świata mogą go całkowicie zniszczyć, o ile nie będzie to zagrażało całemu układowi lub galaktyce?

PTAAH: Widzę, że dobrze to rozumiesz. Każda forma życia musi kroczyć własną drogą ewolucji, nawet jeżeli prowadzi ona do samozagłady.

BILLY: To bardzo brutalne. Przypominam sobie pewne prawo dotyczą­ce przyrody, które mówi, że to, co prowadzi do zwyrodnienia, będzie zniszczone, aby nie zagrażało normalnemu życiu.

PTAAH: To prawda, widzę, że dobrze znasz to prawo. Jedynie prze­strzeganie tego prawa może zapewnić normalne życie. Utrzymywanie przy życiu zwyrodniałych form jest przejawem fałszywie pojmowanego humani­taryzmu. Zgodnie z prawem zachowania życia takie formy winny być eliminowane.

9.  Dlaczego nie ujawnia się metody leczenia raka?

Oto, co powiedzieli na ten temat Plejadanie:

- Niezbędną wiedzę w tej sprawie Ziemianie muszą zdobyć sami. Dążąc do niej będą dojrzewać i rozwijać się. W ten sposób poznają i zrozumieją wiele niezbędnych rzeczy, a także nauczą się właściwego postępowania. Gdybyśmy przekazali Ziemianom tę wiedzę, z całą pewnoś-

313

cią obróciliby ją przeciwko sobie w zbrodniczych celach, bowiem kryje ona w sobie potężną moc. Człowiek jeszcze nie dojrzał do jej poznania.

10. Akcje specjalne przeprowadzone dla dobra Ziemian

Jak już wspomniałem w rozdziale III (podrozdział 17 „Kosmiczne zrzeszenia i slużby porządkowe"), istoty pozaziemskie w szczególnych przypadkach mają prawo użyć siły wobec innych istot. Zgodnie z prawami i nakazami Kreacji należy respektować wolę każdej formy życia, nawet gdy kroczy w niewłaściwym kierunku. Dopiero przy przekroczeniu określonej granicy może nastąpić ingerencja, to znaczy tak zwana logiczna przemoc. Tego rodzaju akcja opisana została w rozdziale XIV.

10.1. Powstrzymanie groźby zagłady ludzkości

Nie wszystkie ludzkie formy życia usposobione są tak pokojowo, jak na przykład Plejadanie i ich sprzymierzeńcy. Istnieje wiele niehumanitarnych istot, które w trakcie swojej ewolucji wyzbyły się wszelkich uczuć. Jeżeli nie uda się im zlikwidować tego zwyrodnienia, pewnego dnia wyginą wskutek samozagłady. Do tego czasu jednak ich byt stanowi ogromne zagrożenie, przede wszystkim dla wszystkich tych, którzy są słabsi od nich militarnie. Należy więc mieć się na baczności przed tymi kreaturami, bowiem niszczą one wszystko, co napotykają na swojej drodze, nawet całe planety.

Wiem, że brzmi to jak scenariusz kiepskiego filmu science-fiction, jednak jest zgodne z prawdą. Niewiele brakowało, aby los innych spacyfikowanych planet podzieliła również Ziemia. Tylko dzięki Plejadanom i ich sprzymie­rzeńcom udało się temu zapobiec. Otóż pewni mieszkańcy  16 planet poszukiwali właśnie nowej przestrzeni życiowej. Wśród planet, które zwróciły ich uwagę, była również Ziemia. Jeśli ktoś sądzi, że chcieli oni zamieszkać wśród nas przy takim przeludnieniu, bardzo się myli. Ich zamierzeniem była w pierwszym rzędzie całkowita eliminacja ludzkości. Jedynie dzięki interwen­cji naszych pozaziemskich przyjaciół nie doszło do naszej totalnej zagłady. , Możemy zatem odetchnąć z ulgą i powiedzieć sobie: „Jeszcze raz mieliśmy szczęście". Sprawa ta po raz kolejny potwierdza fakt, że wszędzie w kosmosie czai się niebezpieczeństwo, którego nie wolno lekceważyć. Wszystkie ziemskie narody winny czym prędzej zjednoczyć się, aby móc wspólnymi siłami samodzielnie, bez pomocy innych istot, stawiać opór tego rodzaju zagrożeniom.

10.2. Powstrzymanie kosmicznej katastrofy

Stosowanie tak zwanej logicznej przemocy jest dopuszczalne również wtedy, gdy potencjalny konflikt z użyciem broni jądrowej stwarza niebez-

314

pieczeństwo nie tylko zagłady planety, na której może się on toczyć, ale również zniszczenia całego układu planetarnego, co z kolei mogłoby wywołać dalsze kosmiczne katastrofy.

Pod koniec 1974 roku zaistniało poważne niebezpieczeństwo rozpętania na Ziemi wojny światowej z użyciem broni jądrowej. Ponieważ Ziemia znajduje się w ważnym punkcie naszej galaktyki (nie wewnątrz spiralnego ramienia, ale na jego zewnętrznym skraju), jej zniszczenie wywołałoby reakcję łańcuchową i w konsekwencji potworną katastrofę kosmiczną.

Na szczęście dzięki zastosowaniu odpowiednich i skomplikowanych środków zaradczych udało się zapobiec temu nieszczęściu. To niezwykle ciężkie zadanie będące najtrudniejszą misją w historii wszechświata DAL przeprowadzone zostało przez Asket i jej rodaków. (Billy przez 11 lat był z nią w stałym kontakcie telepatycznym. Co ma ona wspólnego z Plejadana-mi, wyjaśnione zostało w rozdziale VI). Ziemianie nie mają jednak o tym najmniejszego pojęcia, ponieważ wszystko to działo się za kulisami bez ich wiedzy.

Istoty pozaziemskie nie są w zasadzie zobowiązane do udzielania nam pomocy w każdej sytuacji kryzysowej, a już w ogóle w przypadku lokal­nych konfliktów, wojen czy kataklizmów przyrodniczych. Z tymi prob­lemami, musimy radzić sobie sami, zwłaszcza że sami jesteśmy ich spraw­cami. Wszelkie informacje mówiące, że wokół Ziemi krążą statki gotowe w każdej chwili nas ewakuować, są wyssaną z palca bzdurą.

Dzięki swoim bliskim związkom z Ziemianami Plejadanie prawdopodo­bnie nigdy nie dopuściliby do ich całkowitego wyginięcia, do tego, aby nie przeżył ani jeden człowiek.

11. W jaki sposób każdy z nas może przyczynić się do utrzyma­nia pokoju na świecie?

Wszelkiego rodzaju działania wojenne, krwawe powstania, terror i po­rwania stały się już na Ziemi codziennością. W wielu państwach deptane są prawa człowieka, przeto nic więc dziwnego, że coraz częściej ludzie marzą

0 życiu w spokoju i pokoju. Aby to pragnienie mogło się ziścić, każdy z nas musi wnieść do tego swój wkład.

To chwalebne życzenie może zostać spełnione tylko wtedy, kiedy każdy z nas będzie robił wszystko, co w jego mocy, aby do tego doszło. Już słyszę głosy sceptyków, twierdzących, że wojny na Ziemi toczone były od zawsze

1 że tak też będzie w przyszłości. Jeszcze częściej słychać głosy mówiące, że nawet przy najlepszych chęciach nie da się w obecnym stanie rzeczy doprowadzić do ogólnoświatowego pokoju.

315

Odwołując się wyłącznie do historii naszej cywilizacji można dojść do wniosku, że ludzkość nie może się obejść bez wojen. Nie jest to jednak prawdą. To tylko kwestia czasu. Ten stan trwać będzie dopóty, dopóki ludzie się nie zjednoczą i nie zaczną żyć zgodnie z prawami i nakazami Kreacji. Tak więc nas los zależy wyłącznie od nas samych, od każdego z nas z osobna.

Billy wyjaśnił to następująco:

Pokój zaczyna się w każdym z nas. Człowiek nigdy nie osiągnie pokoju na świecie, dopóki we własnym domu i okolicy będzie toczył boje. Najpierw musi osiągnąć pokój w sobie, potem w stosunkach ze swoją rodziną, bliskimi, przyjaciółmi i sąsiadami. Pokój ogólnoświatowy musi wychodzić z dołu i stopniowo się rozszerzać. W ten sposób z czasem ogarnie cały świat bez względu na ogólnoświatową sytuację.

Lecz o zgrozo, nadal jak grzyby po deszczu wyrastają politycy i przywó­dcy, którzy wykorzystując propagandę wzniecają zamęt wśród narodów.

Już w roku 1984 Plejadanie wskazali nam drogę, którą powinien kroczyć każdy rozumny człowiek kierujący się w życiu dobrą wolą. Jest nią medytacja nad światowym pokojem, której zasady przekazali nam Plejada­nie i którą praktykujemy w FIGU. Aby zrozumieć jej sens i celowość, należy sięgnąć nieco wstecz. Na początku chciałbym przedstawić pewną sytuację sprzed kilku lat. W 52 numerze na stronie 8 magazynu Stimme der Wassermannzeit napisałem, co następuje:

W roku 1984 Billy otrzymał od Quetzala przygnębiającą wiado­mość mówiącą, że możemy porzucić wszelkie nadzieje na powstrzy­manie wybuchu IU wojny światowej. Wiele innych przepowiedni pochodzących z różnych źródeł już od dawna zapowiadało to nie­szczęście. Jedną z nich mówiącą o totalnej katastrofie Billy otrzymał w roku 1981 z poziomu Petale. Według niej w następstwie działań wojennych, kataklizmów przyrodniczych, epidemii i głodu mają zgi­nąć 2/3'ludności Ziemi, przy czym w Europie Środkowej w ogóle nie będzie żadnej szansy na przeżycie.

W przeciwieństwie do dotychczasowych przepowiedni, w których daty ważnych zdarzeń są w różny sposób szyfrowane, Billy podał precyzyjne dane. Według niego III wojna światowa miała wybuchnąć 25 kwietnia 1998 roku. W swoich wyliczeniach nie wziął on jednak pod uwagę pewnego czynnika czasowego, po uwzględnieniu którego według Quetzala to tragi­czne zdarzenie ma nastąpić nieco wcześniej. Tak wygląda ta mroczna prognoza z roku 1984.

316

Na polecenie Plejadan jeszcze w tym samym roku całe FIGU rozpoczęło usilne medytacje pokojowe, aby zapobiec tej katastrofie lub przynajmniej opóźnić ją o kilka lat.

Biorąc pod uwagę te przepowiednie wiele osób wyrażało następującą opinię: „I cóż takiego się stanie? I tak wcześniej czy później będę musiał umrzeć. Jeżeli nastąpi to wcześniej, to przynajmniej nic więcej nie będzie mi groziło. Godni współczucia będą tylko ci, którzy przeżyją, ponieważ po wojnie będą żyli w strasznych warunkach i wszystko będą musieli zaczynać od początku".

Moja odpowiedzieć na to brzmi następująco: Kto sądzi, że wraz ze śmiercią spowodowaną działaniami wojennymi wszystko się kończy, jest w wielkim błędzie. Jest wręcz odwrotnie. Jeśli człowiek ginie w tragicznych okolicznościach, na przykład podczas wojny, i traci w ten sposób część przypisanego mu życia, to zgodnie z prawem inkarnacji musi ten okres życia nadrobić rodząc się ponownie. Narodziny te powinny nastąpić bardzo szybko, najlepiej jeszcze przed zakończeniem wojny lub tuż po jej zakoń­czeniu.

Gdy zadamy sobie pytanie, co dała nasza prowadzona od roku 1984 medytacja nad pokojem, odpowiedź może być tylko jedna — niezwykłe rezultaty. To, co wydarzyło się w Europie Wschodniej dzięki inicjatywie Michaiła Gorbaczowa, jeszcze do niedawna uważalibyśmy za absolutnie niemożliwe. Sukces ten nie jest jedynie zasługą naszej grupy i około 3400 naszych pomocników rozsianych po całej planecie, ale przede wszystkim naszych pozaziemskich przyjaciół, bez których pomocy nasze zamierzenie nie miałoby żadnych szans powodzenia. Naszą pokojową akcję nieustannie wspierało z ich strony 511 milionów Plejadan, to znaczy Erran, oraz około 3 miliardy ich sprzymierzeńców, za co im wszystkim w tym miejscu gorąco dziękuję.

Słowa podziękowania oraz uznania należą się również wszystkim tym Ziemianom, którzy zaangażowali się w sprawę pokoju na świecie i czynią to nadal.

Niestety nie mogę w tym miejscu pominąć pewnej sprawy, o której niektóre osoby kierujące się niewątpliwie szlachetnymi pobudkami z pew­nością wolałyby nie słyszeć. Chodzi mi tu o organizowane dużym nakładem sił i środków tak zwane pokojowe demonstracje czy też fałszywe medytacje. Mimo iż działania tych ludzi wynikają ze słusznych pobudek, to jednak zdaniem Plejadan są całkowicie chybione i pozbawione sensu, ponieważ ani o krok nie zbliżają nas do tego, do czego dążymy.

Być może zabrzmi to buńczucznie i nieprawdopodobnie, ale tylko nasza akcja jest jedynym sposobem zachowania pokoju. Wynika to z faktu, że

317

pozytywne myśli wywołują odpowiednie działania, lecz jak długo dotyczą one jedynie pokoju na Ziemi, ich skutek jest niewielki. Ma to związek z akcją podjętą przez Liran mieszkających w dawnych czasach na Ziemi. Przedsięwzięcie to mające na celu utrzymanie pokoju na świecie polegało na wprowadzeniu pewnego hasła do banku pamięci ziemskiej atmosfery. To hasło to rodzaj „zdania-impulsu" pochodzącego z języka starolirańskiego. Brzmi ono następująco: „Salonie gam nań ben Urda gen njber asala Hesporona" („Pokój niech będzie na Ziemi i wśród wszystkich istot").

Jeżeli owo zdanie zostanie właściwie wypowiedziane, wówczas wy­twarzane przez nie wibracje trafiają do tak zwanych banków pamięci, skąd rozchodzą się po całym świecie w formie pokojowych impulsów myś­lowych docierających do wszystkich ludzi, którzy odbierają je podświado­mie w wcielają w czyn.

Ten sposób przekazywania owych myślowych wibracji praktykowany przez naszych pozaziemskich przyjaciół jest uciążliwy i oczywiście wyma­ga dużo czasu, lecz nie stoi mu na przeszkodzie istotny czynnik hamujący, jakim jest odległość.

Pragnę przy tym wyraźnie podkreślić, że ten sposób wspierania i szerze­nia pokoju na świecie dotyczy wyłącznie tego starolirańskiego hasła. Zdaniem Ptaaha wszelkie inne sposoby zmierzające do tego celu z braku niezbędnej wiedzy są niecelowe.

Niczym bumerang powraca pytanie, czy przepowiednie mówiące o III wojnie światowej są nadal aktualne. W przeciwieństwie do przyszłoś­ciowych prognoz, których prawdopodobieństwo spełnienia się jest niemal pewne, przepowiednie należy zasadniczo traktować jako ostrzeżenie, jako groźbę, która nie musi się spełnić, o ile w odpowiednim czasie podjęte zostaną właściwe działania zapobiegające. Jeśli chodzi o III wojnę świato­wą, to groźba jej wybuchu jest nadal aktualna.

Mimo iż w sprawie zachowania pokoju osiągnięto bez wątpienia wspa­niałe sukcesy, groźba tej wojny nie została zlikwidowana, a jedynie zaha­mowana. Z całą pewnością nie oszczędzą nas różne kataklizmy, takie jak trzęsienia ziemi, potopy, susze, głód, epidemie nieuleczalnych chorób, kryzys gospodarczy, a także lokalne wojny.

Zdaniem Ptaaha również ruchy wyzwoleńcze w krajach Europy Wschod­niej będą miały swój negatywny oddźwięk i mogą doprowadzić do znisz­czenia wszystkiego, co zostało dotąd osiągnięte. Z dużą dozą prawdopodo­bieństwa dotknie to te regiony, w których ludność nie dorosła jeszcze do wolności i w swojej głupocie sięgać będzie po broń. Dlatego też w końcu rządom nie pozostanie nic innego, jak sięgnąć po niepopularne środki

318

zaradcze. Wszystko to doprowadzi do krwawych starć, te zaś wywołają reakcję łańcuchową, której następstwem może być wybuch wojny. Zatem jak już wspomniałem, groźba III wojny światowej niestety wciąż wisi nad nami.

Jeżeli do głosu dojdą siły pokojowe, wówczas szansa uniknięcia wojny światowej stanie się rzeczywistością, bowiem jak pouczają nas Plejadanie: , Jedynym właściwym i skutecznym sposobem zachowania trwałego pokoju na świecie jest i będzie medytacja nad nim".

I to w takiej formie, w jakiej prowadzimy ją już od pewnego czasu w FIGU w oparciu o wskazówki Plejadan. Każdy, komu sprawa zachowania pokoju na świecie leży na sercu, powinien już dzisiaj przyłączyć się do naszych medytacji, bowiem są one naszą ostatnią szansą.

319

SPIS ZDJĘĆ

(w nawiasie data, nazwisko fotografa i miejsce)

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia – wszystkie reprodukcje zdjęć od UFO Z PLEJAD z 01-04 aż do UFO Z PLEJAD z 77-78 ]

Łącznik „Bilty" Eduard Albert Meier-Zafiriou.

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia – UFO Z PLEJADk (Billy)]

1.  Zdjęcie Centrum Semjase-Silver-Star wykonane od wschodu. Freddy Kropf wykonał je z sosny rosnącej na skraju lasu przy łące Sirrwies. (7 V1989)

2.  Proces „spalania" statycznych ładunków elektrycznych przeprowadzo­ny przez Quetzala na parkingu Centrum. W środku ich pierścienia stoi Billy. (8 IX 1981, Semjase-Silver-Star-Center)

3.  Świadkowie opisanych w książce zdarzeń. Stoją — z tyłu od lewej: Bernadette Brand, Engelbert Wachter, Freddy Kropf, Brunhilde Koye, Madeleine Brugger, Silvano Lehmann, Methusalem Meier, Atlantis Meier, Billy; z przodu od lewej: Guido Moosburgger, Elisabeth Gruber, Christina Gasser, Edith Beldi, Jacobus Bertschinger, Eva Bieri, Atlant Bieri, Kalliope Meier, Gilgamesha Meier. (6 11991, Bernadette Brand, Semjase-Silver-Star- Center)

4.  Asket (z lewej) i Nera. (26 VI1975, Billy, wnętrze statku Asket we wszechświecie DAL)

5.  Asket. (26 VI1975, Billy, wnętrze statku Asket we wszechświecie DAL)

6.  Lot demonstracyjny najnowszego statku promiennego Semjase z 1976 roku. Ten typ statków umożliwia podróże w czasie oraz przenikanie do innych wymiarów. (29 III 1976, Hasenbol-Langenberg, Fischenthal)

1. Semjase — rysunek wykonany przez E. Eichenbergera według wskazó­wek Billy'ego. (5 V 1982, E. Eichenberger, Semjase-Silver-Star-Center)

8.  Start i odlot statku Semjase po pierwszym kontakcie. (28 11975, Billy, Rezerwat Przyrody Frecht)

9.  Statek załogowy w towarzystwie jednoosobowego zdalnie sterowanego pojazdu zwiadowczego podczas lotu demonstracyjnego o zachodzie słońca. (3 III 1975, Billy, Ober-Zelg, Bettswil)

10. Dwa statki promienne sfotografowane z okna trzeciego (Semjase) podczas lotu na dużej wysokości. (25 VI1975, Billy, Berg-Rumlikon)

320

11.  Objaśnienie jak do zdjęcia nr 6. (29 /// 7976, Billy, Hasenbol-Langen­berg, Fischenthal)

12.  Statek    promienny     Semjase    podczas    lotu    demonstracyjnego. (27 // 7975, Billy, Fuchsbuel-Hofhalden)

13.  Widok dolnej części statku Semjase podczas lotu demonstracyjnego. (27II1975, Billy, Jakobsberg-Allenberg, Bettswil)

14.  Statek promienny Semjase w czasie manewru zbliżenia do drugiego statku (w chwilę potem nastąpiło uszkodzenie aparatu fotograficznego). (27 77 7975, Billy, Jakobsberg-Allenberg, Bettswil)

15.  Objaśnienie jak do zdjęcia nr 6. (29 777 7976, Billy, Hasenbol-Langen-beg, Fischenthal)

16.  Lot demonstracyjny statku Semjase wokół mierzącej 14-16 metrów wysokości jodły (jakiś czas potem została ona poddana eliminacji). (9 V77 7975, Billy, Fuchsbuel-Hofhalden, Oberbalm, Wetzikon)

17.  Lot demonstracyjny nowego statku Semjase. (8 III 1976, Billy, Bach-telhornli- Unterbachtel)

18.  Statek Semjase podczas próby przechwycenia go przez myśliwiec (Mirage)    Szwajcarskich    Sił    Powietrznych.    (14IV1976,    Billy, Schmarbüel-Maiwinkel)

19.  Lot demonstracyjny nowego statku Semjase w towarzystwie dwóch statków  zwiadowczych  nowego  typu.   (8 III 1976,   Billy,   Bachtel-hornli- Unterbachtel)

zdjęcia   nr   19.   (8 III 1976,   Billy,   Bachtel-

20.  Objaśnienie   jak   do hornli- Unterbachtel)

21.  Zdjęcie nowego typu statku wykonane za pomocą teleobiektywu z po­kładu drugiego unoszącego się na wysokości 40 metrów. (3 IV 1981, Billy, Auenberg-Egg)

22.  Najnowszy statek Semjase podczas lotu demonstracyjnego. (26 777 79S7, Billy, Sdckler, Durstelen)

23.  Najnowszy statek Semjase nad parkingiem Centrum. (22 X 1980, Billy, Semjase-Silver-Star-Center)

24.  Objaśnienie jak do zdjęcia nr 21. (4 IV 1981, Billy, Auenberg-Egg)

25.  Siedmiometrowy statek obok drogi prowadzącej do Rotenthurmu uno-

321

szący się za samochodem (Mercedes); w górze pośrodku światło żurawia budowlanego. (2 VIII 1981, Billy, Altmatt, SZ)

26.  Siedmiometrowy statek unoszący się bezpośrednio przed samochodem przy głównej drodze do Rotenthurmu (z lewej strony u góry niewielki fragment drugiego czternastometrowego statku). (2 VIII 1981, Billy, Altmatt, SZ)

27.  Czternastometrowy statek unoszący się za drzewem przy drodze prowadzą­cej do Rotenthurmu. Z lewej strony widać smugę światła będącą śladem manewru urządzenia telemetrycznego. (2 VIII 1981, Billy, Altmatt, SZ)

28.  Statek promienny nad parkingiem Centrum. (5 VIII 1981, Billy, Sem-jase-Silver-Star-Center)

29.  Statek energetyczny karłowatych humanoidów z Mgławicy Andromedy (poddane działaniu promieniowania tego statku samochody spalały około 5 litrów benzyny na 100 kilometrów więcej). (22 VI1979, Billy, Semjase-Silver-Star-Center)

30.  Statek energetyczny karłowatych humanoidów z Mgławicy Andromedy unoszący się w pobliżu drzew „lasu Menary" położonego na zachód od Centrum. W oddali nieco wyżej drugi statek tego typu. (22 VI1979, Billy, Semjase-Silver-Star- Center)

31.  Dwa statki energetyczne karłowatych humanoidów z Mgławicy And­romedy nad parkingiem Centrum.  (22 VI1979, Billy,  Semjase-Sil-ver-Star-Center)

32.  Statek energetyczny karłowatych humanoidów z Mgławicy Andromedy bezpośrednio nad parkingiem Centrum.  (22 VI1979, Billy,  Semja-se-Silver-Star-Center)

33.  Konrad Schutzbach i Billy podczas filmowania i mierzenia śladów lądowania statków Rali i Menary.  (29 VI1976, Hans Schutzbach, Ambitzgi, Wetzikon)

34.  Ślad lądowania statku Rali. (29 IX 1976, Hans Schutzbach, Ambitzgi, Wetzikon)

35.  Ślad po lądowaniu statku Menary na parkingu Centrum 21 lutego 1978 roku o godzinie 3.41 (grubość lodu 10 cm). (21 II1978, Billy, Sem-jase-Silver-Star- Center)

36.  Objaśnienie jak do zdjęcia nr 35.  (27 II1978, Billy,  Semjase-Sil-ver-Star-Center)

322

37.  Ślad po lądowaniu statku Menary podczas odwiedzin 23 listopada 1977 roku o godzinie 9.05, w czasie gdy żona Billy'ego wyszła z domu na 10 minut, aby zaprowadzić dzieci do szkoły (grubość pokrywy lodowej 12 cm). (23 XI1977, Billy, Semjase-Silver-Star-Center)

38.  Objaśnienie jak do zdjęcia nr 37. (23 XI1977, Billy, Semjase-Sil-ver-Star-Center)

39.  Ślady lądowania statku Quetzala. U góry zdjęcia od lewej: Methusalem Meier i Kalliope Meier. (26 VI1976, Guido Moosbrugger, Chrutzler-boden, Oberchrutzleń)

40.  Ślady lądowania (podpór) statku Quetzala w dniu 23 czerwca 1976 roku o godzinie 20.54. (26 VI1976, Guido Moosbrugger, Chrutzlerboden, Oberchrutzleń)

41.  Ślad lądowania na terenie Centrum pozostawiony przez statek Semjase, którym 23 kwietnia 1977 roku o godzinie 19.34 przyleciała Menara (miejsce  to  od  tego  czasu  nazywa  się   „lądowiskiem  Menary"). (24 IV 1977, Hans Schutzbach, Semjase-Silver-Star-Center)

42.  Ślad po lądowaniu statku Quetzala. (29 VI1976, Hans Schutzbach, Pfaffenholz-Hinwil)

43.  Ślady po lądowaniu statku Quetzala i Semjase. (28 VI1976, Hans Schutzbach, Pfaffenholz-Hinwil)

44.  Billy podczas obserwacji śladów lądowania. (75 VI1980, Bertschinger sen., Semjase-Silver-Star)

45.  Ślady lądowania statku Semjase po 135 kontakcie, który miał miejsce w nocy z 14 na 15 czerwca 1980 roku o godzinie 0.55. (75 VI1980, Billy, Semjase-Silver-Star- Center)

46.  Objaśnienie jak do zdjęcia nr 45.  (75 VI1980, Billy, Semjase-Sil-ver-Star-Center)

47.  Ślady  stóp Billy'ego prowadzące z pola na drogę. Są rezultatem wysadzenia go przez Semjase w nocy 6 stycznia 1977 roku po spot­kaniu w miejscu, w którym się zaczynają. (7 11977, Billy, Winkel-riet-Wetzikon)

48.  Wygląd z bliska śladów przedstawionych na zdjęciu nr 47. (7 11977, Billy, Winkelriet-Wetzikoń)

49.  Ślad stopy niewidocznej gołym okiem karłowatej istoty pozaziemskiej

323

pozostawiony w piwnicy. W prawej dolnej części zdjęcia widać roz­mazany fragment sylwetki tej istoty przedstawiający hełm i jej ramie. (13 // 1977, Bemadette Brand, Semjase-Silver-Star-Center)

50.  Odlew odcisku stopy przedstawionego na zdjęciu nr 49. (18 II1977, Bertschinger sr, Semjase-Silver-Star-Center)

51.  Alena  z  pistoletem   laserowym  Menary  przed  biurem  Billy'ego. (6 VII 1977, Billy, Semjase-Silver-Star-Center)

52.  Alena z pistoletem laserowym w gabinecie Billy'ego. (6 VII 1977, Billy, Semjase-Silver-Star- Center)

53.  Billy na podwórzu przed domem z pistoletem laserowym Menary. (6 VII 1977, Menara, Semjase-Silver-Star-Center)

54.  Otwór w drzewie Semjase powstały po strzale z pistoletu laserowego. (6 VII 1977, Billy, Semjase-Silver-Star-Center)

55.  Jodła zlikwidowana przez Semjase z rosnącym obok niej bukiem. (Lipiec 1976, Billy, Langriemenholz-Hinwil)

56.  To samo miejsce, co na zdjęciu nr 55 po zlikwidowaniu trzyipółmet-rowej jodły. (Lipiec 1976, Billy, Langriemenholz-Hinwil)

57.  Nocny lot demonstracyjny statku Semjase. (13 VI1977, Billy, Chalber-weid-Ettenhausen)

58.  Objaśnienie jak do zdjęcia nr 57.  (13 VI1977, Billy,  Chalberwe-id-Ettenhauseri)

59.  Przelot urządzenia telemetrycznego Plejadan poniżej Wenus (zdjęcie wykonane zostało tuż przed nocną demonstracją statku Semjase w dniu 27 czerwca 1976 roku). (27 VI1976, Guido Moosbrugger, Winkel­riet-Wetzikon)

60.  Siedmiometrowy statek promienny Semjase w czasie nocnej demonst­racji. (13 VI1976, Guido Moosbrugger, Winkelriet-Wetzikon)

61.  Statek promienny Semjase podczas nocnej demonstracji (na oryginal­nym   zdjęciu   widoczny   jako   cień   wewnątrz   obłoku   światła). (13 VI1976, Guido Moosbrugger, Winkelriet-Wetzikon)

62.  „Świetlisty deszcz" (zakończenie nocnej demonstracji). (13 VI1976, Guido Moosbrugger, Winkelriet-Wetzikon)

63.  Statek promienny Semjase nad drogą WihaldenstraBe położoną w pół-

324

nocnej części Hinwil. Statek jest w połowie przezroczysty. (20 V 1975, Billy, Wihaldenstrafle 10, Hinwil)

64.  Demonstracyjny lot statku Semjase. Obecność nie pożądanych osób sprawiła, że Semjase straciła kontrolę nad swoim zachowaniem i po­zwoliła na fotografowanie, potem jednak usiłowała zniszczyć negatyw, co się jej częściowo udało. U dołu stoją: Hans Jakob i jego dwie córki, p. Liniger, p. Leuenberger, Jacobus Bertschinger oraz dwoje dzieci Billy'ego. (20 IV 1975, Jakobsberg-Allenberg, Bettswil)

65.  Lądowanie  statku promiennego  27  lutego   1975  roku  w  Jakobs-berg-Allenbergu, Bettswil.

66.  Lot demonstracyjny statku Semjase wokół mierzącej 14-16 metrów limby, która została potem poddana przez Semjase całkowitej elimina­cji.   (9 VII 1975,  Billy,   Fuchsbuel-Hofhalden,   Oberbalm,   Wetzikon pochodzi ze zbioru zdjęć przedstawionych w tzw. Dokumentacji V)

67.  Zdjęcie górne: widok z boku modelu statku Semjase obróconego o 180 stopni. Zdjęcie dolne: nadpalone zdjęcie modelu statku Semjase. (Ze zbioru zdjęć przedstawionych w tzw. Dokumentacji V)

68.  Mgławica w gwiazdozbiorze Lutni (M57) (Ze zbioru zdjęć przed­stawionych w tzw. Dokumentacji V dowód G)

69.  Mgławica w gwiazdozbiorze Lutni (M 57). (1975, Billy)

70.  Tak zwana kosmiczna kolonia. (Ze zbioru zdjęć przedstawionych w tzw. Dokumentacji V)

71.  Tunel (bariera) prowadzący do wszechświata DAL. (7975, Billy)

72.  Manewr połączenia amerykańskiego statku kosmicznego Apollo-18 z rosyjskim Sojuzem-19 w dniu 17 lipca 1975 roku. (Ze zbioru zdjęć przedstawionych w tzw. Dokumentacji V)

73.  Zbliżenie manewru przedstawionego na zdjęciu nr 72. (Billy)

74.  Objaśnienie jak do zdjęcia nr 73. (Billy)

75.  Trzeci atak na Billy'ego. Przestrzelona kurtka Billy'ego i jego pistolet. (Święto Wniebowstąpienia 1976, Hans Schutzbach, Sddelegg)

76.  Objaśnienie jak do zdjęcia nr 75. Przestrzelony notes Billy'ego i meta­lowa płytka używana przezeń jako kamizelka kuloodporna. (Święto Wniebowstąpienia 1976, Hans Schutzbach, Sddelegg)

325

77.  24 kwietnia 1990 roku grupa zwolenników Ashtara Sherana dokonała zamachu na Billy'ego przy pomocy sztucznego pioruna w ramach zemsty za zlikwidowanie ich przywódcy we wszechświecie DAL. Piorun trafił Billy'ego w palec, a następnie w leżący obok kamień i eksplodował (patrz rozdział XIV). Ułamek sekundy później ten sam piorun trafił w stojącą obok brzozę. Na zdjęciu Billy wskazuje kamień, w który trafił piorun.  (24 IV1990,  Freddy Kropf, Semjase-Silver-Star-Center)

78.  Fragment pnia brzozy, w którą trafił piorun. (23 VII 1990, Freddy Kropf, Semjase-Silver-Star- Center)

Zdjęcia zaczerpnięte z tzw. Dokumentacji V pochodzą od Eduarda „Billy" Meiera i sprzedawane są w USA przez Colmana S. von Keviczky bez jego zgody.

 

[w polskim wyd. książkowym wszystkie kolorowe zdjęcia umieszczono miedzy str. 160 a 161]

326

BIBLIOGRAFIA

Arahat Athersata, Wassermannzeit Yerlag der FIGU, Hinterschmidrüti. Brown, Peter Lancaster, Astronomie, Orell Füssli, Zürich 1974.

Bühler, Walter K., Vierzig Begegnungen mit Auflerirdischen in Brasilien, Yentla Yerlag, Wiesbaden.

Dillinger, Maarten, Aufterirdische und die Friedenssehnsucht der Erden-menschen, R.G. Fischer Yerlag, Frankfurt 1984.

Foto-Verzeichnis, Wassermannzeit Yerlag der FIGU, Hinterschmidrüti.

Freiherr von Klockler, dr med. H., Kursus der Astrologie, tom I, Hermann Bauer K.G., Freiburg i Brg.

Geisteslehre-Studium-Lehrbriefe, Wassermannzeit Yerlag der FIGU, Hin­terschmidrüti.

Genesis, Wassermannzeit Yerlag der FIGU, Hinterschmidrüti. Hobby, nr 9, str. 61, 1990.

Keppler, Erhard, Sonne, Mond und Planeten, Piper Yerlag, Monachium, wydanie II, 1990.

Kinder, Gary, Light Years, The Atlantic Monthly Press, Nowy Jork 1987.

Kinder, Gary, „List otwarty", MUFON UFO Journal, nr 28, kwiecień 1987, Mutual UFO Network, Seguin.

Kippenhahn, Rudolf, Unheimliche Welten Planeten, Monde und Kome-ten, Deutsche Yerlagsanstalt, Stuttgart, wydanie specjalne dla Buchclub Ex Libris w Zurychu, 1988.

Klingholz, Reiner, Marathon im Ali, Georg Westermann Yerlag GmbH, Braunschweig 1989 (wydanie II, 1990).

Korff, Karl K., przy współpracy Williama L. Moore'a, The Meier Incident: The Most Infamous Hoax in Ufology (określana w książce jako Doku­mentacja K).

Kraus, Walter, A. Rükl, Bildatlas des Weltraumes, Yerlag Werner Dausien Hanau-Main (Artia, Praha), 1988.

327

Moore, Patrick, łan Nicolson, Das Universum, Masaik Yerlag GmbH, Monachium.

OM, Wassermannzeit Yerlag der FIGU, Hinterschmidrüti. Prophetien, Wassermannzeit Yerlag der FIGU, Hinterschmidruti.

Schaifers, Karl, Gerhard Traving, Meyers Handbuch Weltall, Bibliographis-ches Institut Mannheim, Wien-Zürich, wydanie VI.

Semjase-Berichte: Billys Kontaktberichte, Geisteslehre, Erkldrungen und Erlebnisse mit Aufierirdischen, plejadischen Lebensformen, Wasserman­nzeit Yerlag der FIGU, Hinterschmidruti.

Stevens, Wendelle C., UFO... Contact from the Pleiades, UFO Photo Archives, Tucson 1982.

Stimme der Wassermannzeit (miesięcznik), 3 numery, Wassermannzeit Yerlag der FIGU, Hinterschmidruti.

Stimme der Wassermannzeit, „Wissenswertes" (numer specjalny), Wasser­mannzeit Yerlag der FIGU, Hinterschmidruti.

Thóne, Karl, Einfuhrung in die Astronomie, Yerlag Hallwag, Berno.

UFO-Dokumentensammlung, HUGIN Gesellschaft fur politisch-philosop-hische Studien, Wetter.

Von Keviczky, mjr Colman S., Przewodniczący ICUFON (USA), Analiza (określana w książce jako Dokumentacja V).

328

[NOTATKI - puste strony] 329-332

 

UWAGA!

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia – UFO Z PLEJADy]

 Wszystkim, których zainteresowała ta książka, oferujemy w ramach prowadzonej przez nas sprzedaży wysyłkowej dwie kasety video w całości poświęcone przypadkowi Meiera. Są to:

Kroniki Meiera, system PAL, czas trwa­nia 85 min. (polski tekst czyta lektor), cena 270.000 zł.

Filmy Meiera, system PAL, czas trwania 60 min. (polski tekst czyta lektor), cena 250.000 zł.

Przedstawione na obu kasetach programy zostały przygotowane i wydane przez kierowa­ne przez Lee i Brit Eldersów wydawnictwo Genesis III Publishing, Inc. Przygotowując oba programy Genesis III Publishing wykorzystało materiały nakręcone we wrześniu 1979 roku przez ekipę Nippon Television Network Corporation kierowaną przez najbardziej zasłużonego dla ufologii dziennikarza telewi­zyjnego na świecie Jun-Ichi Yaoi.

Oba programy nie wymagają w zasadzie szczegółowego opisu, ponieważ każdy, kto przeczytał tę książkę, wie już, kim jest Eduard „Billy" Meier. Warto przypomnieć tylko, że jego przypadek jest w odczuciu wielu rozsąd­nych badaczy zjawiska UFO najważniejszy ze wszystkich w całej nowożyt­nej historii kontaktów istot pozaziemskich z ludźmi.

Pierwszy program (Kroniki Meiera) zawiera obszerny wywiad z Billym Meierem, który opowiada Jun-Ichi Yaoi o swoich kontaktach, oprowadza go po miejscach, w których wykonywał swoje zdjęcia i kręcił krótkie ujęcia filmowe przedstawiające statki Plejadan. Program ilustrowany jest dodat­kowo licznymi zdjęciami statków Plejadan oraz kilkoma z owych filmo­wych sekwencji. Program zawiera ponadto wypowiedzi osób, które były świadkami różnych dziwnych zjawisk związanych z osobą Meiera.

333

Drugi program (Filmy Meiera) zawiera krótki wywiad z Meierem oraz wszystkie filmy przedstawiające statki Plejadan nakręcone przezeń ośmio-milimetrową kamerą filmową. Filmy te są powtórzone kilka razy, aby umożliwić widzowi zwrócenie uwagi na pewne szczegóły, pokazujące, że widoczne na nich statki nie są modelami na uwięzi, na co mógłby wskazy­wać ich sposób poruszania się, który w rzeczywistości nie jest dla nich typowy (przemieszczanie się na boki, okrążanie wysokiej sosny). Został on zastosowany wyłącznie w celach demonstracyjnych.

Programy te są znakomitym uzupełnieniem obu dotychczas wydanych w języku polskim książek poświęconych przypadkowi Billy Meiera (drugą są Lata świetlne Gary Kindera).

Jakość obrazu obu programów, mimo iż przekodowywane były z amery­kańskiego systemu telewizji (NTSC) jest zadowalająca.

Informujemy ponadto, że posiadamy w sprzedaży wcześniej wydaną kasetę video z programem UFO - - dowody. Program ten składa się z wywiadów z kilkoma świadkami i badaczami zjawiska UFO oraz z ponad 40 krótkich ujęć przedstawiających NOLe sfilmowane przez przypadko­wych świadków, które są bez wątpienia jego największą atrakcją.

Polecamy wszystkie te kasety, wyznając zasadę, że jeden rzut oka, jeden obraz jest więcej wart niż tysiąc słów.

Aby nabyć ww. kasety, wystarczy czytelnie i wyraźnie wypełnić zamie­szczony na następnych stronach przekaz i za jego pomocą przesłać na nasze konto odpowiednią kwotę. Termin realizacji zamówień 30 dni (w przypadku większej ilości zamówień może się on nieco wydłużyć).

Osoby, które nigdy dotąd nie zetknęły się z publikacjami Agencji NOLPRESS, informujemy, że nasze publikacje można nabyć bezpośrednio u nas za pośrednictwem prowadzonej przez nas sprzedaży wysyłkowej. Szczegółowe informacje na ten temat znaleźć można w wydawanym przez nas kwartalniku UFO, który jest sprzedawany w sieci kiosków „Ruchu" na terenie całego kraju.■

334

[patrz: dołączony katalog UFO Z PLEJAD ilustracje i zdjecia – UFO Z PLEJADb]

Darmowy Hosting CBA.PL



Darmowy Hosting CBA.PL